Heather Morris „Tatuażysta z Auschwitz”

Lale Sokołow trafia do Auschwitz w wieku  26 lat. Zostaje tatuażystą, nanosi znienawidzone numery na ludzkie ciała. Któregoś dnia tatuuje młodą kobietę, w której momentalnie się zakochuje.

Nie zna jej imienia, zna za to numer. Postanawia odnaleźć ją w obozie, wyznać miłość, przeżyć Auschwitz i ożenić się z nią. Tatuażystę z Auschwitz jedynie z pozoru czyta się jak historię miłosną. Wnikliwy czytelnik dostrzeże jeszcze jeden wielki temat: jak ocenić więźniów obozów koncentracyjnych zmuszonych do wykonywania rozkazów oprawców? Po wyzwoleniu bohater zmienia nazwisko, wyjeżdża z Europy do Australii.  To dosyć daleko. W zasadzie: koniec świata. Czy tam, właśnie na końcu świata, będzie anonimowy? Czy nie spotka nikogo, komu naznaczył ciało numerem? Czy może iść przez ulice nie rozglądając się podejrzliwie? Dopiero po śmierci żony i na krótko przed swoją własną decyduje się na spowiedź życia, z której Heather Morris stworzy „Tatuażystę…” I to jest też ciekawe: jakby Sokołow nie był pewien, czy na pewno zostanie dobrze zrozumiany, mówi, mówi, mówi, a gdy wszystko już opowie, nie zdąży wysłuchać reakcji słuchaczy.  Być może trzeba „opakować” te dylematy we wzruszającą opowieścią miłosną, by zostały raz jeszcze wysłuchane.

Warto przeczytać „Tatuażystę…”, a jeszcze bardziej przeczytać to, co Lale Sokołow mówi między wierszami. Moje „Atramentowe piętno” próbuje zwrócić na to uwagę w wakacyjnym „Znaku” – http://www.miesiecznik.znak.com.pl/atramentowe-pietno-morris/

 

Reklamy

Stephen R. Bown „Amundsen. Ostatni wiking”

Gdzie wyjechać? Najlepiej tam, gdzie nas nie ma. Najbardziej jednak nęci podróż jeszcze dalsza: tam, gdzie nikogo jeszcze nie było. Odcisnąć swój  ślad na dziewiczym terenie, zaznaczyć obecność na kartach historii – marzenie niejednego z nas. Stephen Bown ruszył literackim tropem jednego z ostatnich wielkich odkrywców, a jednocześnie na dalszym planie swojej opowieści postawił kilka niebanalnych pytań o cenę takich podróży.

Roald Amundsen, znany także jako: „Ostatni z wikingów”, „Napoleon strefy podbiegunowej” oraz „Biały orzeł”. Lista osiągnięć jest imponująca: przepłynięcie Przejścia Północno-Zachodniego, spędzenie nocy polarnej na Antarktydzie, zdobycie bieguna południowego, a później, jakby tego było mało, pierwszy przelot nad tymże biegunem. Każdy z tych wyczynów nosi w sobie potencjał na nowe przydomki norweskiego podróżnika. Bown uzupełnia je we właściwy sobie sposób – ukrywający się dłużnik, naiwny marzyciel, niezwykle surowy dowódca wypraw, nieszczęśliwy kochanek. Tę listę można ciągnąć jeszcze długo, dlatego należy ją zatrzymać w tym momencie i stwierdzić: Amundsen to ja. Jeśli marzę, jeśli wciąż żywe są we mnie dziecięce obietnice o przekroczeniu horyzontu, jeśli nie dogaduję się z ludźmi tu i teraz, to właśnie o mnie jest ta książka.  Stephen Bown na podstawie pozostawionych przez „Napoleon strefy podbiegunowej” książek, listów, wykładów odtworzył jego wszystkie wyprawy. Jest to fascynujące samo w sobie, dlatego ja ruszam po obrzeżach kolejnych ekspedycji i przypatruję się legendzie tej mroźnej mapy.

 

