Olivier Clement. Prawosławne serce Zachodu

Przez wiele lat myślałem, że jest osobą duchowną. Gdy dotarło do mnie, że brak „ks.” lub zakonnych skrótów po nazwisku nie jest wyrazem skromności, ale oznaką życia świeckiego, zacząłem go uważniej czytać. Olivier Clément (1921–2009) był pisarzem płodnym – wolał pisać, niż zajmować się karierą akademicką – a jednak poza książkami interesowało mnie też jego życie. Zwłaszcza ten jeden moment, chwila w dniu, w którym wszystko stało się jasne.

Wiele razy o tym wspominał, zawsze jednak oszczędnie, jak gdyby zatrzymywał się na progu samego wydarzenia, mówiąc: Dalej idę sam.

Paryska ulica, antykwariat przy bulwarze Saint-Germain, Europa warczy na siebie zza żelaznej kurtyny. Szukałem daty tego wydarzenia. Wiem, że do Paryża przybył w 1948 roku, a 1 listopada 1956 roku przyjął chrzest w Kościele prawosławnym, zatem musiało się to wydarzyć w czasie tych ośmiu lat. Może specjalnie ukrył tę datę, skoro nie była już ważna? Po co ci data, skoro zaglądasz w Tamtą Rzeczywistość? Pewnie lepiej powiedzieć o tym, używając stylu biblijnego. Zatem niech będzie: W owym dniu, w hałasie tramwajów, w pośpiechu zdążających do pracy, w nagabywaniu natrętnych i w klaksonie samochodów, zatrzymuje się przed antykwariatem. Za szybą widzi ikonę typu deesis, czyli orędownictwo: pośrodku Chrystus, po Jego bokach stoją Maryja oraz Jan Chrzciciel. Zadłuża się, aby ją kupić. Powraca tu echo przypowieści o ukrytym skarbie i perle (Mt 13,44–46). „Od tamtej pory ikona stoi na moim biurku”, pisze w swojej duchowej autobiografii Inne słońce. Zastanawia mnie ten moment, ledwie naszkicowany przecież, choć da się w nim poczuć silną wibrację. Nawrócenie? Nie pasuje mi to słowo. Wyobrażam sobie, że wtedy, pomiędzy turkotem kół samochodów i zmęczeniem robotników mijających się zmian, następuje Spojrzenie. Kto spojrzał pierwszy? Chrystus zza wystawowej szyby zatrzymany na miedzianej, wytłaczanej i pokrytej emalią ikonie? A może on, zagubiony w swoich duchowych poszukiwaniach rozpiętych pomiędzy duchowym światem Indii a dziwnym blaskiem Ewangelii? Kto kogo szukał, kto kogo wypatrywał – zostanie w milczącym Spojrzeniu. Każdy, kto widział ikonę Zbawiciela (ros. Spas) namalowaną przez Rublowa, wie, o czym mowa. Jezus przechodzi, ale właśnie się obrócił i podniósł wzrok. Oczy się spotykają. Oderwać się od tego Spojrzenia nie sposób. Czy właśnie wtedy przypomniał sobie rozmowę ze starszą siostrą? W Innym słońcu zapisał ją dosyć wiernie. „Co to jest śmierć?”, zapytał mały Olivier. „Śmierć to nicość”, odpowiada siostra. „Przez chwilę nie mogę oddychać. A więc tak, jak się uczyłem, usiłuję opanować lęk, oddychając głęboko i mocno uciskając skórę na brzuchu”. A teraz, w owym dniu, widzi Tego, który przeszedł przez śmierć. Zamiast nicości dostrzega w oczach Jezusa coś zupełnie innego.

 

To fragment szkicu poświęconego postaci Oliviera Clement. Całość do przeczytania w styczniowym numerze „W drodze” – http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16790

Reklamy

Zimna dekada

Niezauważalnie mija jedna z najważniejszych dekad w literaturze polskiej. Ponad 10 lat temu wydany został „Lód” Jacka Dukaja.

