Kornel Filipowicz „Moja kochana, dumna prowincja”

Literacki czyściec bywa kapryśny. Kilkanaście lat temu fraza „My wszyscy z Kornela” była doskonale czytelna, dziś natomiast pozostaje enigmatyczna. Proza Kornela Filipowicza stała się nieobecna, jej autor skazany na literacki niebyt. Na szczęście czyściec dla literatów zawiera w sobie liczne tajemnice, a jedną z nich są powroty. Wybór opowiadań Kornela Filipowicza dokonany przez Justynę Sobolewską pozwala żywić nadzieję, że będzie to powrót na dłużej.

(…)Mistrz konkretu , piewca prowincji, pisarz szarości – określenia próbujące jakoś opisać prozę Filipowicza pozostają raczej nieprzydatne. Zbiór „Moja kochana, dumna prowincja” zaskakuje bogactwem tematów, obrazów, a nade wszystko – czym autor ujął mnie, czytelnika z zupełnie innej generacji – wspaniałą polszczyzną. Zdecydowana większość opowiadań krąży wokół jakiegoś konkretu zupełnie codziennej, chciałoby się rzecz trywialnej rzeczywistości. Sprzątanie, obserwowanie kota, rozmowy na schodach z sąsiadami… Na tej bazie buduje opowiadania, które sięgają gdzieś głęboko, w ową drugą przestrzeń w nas drzemiącą. Nienachalna metafizyka szarości? Filipowicz jest mistrzem opisu tego, co zdarza nam się w zamyśleniu przy gotującej się wodzie w czajniku, samochodowym korku, czy zwykłym zapatrzeniu się przez okno.

(…) Z wielu obrazów autora zatrzymują mnie dwa: poczucie pewnego nieistnienia oraz śmierci. W opowiadaniu tytułowym Filipowicza opisuje jak skutecznie jest ignorowany przez kelnerkę w bufecie. Zamiast, zdawałoby się uzasadnionej, irytacji, czytelnik otrzymuje wspaniały fragment: „Zrozumiałem, że mnie tu nie ma, że jeśli gdziekolwiek w tej chwili jestem, to w każdym razie nie tu. Skutkiem tego nie mogę być ani widziany, ani słyszany”(„Moja kochana, dumna prowincja”). Owo poczucie nieistnienia będzie pojawiało się dosyć często, prowadząc czytającego do nieoczywistych, wewnętrznych podróży. Innym tematem – podobnie nieoczywistym – jest śmierć, albo raczej swoiste życie pomimo śmierci. „Jedno jest tylko dla mnie pewne: od tamtego jesiennego dnia, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, byłem przekonany, że ja sam umarłem już znacznie wcześniej. Może nie śmiercią zupełną, wystarczającą jednak, aby to śmiercią nazwać” („Śmierć mojego antagonisty”). Czy w tych powracających motywach – nieobecności, śmierci niezupełnej – drzemie doświadczenie obozów koncentracyjnych, lat okupacji?

Fragment recenzji zamieszczonej na stronie Instytutu Książki http://instytutksiazki.pl/ksiazka-tygodnia,aktualnosci,37167,moja-kochana–dumna-prowincja–opowiadania.html

Dawno już żadna książka nie zrobiła mi tak dobrze na moje skołatane nerwy. Prowincja rulez!

Reklamy

Pisane gargulcem

Od kilku lat utknąłem przy myśli, której nie jestem w stanie rozwinąć, popchnąć dalej. Chrześcijaństwo daje wierzącemu wszystkie odpowiedzi – Zmartwychwstanie – a jednak nie potrafimy właściwie stawiać pytań. Mam odpowiedź, ale nie wiem, jak postawić znak zapytania. Ot, i cała mądrość moja. Coś w tym jest, ale nie wie wiem, jak to przekuć. Utknąłem.

Jedną z prób wyjścia z inteletualnego postoju jest ten szkic o strachu. Dawniej w przestrzeni chrześcijańskiej – kazania, duszpasterstwo, architektura, wystrój świątyni – dużo było lęku, przerażenia. Teraz zdaje się, że wszystkie strachy na wróble zostały pospiesznie schowane do szafy. W filmowych horrorach (ale czy tylko tam?) rozwiązanie jest proste: chwytasz za spluwę i bronisz się headshotem. Czy to działa – zależy od filmu. A w życiu, życiu prawdziwym, życiu które chce stać przy Chrystusie? Gdy bestia pożera moje życie zamiast headshota odmawiam Credo. Nie dlatego, że się nie boję. Mówię Credo, właśnie dlatego, że się boję.

Utknąłem?

I o tym jest ten szkic „Jak się dobrze bać”, który został umieszczony na stronie Laboratiurm Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/10/31/jak-sie-dobrze-bac/

Mariusz Sieniewicz „Plankton”

Rok 2092, zamachy terrorystyczne niemal zrównały z ziemią Kraków. Do tego czasu Rosja przyznała się wreszcie do zamachu smoleńskiego, a przez Europę przetoczyły się dwie wojny religijne. I jest nowa geopolityka: siedzibą Watykanu został Sztokholm, jest czarny papież Adam I, a stolicą Polski został Olsztyn. Tyle tylko, że nie ma Polski, a zamiast niej panuje Polacja. Islam ponownie stanął u bram Europy. Jedynym ratunkiem jest wiara i Kościół. Politycy przestali się liczyć, a władzę przejął kler. Bóg, Honor, Polacja – i wszystko jasne.
„Plankton” Mariusza Sieniewicza nie jest bynajmniej odpowiedzią na kolejne części „Metra” Dmitra Glukhovskiego. Dystopijna rzeczywistość przeraża, bo przerażać musi. Duchowieństwo podporządkowało sobie polityków, a po zniesieniu celibatu to właśnie kapłaństwo jest pełnym uczestnictwem w życiu obywatelskim. Zakony skrzętnie przejęły poszczególne gałęzie zarządzania państwem: cysteri – rolnictwo i kontrola rynku spożywczego, dominikanie – edukacja, benedyktyni – poligrafia, jezuici – tajne służby, augustianie – sądy, franciszkanie – opieka społeczna i street workerzy… Zakonnice składają śluby milczenia, które są skrupulatnie egzekwowane przez odcięcie języka. Z wyjątkiem Maryi wszystkie imiona kobiecych świętych został „zmężnione”: zamiast Teresy jest Teres, a zamiast Faustyny jest Faustyn.