W tle polarnych wypraw przewijają się inne, nie mniej ważne. To podróż po miłość. Wyprawa w stronę przeciwną niż wierzyciele. Podróż w stronę świateł lamp błyskowych, na pierwsze strony gazet, na akademickie sale. Wszystkie one są ważne, bowiem podróżnik nie potrafi przestać podróżować. Szalenie interesujący jest naszkicowany przez Stephena Bowna portret starego Amundsena. Po kolejnym sukcesie przychodzi smutna refleksja: nie ma już biegunów do zdobycia. Rachunek życia podróżnika wypada niekorzystnie. Jest sławny, ale nie ma własnego domu, nie ma żony ani dzieci. Zdobył dwa przeciwstawne sobie punkty na kuli ziemskiej, a nie ma własnego miejsca w świecie. Po latach wyrzeczeń jest ledwo wypłacalny. Zdrowie nie było już godnym zaufania towarzyszem do dalszej drogi. Przelot sterowcem nad biegunem zakończył też epokę heroicznych odkryć. Już nie w psim zaprzęgu, nie w statku targanym przez dzikie fale, ani nawet nie odganiając się od dzikich zwierząt, ale siedząc biernie za sterem. Odkrycia same się dokonują, wystarczy wcisną przycisk. To paradoksalne, że to właśnie człowiek z duszą Magellana staje się grabarzem ludzi swojego pokroju. W tle rozbrzmiewają trywialne pytania z siłą morskich bałwanów: czy potrafię normalnie żyć? Czy mogę być jeszcze ojcem? Czy da się ze mną żyć? Czy wyruszyłem, by zdobyć jedyny prawdziwy biegun – samotność starca?

W 1928 roku zaginęła wyprawa na biegun północny, dowodzona przez Umberto Nobile. Amundsen wyrusza z ekspedycją ratunkową, w swoją ostatnią wyprawę, która udzieliła mu odpowiedzi na wszystkie pytania.

 

Fragment recenzji zamieszczonej w lipcowym numerze „W drodze”, do przeczytania także tutaj: http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16639

 

Marketa Zahradnikova „Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowy z księdzem Zbigniewem Czendlikiem”

Ostatnio media podały, że jeden z księży w Polsce zmienił godzinę odprawiania mszy, aby móc oglądać Mundial. Z zainteresowaniem słuchałem wypowiedzi parafian z wszem i wobec, którym pomysł bardzo się spodobał. Czekałem na jakś wypowiedź hierarchii kościelnej, ale tu zaległo milczenie. Swoją drogą, to bardzo ciekawe zestawienie: gdy parafianie aprobują coś – Kościół milczy; gdy niepełnosprawni potrzebują wsparcia – Kościół milczy, a gdy prowadzimy spory światopoglądowe – Kościół nie pytany uderza swoim nieznoszącym sprzeciwu głosem. Fascynujące są te napięcia pomiędzy „głosno” a „cicho”, pomiędzy „przemów wreszcie” a milczeniem, pomiędzy „my chcemy żyć w taki sposób”, a „nie, macie żyć w inny sposób”.

Wspominam o tym, ponieważ w czerwcom numerze „W drodze” ukazała się moja recenzja wywiadu-rzeki z księdzem Zbigniewem Czendlikiem. Jak spodobałby się polskim parafianom „pop-proboszcz”? Nie tylko zmienił godziny odprawiania mszy, tak aby każdy mógł się wyspać, ale także ograniczył do minimum kazania. I wiele innych rzeczy, tak że w ateistycznych Czechach stał się najpopularniejszym księdzem katolickim. Legendarna „siła i  świętość polskiego katolicyzmu” czy nowy model duszpasterstwa?

Fragment recenzji dostępny jest tu: http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16614

 

„Świadomość miejsca”, czyli „Gazeta Olsztyńska” o Kortau i Kortowie

Łukasz Czarnecki-Pacyński napisał artykuł „Świadomość miejsca, czyli trudna historia olsztyńskiego Kortowa”, który znalazł się w papierowym oraz internetowym wydaniu „Gazety Olsztyńskiej”. W nim moje słowa, jakby na przekór rozpoczynającym się wakacjom: „Chcemy, żeby Kortowo nie kojarzyło się wyłącznie z plażą, z Kortowiadą, ale także z tym, co działo się tutaj wcześniej. Akurat młodzi ludzie są tym dosyć zainteresowani. I wcale nie szukają sensacji, tylko nikt im o tym wcześniej nie opowiadał. A teraz odkrywają historię swojego rodzinnego miasta”.

Artykuł dostępny tutaj: http://gazetaolsztynska.pl/521113,Swiadomosc-miejsca-czyli-trudna-historia-olsztynskiego-Kortowa.html

Gustaw Herling-Grudziński „Dziennik 1957-1958”

Nocne kroki ojca

Czym jest „Dziennik pisany nocą” Gistawa Herlinga-Grudzińskiego wie tylko ten, kto wpłynął w ten ocean i pozwolił sobie na swobodne dryfowanie. Dla mnie ten diariusz to przede wszystkim wspomnienie podróży pociągiem do Bydgoszczy, do Sopotu., do Olsztyna. Czytałem, pokazywałem konduktorowi bilet, czytałem dalej.

Z wielu zdań „Dziennika pisanego nocą” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego to jedno zawsze było niewyczerpanym źródłem domysłów. Pierwszy tom (1971-1972) rozpoczynał się od enigmatycznego tytułu „Z dawnych dzienników” i zawierał trzy zapisy z lat 1969-1970. Pytaniom nie było końca: był jakiś diariusz przed literackim opus magnum? Dlaczego nie został wydany? Teraz, gdy otrzymaliśmy „Dziennik 1957-1958”, opatrzony przez wydawcę nośnymi hasłami w stylu „nigdy niepublikowany” oraz „sekretny”, uzyskujemy tylko częściową odpowiedź.