Rasputin, Piłsudski, Tesla, Ojciec Mróz i Benedykt Gierosławski, człowiek który nie istnieje – czy mógłbym wybrać lepiej? Towarzystwo z najwyższej półki, a w powieści „Lód” Jacka Dukaja są ożywieni i nakreśleni z werwą oraz niesamowitym rozmachem. Najmniej znany spośród nich, główny bohater powieści Benedykt Gierosławski, w niczym nie ustępuje przywołanym sławom: nałogowy hazardzista, wybitnie uzdolniony matematyk, hulaka, wreszcie awanturnik zaplątany w sytuacje bez wyjścia. Jakie jest bowiem wyjście będąc postawionym pomiędzy Bogiem a Historią, miłością a przeznaczeniem?

 

 

Lód” Dukaja spełnia z nawiązką oczekiwania literatury w Polsce ostatnich kilku, kilkunastu lat. I bez tych uwag wstępnych ani rusz. Po pierwsze, otrzymujemy wreszcie powieść. Patrząc wstecz na laureatów literackiej Nike to pomiędzy „Gnojem” Kuczoka a „Traktatem o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego jest różnica nie tylko kilkuset stron, ale również różnica ciężaru doświadczeń życiowych każdej z nich. Cóż, zdawało się, że trzeba się uzbroić w cierpliwość, poczekać razem z prozaikami, aż za jakiś czas staną się pisarzami. Wybawienie przyszło z najmniej spodziewanej strony. Dukaj, reprezentant literatury „fantastycznej” dał nam powieść, na którą czekaliśmy. Po drugie, „Lód” jest powieścią niemal klasyczną, opartą na XIX – wiecznym kręgosłupie. Mamy tak pomijane przez ostatnich twórców długie opisy przyrody (zachwycające), trwające po kilka, kilkanaście stron dialogi oraz monologi będące w istocie mini traktatami o sprawach najważniejszych – Bogu, ojcostwu, przeznaczeniu…Po trzecie, niesłychana wyobraźnia i pracowitość. W dominującym na rynku księgarskim wyścigu szczurów oraz nieustannym poszukiwaniu młodych i coraz młodszych twórców oraz cudownych objawień, Dukaj prezentuje coś znacznie mniej popularnego: ciężką, wieloletnią pracę oraz niespożytą wyobraźnię.

I wreszcie: fabuła. Fabuła, której sprawozdawczy opis w żaden sposób nie wyczerpie, mówimy wszak o książce, która liczy ponad 1000 stron gęstej prozy. Bo jak napisać o rzeczywistości, w której nie wybuchła I wojna światowa, nie ma Polski, imperium rosyjskie skute jest lodem, a po ziemi wędrują przedziwne lute, anioły Mrozu? Bo jak opisać, że w rzeczywistości Mrozu zamarza prawda i fałsz? Królestwo Niebieskie to czy kraina potępienia? Zadanie Benedykta Gierosławskiego, by dotrzeć do Ojca Mroza i prosić o wyzwolenie Polski spod lodu, jest w rzeczywistością stawką o rzeczy również inne, co wcale nie znaczy, że pomniejsze.