Powieść Mariusza Sieniewicza wyrasta z rozczarowania współczesną Polską i Europą. Autor celnie punktuje przejawy sojuszu tronu z ołtarzem, a jeśli dodamy do tego imponującą wyobraźnię językową – robi się strasznie i śmiesznie zarazem. Oto wszędzie nad głowami obywateli Polacji latają wrony-drony rejestrujące wszystko i wszystkich. Oto Lech Kaczyński okazuje się ostatnim prezydentem człowiekiem, po nim następują już tylko prezydenci – avatary. Oto pomniki narodowe uciekają wraz z ludźmi ze zniszczonego Krakowa. A jest to scena (świetna!), której wyobraźnia nie jest w stanie do końca sprostać: „Wśród uciekinierów, repatriantów, tułaczy widzę ożywione pomniki władców, świętych, poetów i bohaterów. Idą z trudem, aż trzeszczy marmur, aż obłupuje się granit. Nikogo z ludzi to nie dziwi, jakby los uciekiniera jednoczył każdego – materię i żywych. (…) Oto pomnik Mickiewicza wyprzedza popiersie Jana Pawła II i Wałęsy. Rzeźbiony w bryle Fredro popycha Grottgera, Ofiary Faszyzmu prawie tratują Nieznanego Żołnierza, którego nieco niezdarnie wspiera popiersie Pączyńskiego, a Wyspiański depcze Skrzyneckiemu po piętach”. Taki mniej więcej jest świat Polacji – dziwnie znajomy i dziwnie odległy zarazem. Można zatrzymać się na tym etapie odczytania „Planktonu”, pośmiać się przez łzy, wskazać, że to monomachia naszych czasów i zamknąć temat.
Jest jednak jeszcze jeden poziom odczytania „Planktonu”. Mam nieodparte wrażenie, że jest to książka z zacięciem metafizycznym. Od wielu lat czekam na współczesną powieść metafizyczną i poza „Lodem” Dukaja nic nie pasuje do tego miana. „Plankton” jest powieścią także religijną (metafizyczną), ale napisaną w inny już sposób. Nie da się posługiwać się pojęciami, które tkwią jeszcze w literaturze Dostojewskiego i filozofii Nietzschego. Nic i nihilizm już nie przemawia, jest językiem dawnej epoki. Dziś mamy drwinę, śmiech i memy – każda poważna dyskusja może zostać zastąpiona przez rechot. Sieniewicz wchodzi zupełnie świadomie w ten świat, sam używa języka śmiesznego i strasznego zarazem, a ta para, podobnie jak w średniowiecznych katedrach, będzie nierozłączna. Wybór franciszkanina na głównego bohatera jest wpisaniem się w wielki korowód postaci, od spirytualistów, Joachima de Fiore, Savonarolę, bohaterów „Imienia róży”, po współczesnego papieża. Biedaczyna z Asyżu i „naiwność” Ewangelii zestawione są z Polacją i zadają pytania o granicę kompromisu. Przed wyborami musi stanąć bohater, brat Artur, który stara się trzymać ducha Ewangelii. Państwo zdominowane przez Kościół jest rządzone za pomocą dawnej zasady panem et circenes, stąd potrzeba dostosowania nauczania Kościoła do nowych wymogów. Jak pisze Sieniewicz: „Tutaj nasz Kościół poszedł na kompromis z ludem. Klonowanie, owszem, ale w zamian – całkowity zakaz aborcji i in vitro”. I jest to pytanie, które przewija się przez cały „Plankton”: czy wytyczne Ewangelii są niezmienne? Czy żyjąc w płynnej rzeczywistości nie chcemy zmienić zasad nauczania Mistrza z Nazaretu? Oczywiście, że chcemy. Powieść Sieniewicza pokazuje konsekwencje takiego wyboru. Kluczowe zdanie „Planktonu” brzmi: „Fundamentem jest nicość”. Na tym zdaniu opiera się metafizyczna oś książki. Homo planctus, narzeka jeden z księży, rodzi się bez poczucia transcendencji. Zamiast naturalnego głodu Boga posiada w sobie głód konsumpcji. Gromadzenie promocji, punktów lojalnościowych, zniżek, ma zagłuszyć wołanie o transcendencję. Jest w nas dziura, nicość, druga przestrzeń, której może sprostać tylko Ten Drugi. Spotkanie z Nim jest jednak ryzykowne. Jest to przecież stanięcie sam na Sam, które wytraca z poczucia bezpieczeństwa. Mylimy pragnienie Boga z zadowoleniem konsumenta, zdaje się mówić miedzy wierszami Sieniewicz.
W świecie śmiesznym i strasznym „Plankton” zawiera jeszcze jedną interesującą myśl. Nie da się nieustannie „śmieszkować”, uciekać od odpowiedzialności w bezpieczną kpinę, czy nawet w pogodny cynizm. Choć możemy tego nie chcieć, należy stanąć po stronie wartości. Jeśli oddamy je, bo nie chciało się nam angażować, to nie wrócą do nas. Staniemy się planktonem. Wartością przewodnią książki jest miłość. Zdecydować się na miłość – ojcowską, matczyną – to wystawić się na zranienie. Na możliwość utraty. Na poczucie bezsilności. Ale dlatego właśnie – dla tej miłości zrobimy wszystko. I chociaż w chrześcijańskim, religijnym, odczytaniu „Planktonu” będę tu widział odwołanie do Boga Ojca, do Chrystusa cierpiącego, to powiedzmy szczerze: Mariusz Sieniewicz nie daje aż tak jednoznacznych wskazówek. Jako autor nie musi tego robić; to jest już praca dla czytelnika.
Trzymając się narzuconej przez Sieniewicza metafory – możemy być planktonem, który zostanie pożarty przez lewiatana. Tego lewiatana sami możemy stworzyć. Chyba, że staniemy mu kością w gardle.