1 stycznia – tak zaczyna się ów diariusz z roku 1957. Mamy zatem, prawdopodobnie, do czynienia z sytuacją dobrze znaną: nowy rok, być może dokonane właśnie postanowienie. „Dziennik pisany nocą” (pomijając enigmatyczny wpis „Z dawnych dzienników”) zaczyna się 1 marca. Od razu zauważalna będzie różnica obydwu dzienników: ten, który powstawał po zmierzchu jest dopracowany, perfekcyjny i rzeczywiście literacki, czyli przeznaczony do publikacji; nowo odkryty zaś to zbiór pospiesznych notatek, rejestr samopoczucia, zapis zmian stanu zdrowia oraz sejsmograf rodzinnych tąpnięć. „Dziennik 1957-1958” nie był przeznaczony do publikacji, otrzymujemy zatem diariusz w stanie surowym, z wszelkimi chropowatościami faktury. Pisarz zmęczony, pisarz radosny, pisarz bełkoczący i podejmujący pogłębioną refleksję. Wściekłość, udręka, ekstaza, maligna. Dla czytelnika szukającego rozległości wersu na miarę „diariusza nocnego” te zapiski będą rozczarowaniem. Dla tych, którzy chcą bardziej poznać duszę autora „Skrzydeł ołtarza”, może to być ciekawa przygoda.

„Tak mu się przecież dobrze zaczęło powodzić, ma żonę i syna…”, powtarza standardowe opisy na swój temat Herling-Grudziński. Rzeczywistość jest jednak odmienna. Po drugiej wojnie światowej postanawia nie wracać do kraju i wybiera emigrację. Rzym, Londyn, Monachium i – finalnie – Neapol. W tle samobójcza śmierć Krystyny, pierwszej żony pisarza, gorączkowe poszukiwanie własnego miejsca w świecie. „Co ze mną będzie? Co ze mną będzie? Czy potrafię tak żyć, nie pisząc i nie kochając, interesując się tym, co mnie niegdyś obchodziło, raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej ciekawości?”, zapisuje już na pierwszej stronie. Pisarz rozpaczliwie walczy o swoje „ja”. Ma poczucie własnego powołania (jest pisarzem) i ma świadomość, że jego pisanie coś znaczy („Inny świat” zbiera świetne recenzje). Z drugiej strony wie, że w Polsce nie będzie publikowany, a komunizujące Włochy nie chcą dawać byłemu więźniowi gułagu wolnej szpalty. Małżeństwo z Lidią, córką Benedetta Crocego, oprócz niekwestionowanej miłości, będzie też ciągłym udowadnianiem, że nie jest się „tylko” mężem córki słynnego intelektualisty. Herling-Grudziński zdaje się na łamach „szufladowego dziennika” powtarzać to jedno zdanie: jestem pisarzem i mam coś oryginalnego do powiedzenia. W ocenie innych pisarzy stara się zachować niezależne myślenie, stąd tak wiele tu surowych not. Zwłaszcza wobec odwiedzających go rodaków. Sandauer: „nieprzyjemny, zarozumiały, arogancki, pewny siebie, a chwilami nawet – lekko protekcjonalny”, Dygat: „dość miły, ale ma w sobie trochę prostackiej pewności siebie, która pokrywa słabość w głowie i nieporządek w sumieniu”. Na tym tle jaśnieje postać Aleksandra Wata, który przeszedł drogę od  człowieka zafascynowanego komunizmem do całkowitego nim rozczarowania jeszcze przed wojną. Herling-Grudziński obdarzy Wata wyjątkowym komplementem, stwierdzając, że rozmawia się z nim jak „dorosłym człowiekiem”. Czuje coraz bardziej potężniejącą różnicę zdań w ocenie sytuacji w Polsce (bolesne wyrzuty wobec siostry Łucji i brata Mariana, którzy wybrali życie w ojczyźnie) i osamotnienie, które podsumuje krótko, że postrzegany jest przez rodaków albo jako agent, albo jako zdrajca.

Wybór zapisków z dwuletniego dziennika daje niezwykłą wręcz możliwość zajrzenia do duszy pisarza oraz do podglądnięcia jego warsztatu. Do duszy, ponieważ na kartach diariusza nieustannie pojawia się cień Krystyny. „Śniła się Krystyna”, zapisuje raz po raz wdowiec. Poczucie winy płynące z majaków sennych jest przytłaczające. Wyznanie miłości zaś pozostaje niestępione przez upływ czasu. To właśnie tu upatrywałbym decyzji, aby „szufladowy diariusz” trafił do wydawcy dopiero teraz, po śmierci żony Lidii.