Historia odmieniana przez przypadki

Z wielu tematów, które są rozważane na kartach powieści, moją uwagę przykuwają rozważania Dukaja o historii. Pod tym pojęciem bohaterowie „Lodu” rozumieją zupełnie różne rzeczy: jedni widzą tu Boga, inni z kolei Historię, czyli metafizyczny sens istnienia świata, dalsza część z nich odczytuje tu Opatrzność Bożą, wreszcie są tacy, dla których to po prostu relacja pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Jedną z myśli przewodnich jest niezmienność, czyli zamrożenie. Zastygnąć w światopoglądzie zerojedynkowym, prawda fałsz, nic ponad to. To echo słów z Ewangelii Mateusza: „Nie wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). Nie mieć wątpliwości, jeno pewność samą, zamiast pytań, same odpowiedzi – któż by tak nie chciał? W Kraju Lutych, a więc wszędzie tam, gdzie panuje zima, ludzie nie mają snów, nie dostają z talii od razu pokera, nie ma marzeń. Kto przybył z krain Lata, zamarza – zastyga – takim, jakim jest momencie przybycia. Nie zakocha się nagle, nie nawróci się, nie wyzdrowieje, nie wpadnie na genialną myśl – zamarzło się. W fabularny sposób Dukaj prowadzi jedną z najciekawszych dyskusji: o jakiego Boga wołam? Czy pragnę Boga Niezmiennego, czy Boga Miłosiernego? Bohaterowie tu i tam wołają o przebaczenie, ale miłosierdzie należy do porządku szaleństwa, miłosierdzie należy do porządku Lata… Bóg z Kraju Lutych mówi tylko prawdę, najwłaściwszym językiem komunikacji pozostaje zatem matematyka, dogmatyka, logika. Jeden z bohaterów, starzec Aczuchow, stwierdza: „Jak mogę umrzeć – bez przeszłości? Jak mogę zostać zbawionym – bez przeszłości? Jak wy możecie żyć – bez przeszłości? (…) Bo jeśli nie ma Historji – nie ma człowieka!”. Wspaniałe są te zdania, bowiem trafiają w sedno przesłania chrześcijaństwa. Jego centralnym miejscem jest jednak doświadczenie przebaczenia. Jezus nie jest naiwnym pocieszycielem, rozdającym swoje przebaczenie na lewo i prawo jak byle promocję. Przeciwnie, z kart Ewangelii wynika, że udziela przebaczenia wtedy, gdy grzesznik sam przyznaje się do winy.

Jeszcze inny bohater, doktor Konieszyn, zauważa: „Historja może istnieć tylko pod Lodem: nie ma Historji, gdy nie istnieje przeszłość. Pozostawieni każdy w swoim Teraz (…) – oto co dostajemy: wojnę, chaos, zniszczenie (…)”. Waga rozmyślań w prozie Dukaja jest znaczna: tu bohaterowie mówią rzeczy istotne, nie prowadzą dialogów niepotrzebnych. Czy pewność zerojedynkowa, prawda-fałsz, ochroniłyby ludzkość od rzucania się sobie do gardeł? Jakkolwiek nie zamierzam zdradzać swoich odczytań „Lodu”, nadmienię, że powieść skrzy się od intryg, pościgów, pojedynków, miłości i miłostek, pracowni alchemicznych i salonów towarzyskich. Imponują nie tylko badania historyczne, których podjął się Dukaj do zilustrowania ubioru, zastawy stołowej, czy kwestii politycznych przełomu wieku XIX i XX, co bardziej jeszcze zdumiewa wyobraźnia pisarza. Jeśli bowiem wszystko skute jest lodem, jak wygląda kwestia opału, podróżowania, jak intensywności światła wpływa na wzrok, jak metale i głazy wytrzymują temperaturę ujemną? Rozwiązania Dukaja są iście inżynierskie: autor zaplanował świat, nad którym doskonale panuje. Ot, choćby jeden przykład: gdy ruszasz w pościg nie szukasz śladów na ziemi, tam zmarzlina i kilka rodzajów śniegu, ale patrzysz na otwory pozostawione przez sylwetki w lodowatej mgle. Osobną kwestią są postacie historyczne, jak Piłsudski czy chociażby Rasputin, których obrazuje pisarz w sposób niezwykle oryginalny. To pełnokrwiste charaktery, posiadające swoje ambicje, marzenia, trawiące ich wewnętrzne demony. Szczególnie Piłsudski w wydaniu Dukaj musi budzić zaskoczenie: z uporem na granicy obłędu, świat cały by sprzedał, byleby ojczyznę odzyskać.