Tekst zamieszczony na stronie Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/10/19/w-swiecie-smiesznym-i-strasznym/

Władcy polskiej wyobraźni

Jeśli nie wyjechałeś na wakacje i nie przeżyłeś swej przygody na szlaku, to trzeba ruszyć śladem właśnie ich: podróżników.

Przygoda zaczyna się w 2010 roku wraz z książką Artura Domasławskiego „Kapuściński non-fiction”. Uczeń rzekł do swego mistrza: sprawdzam. I wyszło, że nie wszystko się zgadza. Wśród czytelników Ryszarda Kapuścińskiego zapanował szok i niedowierzanie, choć większość przyznała po chwili oszołomienia: dostrzegaliśmy to, choć tak naprawdę nie chcieliśmy tego widzieć. Czytelnicy wyruszyli na szlak niedowierzenia i roztrząsania emocji (kto ma rację: autor? żona? sąd?). Gdy wydawało się, że podróż się kończy i wszyscy w jakiś sposób wracaliśmy już ze szlaku do domu, okazało się, że droga wiedzie dalej. W tym roku ukazały się dwie książki, których autorzy powiedzieli „sprawdzam” wobec Taniego Halika i Sat-Okha. Książki nie mniej szokujące, ale jeszcze bardziej potrzebne nam, czytelnikom. Ryszard Kapuściński, Tony Halik, Sat-Okh. Reporter, podróżnik, Indianin. W zimnowojennej epoce, w świecie podzielonym żelazną kurtyną i z zamkniętymi granicami oglądaliśmy świat ich oczami. Oni podróżowali niejako za nas. Byli naszymi oczami. Powieści Sat-Okha, reportaże Kapuścińskiego czy program „Pieprz i wanilia” przenosiły nas z dala od tamtej Polski: szarej, smutnej, beznadziejnej. Ta trójka była władcami naszej wyobraźni. Wystarczyło wsłuchać się w ich opowieści, aby przenieść się w wyobraźni gdzieś tam, gdzie jest lepiej. Nie znaliśmy jednak ceny tych podróży.

Tony Halik, nieodkryty kontynent

Książka Mirosława Wlekłego „Tu byłem. Tony Halik” wyrasta z fascynacji osobą podróżnika. Loco Polaco (szalony Polak), Trotamundo de Polonia (obieżyświat z Polski) – to tylko niektóre z tytułów, którymi obdarzano Halika. On sam mówił o sobie: jestem Tony Halik. Był jeszcze Antonio, Mieczysław i Max – i wszyscy byli Halikiem, ale o tym nie chciał mówić. Mirosław Wlekły w rozległym reportażu ruszył śladem Toniego Halika. Chciał dotrzeć tam, gdzie był podróżnik. I chciał dotrzeć tam, gdzie był tylko on sam: w głąb niego samego, na rozległe przestrzenie życia, które było ukrywane. Zapamiętaliśmy Toniego Halika jako nieco zwariowanego podróżnika, pełnego ekspresji, opowiadającego ze swadą o swoich niezwykłych przygodach. Przyjaciel Indian i odkrywca zapomnianych w dżungli miast. Ale także pilot RAFu, bojownik we francuskiej partyzantce, pisarz, dziennikarz. Nikt nie zliczy ile razy otarł się o śmierć. Tam jaguar, a tam włoska mafia, awarie samolotów i samochodów, no i jeszcze choroby – ze wszystkich przeciwności zawsze wychodził obronną ręką. Wydawało się, że nic nie jest w stanie go pokonać. Miał w sobie coś z Don Kichota i Marco Polo, zupełnie jakby przeżył kilka życiorysów jednocześnie. Dlaczego zatem Tony Halik odciął się od urodzonego w Toruniu Mieczysława Sędzimira Halika? Mirosław Wlekły pisząc reportaż zauważa, że coraz więcej rzeczy się nie zgadza, że jest kilkanaście różnych wersji danego wydarzenia, wreszcie, że niektóre spowija tajemnica. Podpisał Volkslistę – świadomie czy zrobił to za niego urzędnik? Mówił, że był w partyzantce, ale przemilczał, że był także w wojsku niemieckim. Gdy został już pilotem RAF’u jego samolot został zestrzelony, ale świadkowie pokazują inne miejsce zestrzelenia, inną datę i mówią, że go nie było na pokładzie. Wojenna zawierucha ludzkich losów. Wlekły zastanawia się nad ceną jaką musiał zapłacić polski podróżnik, ale stawia też arcyciekawe pytanie: czy gdyby Halik zagrał z nami w otwarte karty byłby zrozumiały? Dziś wydaje mi się, że tak, ale kilkanaście lat temu?