Całość zamyka wywiad z córką pisarza, Martą Herling. Dzięki jej spojrzeniu możemy bardziej zrozumieć owo słynne „nocne chodzenie po pokoju” polskiego diarysty, a także dostrzec, jak skomplikowaną był osobą. Chłodny, skupiony, milczący, walczący o niezależność głosu w swoim niepodzielnym królestwie – pokoju na piętrze, do którego nikt nie miał wstępu.

Nie należy ufać „szufladowym dziennikom”, tym, którym autorzy poskąpili szansy publikacji. Zarówno „Kronos” Witolda Gombrowicza, jak i „Diariusz 1957-1958” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego nie zajmą ważnego miejsca w literaturze. Na tle wielkich diariuszy przypominają dalekich, trochę wstydliwie ukrywanych, krewnych. Takie publikacje ucieszą raczej wąskie grono wiernych czytelników, do których i ja mam czelność się zaliczyć. W ten sposób spór o najwybitniejszy polski diariusz XX wieku pomiędzy Gombrowiczem a Herlingiem-Grudzińskim (ze wskazaniem na Andrzeja Bobkowskiego) może wciąż trwać.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronach Instytutu Książki – http://instytutksiazki.pl/literatura,8,recenzje,25,wszystkie,0,dziennik-1957-1958,130.html

 

Kortau nie chce umilknąć

Opadł już literacko-dyskusyjny kurz po spotkaniu Pawłem Jaszczukiem, Włodzimierzem Kowalewskim, Kacprem Kozłowskim pt. „Od Kortau do Kortowa w literackiej narracji”. Otrzepując się z kurzu, porządki czyniąc w garderobie i umyśle, zapisuję protokół rozbieżności wszelakich:

1.Temat szpitala psychiatrycznego, nazistowskich mordów eugenicznych (eutanazji), masakry dokonanej przez  Armię Czerwoną wciąż nie jest wyczerpany literacko. Widzę tkwiący w tym temacie pomysł na jedną, dwie powieści (nie wspominając o innych sztukach, innych językach, jak teatr, film).

2.Kortau nie jest tematem sztucznie wywołanym. Od lat widzę rosnące zainteresowanie tym tematem. A widzę to jako belfer: młodzi strzygą uszami i dopytują. Może ten temat przynależy właśnie do młodego pokolenia, skoro „starszym” przez tyle lat jakoś było z nim nie po drodze.

3.Kortau jako miejsce pamięci. Wyjątkowość tej historii sprawia, że na terenie obecnego Kortowa mamy trzy przestrzenie: miejsce pamięci pomordowanych, cmentarz i tętniące życiem miasteczko akademickie. Rozdzielić tych przestrzeni – w tym miejscu – już nie sposób. Powstaje pytanie, czy jakoś to uwypuklić, zaznaczyć. Oczywiście, że tak!  Pomysłów jest aż nadto, dlatego zwrócę uwagę tylko na dwa:

-ścieżka edukacyjna jest pomysłem najprostszym i najmniej inwazyjnym w potrójną przestrzeń

-Kortau nie jest jedynym miejsce, gdzie dokonywano mordów eugenicznych na bezbronnych ludziach. Wydaje mi się, że w Polsce nie ma ani jednego pomnika poświęconego zamordowanym pacjentom, którzy byli chorzy psychicznie (bądź  wszelkiej maści ” inni”). Inna kwestia, czy pomnik w formie fizycznej powinien stanąć. Raczej nie. Działania edukacyjne i kulturalne powinny być swoistym „pomnikiem”(ale to temat do innej dyskusji)

4.Temu miejscu i tym ludziom, a to znaczy, że także nam, którzy tu mieszkamy, należy się uczciwa historia. W interesie Uniwersytetu jest, aby taka książka, oparta na źródłach, zwyczajnie powstała.  Dalsze zwlekanie rodzi różne, niemiłe pytania.

5.Niezrozumiałe jest, dlaczego Uniwersytet przez tyle lat niczego nie zrobił w tej sprawie. Ani sympozjum naukowego, ani wystawy w licznych swych korytarzach, ani zachęty do rozmowy na ten temat.

6.Zastanawiam się, ile jest nauczycieli, którzy opowiadają o Kortau na swoich lekcjach?

Przypadek Kortau jest przypadkiem „bezpiecznym”. Zajmując się nim jesteśmy poza obciążającą nas bezpośrednio winą i karą. Najczęściej jesteśmy „nietutejsi”, a tę historię dostaliśmy niejako w spadku. Niewygodnym, ale jednak darowanym.