Jako ojciec, jako syn

I na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jedno, zdawałoby się niepozorne, zdanie, które pojawia się jakby mimochodem w trakcie jednej z wielu dyskusji. „Bracia Karamazow” są opowieścią o synach, czy o ojcach raczej? Kwestia ojcostwa – rozpatrywana zawsze w znaczeniu metafizycznym – przewija się nieustannie na kartach powieści. Benedykt Gierosławski zmierza do swego ojca, który w jakiś sposób stał się figurą tajemniczą, Ojcem Mrozem. W trakcie swej podróży Benedykt zaneguje, jak i potwierdzi, własną relację synowsko-ojcowską, a czytelnik pozostanie z niejasnym przeczuciem, że znów są tu subtelne odwołania do Ewangelii.

Zimna dekada

Nie sposób wyczerpać bogactwa „Lodu”. Próbował tego Janusz Opryński w sztuce teatralnej, ale rzecz nie znalazła uznania wśród krytyków. Zamiast czterogodzinnego spektaklu pewnie potrzeba wielkiego filmowego dzieła, jak to zrobił Peter Jackson z „Władcą pierścieni”. Może geniusz współczesnego kina, Christopher Nolan, mógłby się z tym zmierzyć? Choć z ciekawością ujrzałbym takie dzieło, to nie jestem przekonany, że film udźwignąłby cały ciężar „Lodu”. Jego siła to wciąż język, genialne przedstawienie historii Polski, silne odwoływania do kultury, do kanonu lektur (Prus, Sienkiewicz), do tych specyficznych duchowych melodii, na które tak wyczulony jest polski duch. Gdy patrzę wstecz widzę to wyraźnie: literatura polska przez dekadę żyła pod panowaniem „Lodu”. Gdyby nie to wielkie dzieło – dosłownie i w przenośni – zapewne nie powstałyby „Księgi Jakubowe”, ani inne, monumentalne cykle powieściowe (np. Cherezińskiej). Wiem jedno: gdyby miało nie być „Braci Karamazow”, to „Lód” ich zastąpi. Po latach oczekiwań i zawodów, oglądania się na arcydzieła przeszłości, nagle literatura zrobiła krok dalej. To szczęście widzieć, jak to dzieje się za własnego życia. Że żyło się w dekadzie „Lodu”, pod jego literackim panowaniem. Słowem: zamarzło i długo, oj długo,  nie będzie odwilży.

 

Tekst opublikowany na stronach Laboratorium Więzi:  http://wiez.com.pl/2018/12/31/literatura-polska-przez-dekade-zyla-pod-panowaniem-lodu/

 

 

Mertoniada

Czuje to każdy czytający Thomasa Mertona: ostatnie miesiące roku 1968 po prostu pędzą do Bangkoku. Jakby wystrzelony wiele lat wcześniej pocisk dosięgnął wreszcie celu. W Bangkoku spotka swoją śmierć, która zamknie jego życie zaskakującą klamrą.

Ostatni rok życia Mertona to jedna wielka podróż. Podróż wewnętrzna i podróż zupełnie realna. Od wojny w Wietnamie, trapista źle czuł się w swoim kraju. Polityka prowadzona przez USA dławiła go do tego stopnia, że myślami wciąż wędrował do Chile lub Nikaragui. Poszukiwał też dla siebie miejsca w obrębie zarówno zakonu, jak i klasztoru. Naglący od dłuższego czasu głos życia pustelniczego ostatecznie zrealizował się w sierpniu 1964 roku, gdy został zwolniony z funkcji mistrza nowicjatu. Wtedy też został pustelnikiem na pełny etat. Zamieszkał w małym domku rekolekcyjnym w obrębie klasztornego lasu.

Poznana dwa lata później młoda studentka pielęgniarstwa Margie raz jeszcze zmusi go do określenia, gdzie znajduje się jego serce. Wzajemna fascynacja – nie romans i nie związek – powoduje złożenie na ręce przełożonego zobowiązania do życia w samotności. Zobowiązanie było pomysłem opata Foxa i początkowo Merton traktował je podejrzliwie, jako rzecz mu narzuconą. Później wydawał się być nie tyle pogodzony, ile zadowolony z raz jeszcze wybranej samotności. Poznanie Margie na swój sposób wpisuje się w doświadczenie ojców pustyni. Oni również przeżywają fascynacje kobietą, choć apoftegmaty przekazują to w nieco demonicznej wersji.