Stanisław Supłatowicz i jego indiańska dusza

Reportaż Dariusza Rosiaka „Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha” jest z kolei książką, która wyrasta z sentymentu. Ta historia poruszała przez lata naszą wyobraźnię: Sat-Okh, Długie Pióro, syn Indianina, wodza Wysokiego Orła z plemienia Szewanezów oraz Polki Stanisławy Supłatowicz, skazanej jeszcze za cara na zesłanie na Syberię. Lata dzieciństwa spędził wśród Szewanezów. Gdy Polska odzyskała niepodległość matka wróciła z nim do ojczyny. Poprzez wybuch wojny i zawirowania powojenne pozostał już w Polsce. W pewnym sensie połączył w sobie dwa odległe światy – Indian i Polaków. Rosiak ruszył śladem tego, który zawsze ukrywał się w cieniu Długiego Pióra, czyli Stanisława Supłatowicza. W czasie wojny AK-owiec, uciekł z transportu do Auschwitz, po wojnie był marynarzem. Zawsze tropił najlepiej zwierzęta w lesie, najlepiej strzelał z łuku, rozmawiał ze zwierzętami. Jego indiańskie wychowanie pomagało mu w walce partyzanckiej: gdy brakowało amunicji strzelał z łuku, w lesie mylił tropy ścigających go hitlerowców, a Niemców skalpował. Jego książki, choćby nieśmiertelny „Biały Mustang”, na stałe wpisały się w nasz krajobraz kulturowy. Widzieliśmy w Sat-Okhu analogię naszego życia: my w PRL też byliśmy „Indianami” więzionymi przez świat, którego nie akceptowaliśmy. Wystarczyło zamknąć oczy i przenosiliśmy się tam, gdzie szanowane są duchowe zasady do których tęskniliśmy. Do tego, że dane słowo coś znaczy, że przyroda jest naszym domem, że pogarda wobec człowieka jest pogardą dla siebie samego. Gdy Dariusz Rosiak mówi „sprawdzam”, to okazuje się, że są książki napisane przez Sat-Okha po rosyjsku i tylko na tamten rynek. Że nie mógł przyjechać do Polski w tych latach, o których twierdził, że przyjechał. Że tak naprawdę nie ma żadnych dowodów na „indiańskość” Stanisława Supłatowicza. Że rozrzucał swobodnie indiańskie plemiona po całych Stanach Zjednoczonych i Kanadzie za nic mając geografię krajów oraz zwyczaje Indian. Że stwarzał nowe plemiona indiańskie. Że niemal wszystko jest dziełem wyobraźni człowieka, który z tego świata uciekał w inny. Że legenda rosła i rosła, przybierała kolejne warianty (miał być wnukiem samego Tecumseha, miał mieć daleką rodzinę rozdzieloną na zesłaniu na Syberii, którą cudownie odnalazł w Rosji i wspólnie pisali książki…), ale on nie oponował, nie prostował, nie wyjaśniał. Legenda i życie splotły się ze sobą, aż niemożliwym stało się odróżnienie prawdy od fałszu. Zastanawiam się, czy dziś, gdy lepiej rozumiemy traumę wojenną i psychiczne koszta nieludzkiego czasu potrafilibyśmy zrozumieć człowieka, który ratując siebie stworzył sobie urzekający świat? I znowu: pewnie tak, gdyby tylko chciał o tym mówić. A może zaszedł już za daleko i uznał, że nie ma odwrotu?

Kapuściński, bohater Kapuścińskiego

A Kapuściński od którego rozpoczęła się przygoda? Książka Arura Domasławskiego wyrasta z relacji uczeń i mistrz. Zawiedzione nadzieje i rozczarowanie postacią wielkiego reportera narastają w czasie lektury. Jednocześnie nic nie można tej książce zarzucić. Żeby zrozumieć jak wielkim szokiem była książka „Kapuściński non-fiction” należy zrozumieć kim był sam Ryszard Kapuściński. Zaprezentował zupełnie nowy typ reportera. Bardziej rozmawiał z ludźmi zwykłymi, niż politykami. Emocje ulicy, dylematy roztrząsane na straganach, stolica widziana z perspektywy prowincji – to go interesowało, tym oddał swój głos na szpaltach gazet. Żeby dotrzeć tam gdzie, były peryferia uznanej władzy, musiał być człowiekiem niezwykle odważnym. Jego reportaże pokazują reportera w stylu macho: jest wszędzie tam, gdzie właśnie trwają wojny, potrafi znosić głód, z opresji ratuje go silna wolna i żelazny organizm. Kilkakrotnie śmierć zagląda mu w oczy. Uczy się, uparcie uczy się języków obcych. Angielski, hiszpański, portugalski (którego ponoć nie cierpiał), to przecież tylko czubek góry. Suahili rozumie na tyle, że potrafi prowadzić proste rozmowy. Więcej ma w sobie: doprawdy czarujący uśmiech, świetna sprawność fizyczna, i to coś wyjątkowego – umiejętność bycia z ludźmi. Jest reporterem, który wypracowując własny styl, zdaje sobie sprawę, że zaczyna tworzyć coś więcej. Jego reportaże stają się literaturą. Tworzywem tej literatury jest on sam. Od tej pory Kapuściński występuje przynajmniej w podwójnej roli: jest autorem, jest bohaterem. Kapuściński pisze o Kapuścińskim, o tym, co widział, co zrozumiał, z kim rozmawiał. To się świetnie czyta, to daje emocje. Granica między fikcją a rzeczywistością w literaturze jaką jest reportaż jest granicą niezwykle płynną. Ci, którzy ruszyli jego śladem, mówią, że koloryzował. Że posługiwał się niedopowiedzeniem, które u czytelnika rozpala umysł, ale u chłodnego badacza stawia kłopotliwe znaki zapytania. O masakrze na placu Tlateloco w Meksyku w 1968 roku Kapuściński mówił: „byłem tam wtedy”. W rzeczywistości był tam, ale miesiąc po strasznych wydarzeniach. Mówił, że przeszedł szlak Che Guevary w Boliwii. Niedopowiedzenie jest bardzo subtelne: przeszedł tę samą trasę, co Che, ale nie przeszedł jej razem z nim. Kapuściński nie precyzował, pozwalał rosnąć swojej legendzie. Dopowiadali inni, w pewnym sensie my sami stworzyliśmy legendę Kapuścińskiego. On jednak nie oponował, nie korygował. Być może bohater Kapuścińskiego wyszedł z ram książek? Im więcej książek pisał, tym stawał się jednak mniej reporterem, a bardziej pisarzem.