 

Zygmunt Jan Rumel „Wiersze zebrane”

Noe w czasie wojny

Podążanie ścieżką biograficzną poety, aby znaleźć na niej artefakty interpretacji, nie jest najlepszą metodą. W przypadku wierszy Zygmunta Jana Rumla trudno jednak nie ruszyć tym śladem. We wrześniu 1939 roku ma 24 lata i ukończone studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Na początku 1943 roku zostaje dowódcą VIII okręgu Batalionów Chłopskich na Wołyń. Tam też ginie, zamordowany przez Ukraińską Powstańczą Armię. Współczesny czytelnik podsumuje to we właściwy sobie sposób: młody człowiek z innej epoki, z wojennych realiów, z terenu, które nie są już Polską. Czy jest możliwe spotkanie tych dwóch światów?

Jeśli poezja wojenna, to pierwsze skojarzenia biegną do Baczyńskiego i Gajcego. Rumel może śmiało stanąć z nimi w jednym szeregu. Katastrofizm, romantyczne dziedzictwo wieszczów, apokaliptyczność, a obok niej zmysłowość, nawiązywanie dialogu z poetycką tradycją – to w zasadzie typowe cechy tej twórczości. Wiem, że życiorys Rumla oraz losy pośmiertne jego twórczości (teczkę z wierszami ocaliła żona poety biorąca udział w Powstaniu Warszawskim, jest to obraz, od którego trudno uwolnić się wyobraźni) zapominanej i odpominanej są same w sobie ciekawe. Dość powiedzieć, że w filmie „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego jest scena inspirowana jego życiem, że powstał o nim film „Poeta nieznany” Wincentego Ronisza, jest patronem jednej biblioteki i jednej ulicy – czy to dużo, nie mnie to oceniać. Trudno to wszystko odsunąć tak, by nie rzutowało na samą lekturę wierszy. Ale tak właśnie chciałbym uczynić; pochylić się nad poezją, nie nad legendą. Nie jest to łatwe, spotkanie z „Wierszami zebranymi” wytrąca z poczucia spokoju. Tym, co pierwsze zwraca uwagę dzisiejszego czytelnika, jest doświadczenie zupełnie innej jakości języka. Czytam wiersze Rumla i mam wrażenie, jakby zanurzył się w leśnym, zagadkowym jeziorze. Czystość frazy, dźwięczność wersów, jakaś żywiołowość przywołanych obrazów. Ale są to zdania mocne, pewne swej siły, jak te w wierszu „Poema”:

Poema by nam trzeba stworzyć polskie, nowe,
jędrnej gwary społecznej pełne, mocne, zdrowe.
Jare jako pszenica, jako chłopy żytnie,
w których Polska jako długa, szeroka zakwitnie
i wygada, wyśpiewa, wygębuje gwarnie…

To pisanie z przekonaniem powołania wieszcza, który dopomina się o rzeczy, na które dzisiaj, wydaje się, nie ma właściwych słów.

Kresowość, Wołyń, folklor ukraiński, rusycyzmy – to wszystko jest i narzuca się w sposób oczywisty. Bardziej zaskakuje mnie witalność tej poezji wywiedziona z metafizyki miejsca, z przedziwnego połączenia wierzeń pradawnych, jak i chrześcijańskich. Z kilku wierszy wybieram „Rodowód”, gdzie rytm i ekspresja przywodzi na myśl jakieś wirowanie. Na marginesie warto zaznaczyć, że utwór powstał w czerwcu, może zatem jest tu jakieś echo nocy świętojańskiej, nocy kupały? Wspomniany „Rodowód” zaczyna się od słów:

Poganin jestem! Poganin!
Dwurogie chwalę księżyce
i lutą słowiańską Panią,
Marzannę – Bogurodzicę!

Nie mniej frapujący jest wiersz „Bogurodzica”, gdzie znajduję frazę:

Oto Ją widzę! Promiennoręka!
A przed Nią puszcza żywiczno-kora!
A przed Nią bieży Wiślica w łęgach
i pława Odra w liściastych borach!

Czytając te wersy trudno nie zatrzymać się nad drzemiącą w nich muzyką. Przywołane wiersze mają wszystko: witalność, ekspresję, rytm, niepokój, wreszcie: zasygnalizowaną tajemnicę, która wywołuje echa własnych wspomnień. Gdyby po te teksty sięgnęła dzisiejsza muzyka alternatywna, to chciałbym, aby uczyniła to Furia, która na płycie „Księżyc milczy luty” pokazała, że nie straszne jej eksperymenty językowe, lub Lao Che, które kiedyś nagrało przecież rewelacyjne „Gusła”. Jeśli dziś widziałbym „drugie życie” poezji Rumla to właśnie w obszarze muzyki. Inaczej pozostanie poetą dla tych nielicznych wtajemniczonych, którzy potrafią czytać z literackiej otchłani.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronie Instytutu Książki http://instytutksiazki.pl/aktualnosci,2,ksiazka-tygodnia-wiersze-zebrane-zygmunta-jana-rumla,1059.html

 

Mowa Kortau

Nie mogę uwolnić się od tych zdań Imre Kertesza.  W „Dzienniku galernika” zapisał: „Słyszę opinię, że spóźniłem się z «tym tematem». Że już nie jest aktualny. Że «ten temat» trzeba było podjąć wcześniej, przynajmniej dziesięć lat wcześniej, i tak dalej. A ja teraz znowu sobie uświadomiłem, że tak naprawdę nie interesuje mnie nic poza mitem Auschwitz. Jeśli myślę nad nową powieścią, znowu myślę tylko o Auschwitz. O czymkolwiek myślę, zawsze myślę o Auschwitz. Jeśli mówię o czymś na pozór całkiem innym, to i tak mówię o Auschwitz. Jestem medium ducha Auschwitz, Auschwitz mówi przeze mnie”.

Nigdy nie przypuszczałem, że te zdania tak bardzo we mnie zapadną. Że będę rozumiał je z dnia na dzień, z lektury na lekturę bardziej i bardziej.  Mało tego: że wyznaczą mi drogę do zrozumienia Kortau.

 

Kortau ma swoją własną mowę. W swoich „Kręgach na wodzie” zapisywałem tyle, ile zrozumiałem z tego języka wspólnego dla lekarzy i chorych umysłowo, topichów i Davida Lyncha, tragarzy duchów i Larsa von Triera, krasnoarmiejców i dawnych Prusów. To, co usłyszeli inni pisarze – Paweł Jaszczuk, Włodzimierz Kowalewski oraz Kacper Kozłowski –  będzie można usłyszeć podczas spotkania 4 czerwca w Starej Kotłowni w Kortowie.  Organizatorem spotkania „Od Kortau do Kortowa w literackiej narracji” jest Instytut Polonistyki i Logopedii UWM. Zapraszam serdecznie.

Uśmiech gargulca

Nie jestem mistrzem internetu. Otchłań wypluła jednak recenzję Michała Żarskiego, który prowadzi blog Litera Tura (swoją drogą świetny!).  Oddaję głos Autorowi:

 

„Bóg, miłość i śmierć. Nie ma w literaturze i sztuce poważniejszych i ważniejszych tematów. Może niektórzy nie zgodzą się z moim zdaniem, ale w takim razie czekam na sensowniejsze propozycje. Dam sobie rękę uciąć, że albo ich nie będzie, albo nazwane zostaną inaczej, a i tak mieścić będą się tych trzech pojęciach. Tego zdania jest również Marcin Cielecki, autor zbioru esejów wydanych pod tytułem „Miasto wewnętrzne”. Jestem również przekonany, że podzielają jego pogląd ci, którym na sercu leży cywilizacja łacińska. Poważne podejście do kultury, w której żyjemy, musi zaowocować takim właśnie wnioskiem, że to właśnie Bóg, miłość i śmierć są jej budulcami. I to niezależnie, czy się w Stwórcę wierzy, czy też tej wiary się nie podziela. Wystarczy zajrzeć do Dostojewskiego, który jak mało kto potrafi babrać się w ludzkich bebechach, a przy okazji widzi człowieka szerzej niż tylko byt materialny. Czy zrozumienie rosyjskiego badacza ludzkiej duszy byłoby możliwe bez odwołania do chrześcijaństwa? Czy malarstwo Nowosielskiego można by poważnie zinterpretować bez odniesienia do pojęcia Boga?


Zanim autor odpowie nam na te pytania, zaprasza nas na wędrówkę po Kortowie, dzielnicy Olsztyna zaludnionej przez studentów i naznaczonej dzisiaj pełnym hedonizmu życiem żaków. Na współczesny obraz tej wesołej i kojarzonej z odpoczynkiem przy jeziorze dzielnicy nanosi Marcin Cielecki dawne, niepokojące szkice związane z niemiecką historią miasta. Stolica Warmii jest przecież pełna śladów niepolskiej przeszłości, jak wszystkie ziemie odzyskane po II wojnie światowej. Te kortowskie opowieści kryją nie tyle zwyczajne pruskie życie, co szaleństwo, a to wiąże się ze szpitalem psychiatrycznym, który w tym miejscu funkcjonował przez długie lata. Banalna wędrówka z synem po Kortowie staje się dla autora przyczynkiem do rozważań na temat narodzin sztuki medycznej i związanych z nią eksperymentów. Te zaś zawsze były dokonywane na ludzkim ciele i duszy. Na te obrazy nakładają się losy Olsztyna po wojnie, związane nieodłącznie z barbarzyństwem Armii Czerwonej. Do tego dochodzą rozważania na temat miejscowych pierwotnych wierzeń związanych ze śmiercią i pamięcią o zmarłych. Już pierwszy esej proponuje więc czytelnikowi podróż po gąszczu tematów, swoistą silva rerum. Marcin Cielecki zanurzony jest w miejsce, w którym mieszka na co dzień, czujnie opisując jego historię, przy czym bardzo sprawnie tworząc sugestywne obrazy.