Władcy wyobraźni
Reporter, podróżnik, Indianin. Okna przez które patrzyliśmy na świat okazały się oknami zamglonymi. Koloryzowanie, nieodpowiedzenia, przemilczanie, ubarwianie i zwykłe fantazjowanie – to wszystko dodaje potrzebne kolorytu opowieściom, ale zawsze granica między gawędą a kłamstwem musi być czytelna. Gdy czytałem trzy naprawdę świetne, choć często bolesne, książki zastanawiałem się, czym różnią się ich bohaterowie od współczesnych celebrytów. Wszak wszyscy oni mówią: ja. Widziałem, byłem, jadłem, spałem. Przeżyłem. Ja, ja, ja. Celebryta tym się różni pod podróżnika czy reportera, że gdziekolwiek by nie był jedyną rzeczą, którą naprawdę odkrywa i chce o niej mówić, jest on sam. Reporter czy podróżnik mówią jednak o świecie, który widzieli. Czy Ryszard Kapuściński, Tony Halik i Stanisław Supłatowicz byli celebrytami swego czasu? Nie. Choć czasem mijali się z prawdą ich celem nie było życie dla siebie, swojej sławy, ale przekraczanie granic swojego świata. Książki Domasławskiego, Wlekłego i Rosiaka są podzwonnym dla generacji takich, jak ja: dzieci PRLu. Oto nasi idole okazali się skalani. W trakcie lektury łapałem się na myślach, że przecież teraz widzę wyraźnie, że opowieści owych „władców polskiej wyobraźni” były aż nadto ubarwiane. Dlaczego wcześniej tego nie widziałem? Po pierwsze dlatego, że nic chciałem. Że wolałem żyć wyobraźnią właśnie, bo w tamtym czasie mieliśmy tylko ją. Po drugie, że świat z zamkniętymi granicami, jest światem nieprawdziwym i wierzy się na słowo. Po trzecie wreszcie, że ci którzy zawładnęli polską wyobraźnią żyli i tworzyli w świecie bez Internetu. Dziś każdy może przeprowadzić podobne śledztwo, nawiązać kontakty, przekroczyć granice. Kapuściński, Halik i Supłatowicz, choć często kreowali się na bohaterów niemal nieskalanych, okazali się bardzo ludzcy. Dali nam, pokoleniu sprzed Internetu, jednak najważniejszą lekcję: wspaniałą wyobraźnię, dzięki której mogliśmy pójść jeszcze dalej niż oni i przekroczyć zupełnie inne granice.

Szkic zamieszczony na łamach „Gościa Niedzielnego”: http://gosc.pl/doc/4152048.Wladcy-polskiej-wyobrazni

Timothy Snyder „O tyranii. Dawdzieścia lekcji z XX wieku”

Byłem nieufny wobec tej książki. Kartkując trafiłem na rozdział „Nawiązuj kontakt wzrokowy i prowadź niezobowiązujące konwersacje”. Inne nie były lepsze: „Weź odpowiedzialność za oblicze świata”, „Gdy nadejdzie niewyobrażalne, zachowaj spokój”, „Bądź tak odważny, jak potrafisz”. Żachnąłem się. W pierwszym odruchu miałem wrażenie, że Oprah Winfrey daje rady, jak wyjść z depresji żyjąc pomiędzy ludźmi w jakimkolwiek państwie. Dopiero w trakcie lektury rzeczy stają się wyraźniejsze.

„O tyranii” w zasadzie musiała powstać. Timothy Snyder napisał esej w trakcie kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa będąc zaskoczony jak populizm, argumenty rodem z facebooka, publiczne poniżanie przeciwników politycznych oraz język przemocy zdobył uznanie wśród Amerykanów. Podobnie „zwycięskie argumenty” dostrzegamy w innych krajach, również europejskich. Snyder to znakomity historyk zajmujący się między innymi dziejami Europy Wschodniej oraz Holokaustem, autor rewelacyjnych „Skrwawionych ziem” i kontrowersyjnej „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie historii”. Wyobrażam sobie, że amerykański historyk patrząc na to, co dzieje się obecnie w Ameryce i Europie musiał doświadczyć bolesnego uczucia deja vu. I wykazać się mądrością płynącą z bycia uczniem Klio: to, że rzeczy się powtarzają, nie oznacza, że nie można ich zmienić. (…)