Ale co z Bogiem, miłością i śmiercią? Ta trójca wychodzi na jaw się w kolejnych szkicach zawartych w „Mieście wewnętrznym”. A te dotyczą przede wszystkim literatury i sztuki. Pojawia się w nich wspomniany już Fiodor Dostojewski, którego autor darzy wielką estymą. Jego literatura jest bowiem niedoścignionym wzorcem pisania o mrokach duszy ludzkiej. Pisarz nie unika odniesień do transcendencji, czym zdecydowanie odróżnia się od dzisiejszych zafascynowanych nim literackich nihilistów, którzy potrafią jedynie pławić się we własnej depresji i paranojach spowodowanych nadmiernym dostatkiem i zerwaniem z duchową tradycją Europy. Ta bez chrześcijaństwa przecież istnieć nie może i to zdaje się mówić autor. Jednak czyni to bez konfesji; nie jest nawiedzonym poszukiwaczem zła we współczesnej kulturze. Stara się raczej zaglądać tam, gdzie poszukiwania duchowości nie wydają się oczywiste. Stąd w jego esejach pojawia się twórczość brytyjskiej pisarki Iris Murdoch, niesłusznie kojarzonej z mieszczańskim romansem. Pojawia się również popkultura. Ta ostatnia pokazuje swoją twarz w postaci Jokera, demonicznej postaci z komiksów i filmów o Batmanie.

Nie jest więc Cielecki eseistą poruszającym się po bezpiecznych przestrzeniach, oswojonych przez Kościół i religię, ale sięga głębiej, tam, gdzie wielu sięgać się nie ośmiela. Jakże marnie wyglądają przy jego tekstach te produkcyjniaki rodem z pisemek o egzorcyzmach tworzone dla przestraszonej młodzieży oazowej. Kultura, jak zauważa czujnie autor, bardziej niż bluźnierstwa, powinna wystrzegać się kiczu. Również tego religijnego. Bluźnierstwo jest bowiem najczęściej zaproszeniem do dyskusji, a kicz raczej usypia i żadnej dysputy nie prowokuje. I można, naturalnie, nie zgodzić się z wizją autora, nota bene wierzącego katolika, ale nie można przejść obok niej obojętnie. „Miasto wewnętrzne” prowokuje, jątrzy, chociażby przypominając mało znane dzisiaj średniowieczne obrzędy Święta Głupców, zakazane po Soborze Trydenckim. A przecież były one wentylem bezpieczeństwa dla surowej, ascetycznej religijności wieków średnich i odrodzenia. To podczas nich świątynia stawała się przestrzenią grubego żartu, dzisiaj jednoznacznie ocenionego jako obrazoburczy.

Nasze mroczne chrześcijaństwo, tak tytułuje autor podrozdział jednego z esejów. Obecność mroku w religii zbliża autora do duchowości prawosławnej, a z drugiej strony – tradycyjnie ewangelickiej. Zwracając uwagę na aspekty ciemności, strachu i w religii, i w kulturze, zdaje się Marcin Cielecki protestować przeciwko zdziecinniałej, kierowanej do dorastających, egzaltowanych nastolatek, twarzy dzisiejszego Kościoła katolickiego. Twarz ta, doskonale widoczna podczas Światowych Dni Młodzieży oraz słyszana w słowach papieża Franciszka zdaje się zapominać o dziedzictwie przedsoborowego katolicyzmu. Dziś mamy radosne pląsy, rockandrollowe piosenki o Bozi i klaskanie w dłonie. Ani Dostojewski, ani Nowosielski nie podzieliliby zdania o słuszności tej wizji. „Miasto wewnętrzne” również tego nie czyni. Zwraca za to uwagę na to, co można przeoczyć, idąc za powierzchowną duchowością ery kilkusekundowych filmików w mediach społecznościowych”.

Cały tekst dostępny pod tym adresem http://ltura.blogspot.com/2016/09/marcin-cielecki-miasto-wewnetrzne-nasza.html a na blogu Michała wiele innych ciekawych tekstów. Się zaprasza, się poleca, kłania się.

Krystyna Naszkowska „Ani tu, ani tam. Marzec’68 – powroty”

Polska się ich wyrzekła. Oni ruszyli w świat układając sobie życie na własny rachunek. W „Ani tu, ani tam” Krystyny Naszkowskiej wygnani z kraju w Marcu ’68 portretują Polskę, którą zastali po powrocie.