Z wielu „lekcji” najmocniej trafią te, w których Snyder odwołuje się do Holokaustu. We fragmencie nader lekko zatytułowanym „Pamiętaj o etyce zawodowej” pisze przejmujące zdania: „Gdyby prawnicy postępowali zgodnie z regułą, że egzekucji nie można wykonać bez wyroku, gdyby lekarze przestrzegali zasady, że na zabieg wymagana jest zgoda pacjenta, gdyby przedsiębiorcy poparli zakaz niewolniczej pracy, a urzędnicy odmówili zajmowania się dokumentacją dotyczącą zabójstw, reżimowi nazistowskiemu byłoby znacznie trudniej popełniać zbrodnie, z którymi go kojarzymy”. Po wojnie większość „zwykłych zbrodniarzy” broniła się powtarzając mantrę o wykonywaniu rozkazów. Snyder jest błyskotliwy, gdy pisze, że najpierw jest etyka zawodowa, a dopiero później rozkaz, a to się czyta: przede wszystkim jesteś lekarzem, urzędnikiem, nauczycielem, prawnikiem. Patrzymy na świat przez pryzmat tego kim jesteśmy. Wierność etyce zawodowej szybko potrafi poddać krytycznej ocenie każdy rozkaz. I nie trzeba tu doprawdy przenikliwej mądrości. W podobnym tonie jest wyrażona przestroga zatytułowana „Jeśli musisz nosić broń, bądź rozważny”. Służby mundurowe dysponujące bronią w tyranii szybko stają się mordercami. Działalność Einsatzgruppen nigdy nie przyniosła by tak krwawego żniwa, gdyby nie pomoc miejscowej policji. „Wielu z nich nie przygotowywano specjalnie do tego zadania. Po prostu znaleźli się na nieznanym sobie terytorium, otrzymali rozkazy i nie chcieli okazać słabości”. Policja, która broni ludności, może stać się mordercami, czyli swoją własną karykaturą. Przyznaję, że argumenty odnoszące się do Zagłady Snyder ma opanowane w stopniu mistrzowskim.

Kilka wypisów sporządzonych na marginesie z „lekcji” Snydera:

Gesty mają znaczenie – gdy nasze pozdrowienie lub podniesienie ręki sprawia, że ktoś na nasz widok przechodzi na drugą stronę ulicy, to robi się groźnie.

Symbole mają znaczenie – najczęściej noszenie jakiś symboli zmusza innych obywateli do noszenia symboli przeciwnych; gdy jedni noszą swastykę, inni muszą nałożyć gwiazdę Dawida.

Zauważ, że władza, która ogranicza wolność w imię poczucie bezpieczeństwa (np. zagrożenie terrorystyczne), najczęściej zabiera jedno i drugie. Raz wprowadzony stan wyjątkowy podtrzymywany jest tak długo, jak tylko jest to na rękę tyranowi.

Instytucje nie obronią się same – im bardziej są anonimowe, tym mniej ci na nich zależy. Wybierz instytucję z którą się „zaprzyjaźnisz” – sąd, gazetę, ustawę, związek zawodowy – i stań po ich stronie.

I być może najważniejsze:
Nie siedź przed telewizorem – nic, co się nie dzieje na ulicy, nie dzieje się naprawdę.

Więcej tu: http://laboratorium.wiez.pl/2017/09/13/na-marginesie-lekcji-snydera/

Nicholas Stargardt „Wojna Niemców”

Do dwóch podstawowych pojęć używanych w opisie każdej wojny – „zwycięzcy” i „pokonani” – Niemcy dodali jeszcze jedno: „ofiary”. I uznali, że to właśnie oni padli ofiarą drugiej wojny światowej.

Po drugiej wojnie światowej Niemcy doznali powszechnej amnezji: „Nic nie widzieliśmy, niczego nie słyszeliśmy, nie mogliśmy mówić”. Nicholas Stargardt w monumentalnej „Wojnie Niemców. Naród pod bronią 1939-1945” analizuje motyw postrzegania siebie jako ofiary. Czytając tę książkę, raz jeszcze zdałem sobie sprawę, dlaczego historia jest królową nauk. Rzecz dotyczy umiejętnego stawiania pytań wobec posiadanych już danych, a w tym przypadku źródeł historycznych.

Stargardt stawia jedno zasadnicze pytanie: co myśleli sami Niemcy o swoim udziale w czasie wojny? To pytanie – tak proste – nie było dotąd postawione. Pytaliśmy o sposób myślenia po wojnie, po fakcie, domagaliśmy się wytłumaczenia motywów po wydarzeniach. Nie pytaliśmy o to, jak Niemcy przekonywali sami siebie, że warto ponosić koszty sześcioletniego konfliktu na niesamowitą skalę.

W tle tego pytania Stargardt stawia jeszcze jedno, nie mniej istotne: czy wiedzieli o Holokauście?

Dawno już książka historyczna nie wywołała we mnie tylu emocji. Stargardt pisze o naprawdę historię społeczną: opisuje życie seksualne żołnierzy oraz ich pozostawionych w ojczyźnie żon, o poczuciu humoru, o wielkiej sile prywatnych dzienników, popełnianych zbrodniach, a to wszystko zdaje się być otoczone muzyką klasyczną. Więcej na temat tej książki w recenzji „Jak spojrzeć sobie w oczy, gdy wypowiedziało się wojnę?” na stronie Laboratorium Więzi – http://laboratorium.wiez.pl/2017/08/11/jak-spojrzec-sobie-w-oczy-gdy-wypowiedzialo-sie-wojne/

Na rocznicę „Utopii” Morea

Minęło 500 lat, gdy Thomas More opublikował „Utopię”. Dlaczego warto o tym pisać? To wciąż najlepsza sposób na podróż, gdy nie stać cię na żadną inną. Utopia to zawsze jest państwo odległe. Wyspa, która leży poza znanymi granicami. Ba, w ogóle poza tym, co znane. Miejsce Nigdzie, Niby Landia, która chce być rzeczywistością. Opowiedzieć może o niej tylko ten, który tam trafił. Rozbitek, podróżnik, pan przypadek. Drogi powrotnej już nie pamięta, ale opisy tego co widział są barwne, szczegółowe, jakby wciąż tam był. Podróżujemy do utopii siedząc przy biurku, zwiedzamy Miejsce Nigdzie ze swojego pokoju. Wiadomości o utopii czytelnik posiada jedynie dzięki tym, którzy tam byli, ale zapomnieli drogi powrotnej. Otóż nie, nie zapomnieli. Im się udało z niej uciec. Rozbitkowie, podróżnicy, zdziwaczeli pielgrzymi – pod ich łachmanami trudno dostrzec świetliste oblicza obywateli najlepszego ustroju. Zatem muszę uwierzyć najpierw im. Że wpłynęli we mgłę, że spotkali wyspę, że odnaleźli coś na równoleżniku. To trzeba czytać tak, jak zostało napisane: wspak. Nie idź tam, człowieku. Tylko tyle.

Podczas literackich podróży do Niby Landi nieuchronnie nasuwa się pytanie, ile wspólnego ma Królestwo Boże głoszone przez Jezusa z Utopią Morea?
Z pozoru wydaje się, że wiele ich łączy. Przede wszystkim wiara. Utopianie wszelkich krain są bardzo religijni. Wierzą, że człowiek jest dobry. Że szczęście nigdy się nie znuży. Że w lepszych warunkach człowiek może stać się lepszy. Że jest możliwa jednomyślność między jednostką a społeczeństwem. Utopie to kraje religijne – bez wiary nie istnieją. W co wierzą Solariusze, Atlantydzi, Utopianie z północy i z południa? W samych siebie. W miejsce, w którym się znajdują. W czas, który ich uleczy. We własne nieograniczone możliwości.

W utopijnych miastach – państwach znajduje się świątynia, a wyznawana tam religia jest bardzo podobna do chrześcijaństwa. Ale nie znajduję w niej słów Ewangelii ani krzyża. Niewiele o dramacie świata, nic o cierpieniu.

Chrześcijaństwo to potwarz dla utopii.

Więcej w moim szkicu „Królestwo Boże to nie utopia” zamieszczonym w wakacyjnej „Więzi” http://laboratorium.wiez.pl/2017/06/24/krolestwo-boze-to-nie-utopia/

Biuro Turystyczne Abraham

To nie przypadek, że każda podróż zaczyna się od uczynienia znaku krzyża. Pierwszych chrześcijan nazywano ludźmi drogi. Nawiązywano w ten sposób do słów Jezusa, który mówił o sobie, że jest prawdą, drogą i życiem. Zamiast zrzędzić, że znów nie stać mnie na wspaniałą wakacyjną wycieczkę, kreślę się krzyżem i robię pierwszy krok.

Najczęściej wymienia się dwa wzory podróżowania. Odyseusz podróżował poprzez wiedzę, Abraham nie wiedział dokąd idzie, dlatego szedł poprzez wiarę. Ten pierwszy będzie miał mapę i kompas, ten drugi będzie miał ręce złożone do modlitwy. Abraham szedł w stronę tego, co zawsze jest inne, na swój sposób nawet obce. Jego dom był gdzie indziej – tam, gdzie nikt jeszcze nie był. Najlepszymi przewodnikami takiej podróży są mistycy; oni „widzą” na znaczne odległości. Jan od Krzyża pisząc, że zmierzając do celu którego nie znasz, masz iść drogą której nie znasz, jest najlepszym towarzyszem wędrówki. Wyrzuć wszystkie inne przewodniki, skoro wystarczą ci pisma mistyków. Albo jeszcze inaczej: wyrzuć wszystko, skoro jedynym przewodnikiem jest twoja wiara.

Wiara jest podróżą. Jestem Abrahamem swojego życia, z własną mapą duchową. Na niej zaznaczam najważniejsze punkty. To jest świątynia, gdzie zostałem ochrzczony, świątynia gdzie zostałem bierzmowany i świątynia, gdzie złożyłem przysięgę małżeńską. To mogą być inne miasta, lub po prostu inne świątynie wciąż tego samego miasta. Lub wciąż ta sama świątynia. Inne drogi wiodły mnie do niej, gdy byłem nastolatkiem, teraz inną drogę wybieram, gdy jestem ojcem. Gdzieś w murach świątyni jest zapisana historia mojego życia. To konfesjonał, do którego klękałem w czasie studiów, to trzecia ławka od końca, gdzie w dni powszednie siadałem, by posłuchać ciszy.

Fragment szkicu o „podróżowaniu-bez-podróżowania” w „Gościu Niedzielnym” https://gosc.pl/doc/4058126.Wiara-jako-podroz

Auschwitz. Później

Z pierwszego pobytu w muzeum w Auschwitz niewiele pamiętam. Byłem dzieckiem, był PRL, a przewodnik żonglował liczbami po mistrzowsku. Druga wizyta w Auschwitz to oglądanie rzeczywistości oczyma mężczyzny. Po tamtym dziecku nie ma już śladu. Ale jest Auschwitz.