Marzec rozniósł ich po świecie. Dania, Szwecja, Izrael, Kanada – inne szerokości geograficzne, odmienne mentalności, nieznane standardy życia. Słowem: inny, kolorowy świat, odgrodzony polityczną żelazną kurtyną. Jak w nim żyć, gdy do tej pory za szczyt marzeń uchodził własny pokój, szary i mały, ale z łazienką? Wygnani z Polski na fali prześladowań antysemickich w 1968 roku poradzili sobie. Wrócili po latach. A mnie interesują ich oczy: jaką Polskę widzą po swojej nieobecności?

Książka „Ani tu, ani tam” Krystyny Naszkowskiej w literaturze „pomarcowej” wyróżnia się przede wszystkim podjęciem tematu powrotu do Polski. Osiem obszernych wywiadów zostało przeprowadzonych według podobnego klucza: kiedy wyjeżdżali z rodzinnego kraju byli w wieku studenckim, z niemal zerowym doświadczeniem radzenia sobie w kapitalistycznym i liberalnym świecie, najczęściej samotni, przecierali dopiero szlaki dla swoich rodzin. Dziś są osobami znanymi i zamożnymi. Pomijając barwne, miejscami smutne, a innym razem pełne humoru, opowieści o zdobywaniu świata, w „Ani tu, ani tam” portretują Polskę, którą zastali po powrocie.

Z wielu różnych życiorysów zebranych przez Naszkowską układa się jeden wzór nieodwzajemnionej miłości. Polska się ich wyrzekła, Polska odebrała obywatelstwo, Polska wyrzuciła, Polska zapomniała. Zapomnieli i oni, ruszyli w świat układając sobie życie na własny rachunek. Zakładali rodziny, pojawiały się dzieci, wrastali w kulturę odmiennych państw i zawsze mieli poczucie zawieszenia, bycia kimś w drodze. „Moja żona twierdzi – mówi współwłaściciel kawiarni Green Caffé Nero Adam Ringer – że ja tak naprawdę nigdy nie wyjechałem z Polski, że te dwadzieścia sześć lat, które spędziłem w Szwecji, byłem tylko na wycieczce”.

Ich powroty to dzieła przypadku lub wymogów pracy: po roku 1989 otworzyły się granice, pojawiły się nowe rynki pracy, kontrahent zakładał nową firmę, potrzebowano tłumacza… I wtedy, w ustabilizowanym już życiu, pojawia się ona, Polska, przedziwnym prawem niespodzianki, jak pierwsza miłość, która się nie ziściła, a która zostawiła drzazgę w sercu. Przyglądają się sobie po przejściach, z własną historią i bagażem doświadczeń, pytając się siebie: co dalej?

Tamto już nie wróci. Tamtej Polski już nie ma. Michał Sobelman, rzecznik prasowy ambasady Izraela, choć mieszka w Polsce, mówi że do niej nie wrócił. Po chwili precyzuje: „Bo wyjechałem w 1969 roku z innej Polski niż ta, w której jestem. Wtedy Polska była krajem zamkniętym, nieliczni z niej wyjeżdżali”. Dekomunizacja zmieniła ulice, dofinansowanie z europejskich środków wpłynęło na elewacje budynków i pozwoliło wyzwolić kontrolowany wybuch przedsiębiorczości. Pierwsze uczucie po powrocie jest jednak druzgoczące. Krzysztof Zorde wspomina jaką Polskę zastał w 1989 roku: „Taka sama jak w dniu wyjazdu, tylko brudniejsza i zapyziała. Ludzie wydawali mi się tak biedni ubrani. Tramwaje ciągle te same, tylko zdezelowane, skrzypiące, kolebiące się”. Gospodarka tamtego okresu była fatalna. Krzysztof Topolski przypomina sobie, że bez łapówek nic nie można było załatwić. „Burdel, złodzieje dookoła” – podsumowuje pierwsze lata III RP. Jak tu robić handel, poważne umowy, gdy za partnerów ma się Polaka naznaczonego wieloletnim komunizmem? „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” – tyle w temacie lekcji przedsiębiorczości. Niewielkie pojęcie o oszczędzaniu, o planowaniu na przyszłość, o ciągłym poszerzaniu swojej ofert handlowej.

Wygnani w Marcu’68 pozostawili społeczeństwo polskie w intelektualnej i technologicznej „naszej małej stabilizacji”, a sami weszli w świat nowej zachodniej myśli naukowej. Przeskoczyli Polskę o dobrych kilkanaście lat rozwoju cywilizacyjnego. Powrócili do swej ukochanej, pierwszej miłości, a ona okazała się nadgryzioną przez czas starą panną.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronach Laboratorium Więzi pod tytułem „Polska – nieodwzajemniona miłość” wiez.com.pl/2018/03/13/polska-nieodwzajemniona-milosc/