Zwiedzającego Auschwitz uderzają dwie rzeczywistości. Pierwsza jest oczywista: namacalność historii, doświadczanie jej niemal wszystkimi zmysłami. Żwir z alejek pomiędzy barakami chrzęści pod stopami, wnętrze budynków wita chłodem, zaś w drewnianych barakach wyczuwalny jest zapach drewna. Tak, jest przyjemny, ale czy w tym miejscu zapach drewna może być… przyjemny? Śpiew ptaków przysiadających na drucie kolczastym jest doświadczeniem szokującym – zachwycać się, czy udawać, że tego nie ma? Zwiedzanie Auschwitz angażuje zmysły, natężenie bodźców jest doprawdy wysokie. Nie wszyscy sobie z tym radzą. Rzeczywistość druga to zderzenie ze zwiedzającymi. Reakcje przyjeżdżających są przeróżne. Powolne kroki,  głębokie – niemal medytacyjne –  skupienie, zwiedzanie w milczeniu. Cisza i szacunek. Poszukiwanie niemożliwych odpowiedzi na przerażająco proste pytania. Auschwitz: miejsce pamięci, cmentarz, muzeum. I jest też postawa zupełnie inna, szokująca nie mniej niż obiekty wystawowe. Roześmiani, gadatliwi, krzykliwi. Ubrani w plażowe klapki lub buty na niebotycznie wysokim obcasie. Krótkie spodenki, jeszcze krótsze sukienki. Tamten poluje na pokemona, a ten popija z piersiówki za barakiem. Wszechobecność telefonów komórkowych: ktoś głośno rozmawia, ktoś gorączkowo odpisuje na smsa. Króluje „selfi z rąsi”. Fotka na tle bramy z napisem Arbeit macht frei, fotka w baraku, fotka przed szubienicą. Spoglądam na twarze pozujących. Uśmiechają się. Całują. Obejmują. Niesmaczne pozdrowienia żywych z piekła na ziemi.

Pytam, zadaję mnóstwo pytań pracownikom muzeum, przewodnikom. Dlaczego pozwalacie na gorszące zachowanie zwiedzających, dlaczego ich nie upominacie? Z wymijających odpowiedzi układa mi się fundamentalne przesłanie: obsługa muzeum reaguje tylko na zachowanie mogące zniszczyć zbiory muzeum. Wsłuchuję się w rezonującą we mnie odpowiedź. Tak, mają rację. Nie można nakazać człowiekowi, by zachował się odpowiednio w miejscu Zagłady. Nie różnimy się tak bardzo od żyjących wtedy, w czasie drugiej wojny światowej.

27 stycznia 1945 roku Armia Czerwona dociera do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Zastają szokującą prawdę oraz około 7,5 tysiąca więźniów. Niemal pięciuset umiera w pierwszych dniach wolności. Na terenie obozu znajduje się jeszcze około sześciuset ciał więźniów zastrzelonych tuż przed wyzwoleniem. Żołnierze rosyjscy znajdują też rzeczy, z którymi nikt nie wie co zrobić – 7 ton ludzkich włosów, magazyny pełne walizek, butów, okularów…

To fragment tekstu „Selfi z rąsi” króluje w Auschwitz” dostępnego na stronach Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/06/14/selfi-z-rasi-kroluje-w-auschwitz/

Krzysztof A. Zajas „Oszpicyn”

Tytuł to podstawa, a ten jest mocny. Starałem się przeczytać tę książkę przed pobytem w Auschwitz. Przeczytałem. Dość długo nie wiedziałem, co o niej sądzić. Aż się ułożyło. Że to nie jest książka o obozie, ale o mieście. A tak naprawdę to o Polsce.

Oświęcim, miasto jakby z wpisanym weń niezatartym wyrokiem historii. Gdzie się nie ruszyć, zawsze jest się spętanym przez przeszłość. Bo najpierw jest obóz, a dopiero potem miasto. Krzysztof A. Zajas przywraca naturalny porządek rzeczy: najpierw jest Oświęcim, dopiero później jest Auschwitz. Ale pomiędzy nimi był jeszcze Oszpicyn – tak Żydzi nazywali swój rodzinny Oświęcim. Krzysztof Zajas proponuje własną odpowiedź, nieczęsto u nas spotykaną, by o Oświęcimiu opowiedzieć literaturą grozy. „Oszpicyn” byłby „tylko” dobrym czytadłem – miejscami świetnym (zwłaszcza część trzecia powieści) – gdyby nie drugie dno tej książki. Wcale nie takie oczywiste i dosyć skrzętnie ukryte za wartką akcją. I to właśnie ono jest najbardziej frapujące. Za zasłoną czarnego kryminału, erotyki, ciętego dowcipu, błyskotliwych dialogów, kolejnych scen grozy, Zajas umieścił niezwykle bogatą, misterną sieć nawiązań do literatury i historii, a w niej najważniejsze jest przesłanie, że historię Zagłady musi już opowiedzieć Polska. Zajas jest niesamowicie oryginalny (i konsekwentny, co widać w przywołanych cytatach poetów, którymi rozpoczyna każdą część powieści – Herbert, Baczyński, Miłosz) w swojej myśli, że nikt nie jest w stanie tak zrozumieć historii i kultury żydowskiej, jak właśnie kultura polska pełna duchów i metafizycznego romantyzmu. Kadysz miesza się z litanią, żydowska klątwa mieszka pospołu ze złym urokiem, jednako dusze nie zaznają spokoju po śmierci, gdy nie domkną pozostawionych za życia spraw. A złożona przez żywego obietnica, obowiązuje również po śmierci. To właśnie na kartach „Oszpicynu”, polskie chochoły i żydowskie golemy przechadzają się pomiędzy esejem historycznym Jana T. Grossa, a reportażem Hanny Krall, wytaczając trzecią, własną drogę pamięci.

Więcej na stronie Laboratorium Więzi jako „Chochoł i golem” http://laboratorium.wiez.pl/2017/05/25/chochol-i-golem/