Pustelnia Mertona zaczyna się zapełniać. To już nie tylko pojawiający się od czasu do czasu eteryczny duch Margie, ale bardziej namacalni: Abraham Joshua Heschel, Jacques Maritain, Czesław Miłosz czy buddyjski mnich Nhat Hanh. „Otrzymuję niezliczone zaproszenia, które muszę odrzucić. Zdecydowałem jednak, że skoro jestem pustelnikiem, to powinienem nim pozostać. Oznacza to, że nigdzie nie będę występował ani publicznie, ani półpublicznie. Czy zgodzisz się, że jest to decyzja dla mnie właściwa?” – pyta w liście do Leclerqa z 10 listopada 1967 roku . Na początku kolejnego roku dzieli się ze swoimi przyjacielem pomysłem, który zamierza przedstawić nowemu opatowi: „powinienem otrzymać zgodę na odbycie każdego roku jednej, trwającej miesiąc lub sześć tygodni, dyskretnej i owocnej podróży monastycznej, podczas której odwiedziłbym klasztory innych religii i tradycji, a niektóre z naszych. Podróż w 1968 r. – konferencja AIM” (Leclerq 14 stycznia 1968). Ta siłą rzeczy skrótowe przedstawienie pustelniczego życia Mertona ma za zadanie zasygnalizować podstawowy paradoks mnicha z Gethsemani: dla życia pustelniczego największym zagrożeniem jest sam pustelnik.

To fragment szkicu zamieszczonego na stronie Więzi – http://wiez.com.pl/2018/12/28/mertoniada/

Merton ważny  jest i basta.

Joanna Ostrowska „Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej”

To miejsce ma wiele nazw, ale żadna nie oddaje w pełni jego charakteru. „Wesoły domek” czy „leśna kawiarnia” brzmią przyjaźniej niż puff. To ostatnie słowo również specjalnie nie przykuwa uwagi. Nie tylko z powodu obcojęzycznego brzmienia – które, wyjątkowo jak na język niemiecki, nie wydaje się dla polskiego ucha agresywne – ale również dlatego, że temat puffów był przez wiele lat marginalizowany. Pojawiały się, co prawda, wzmianki o nich, ale na ogół nieliczne i bez dokładnej prezentacji zagadnienia. Dość powiedzieć, że puffy, czyli burdele – nazwa „dom publiczny” wydaje się tutaj zbyt łagodna – to temat raczej nieistniejący w powszechnej świadomości. Wymazane z historii są również te, o których mówiono: „Julie”, „panienki”, „zakręty”, „dziewczynki”. Nawet te określenia nie oddają istoty rzeczy, nie wyjaśniają, kim były kobiety w puffach. Joanna Ostrowska w Przemilczanych nie tylko przełamuje tabu i pisze o istnieniu nazistowskich burdeli na okupowanych ziemiach polskich, ale także opowiada o ich ofiarach – przymusowych prostytutkach czy – jak również się je określa – seksualnych pracownicach przymusowych.

 

 

Seksualna niewolnica to inwentarz wojska.  Seksualne mięso armatnie. Przenoszone z miejsca na miejsce, bez podania imion i nazwisk, tylko liczby się muszą zgadzać.  Ostrowska opisuje prostytucję na okupowanych ziemiach polskich zarówno w burdelach zakładanych dla dobrego samopoczucia żołnierzy okupanta. Życie seksualne niemieckich mężczyzn w mundurach miało jednak znajdować się pod kontrolą III Rzeszy. Zabronione były więc okazjonalne przygody seksualne (ryzyko chorób wenerycznych) czy zawieranie towarzyskich relacji z kobietami (ryzyko małżeństwa). Puffy miały służyć jedynie seksualnemu wyładowaniu się żołnierzy. Paul Morder, dowódca SS w dystrykcie warszawskim, 21 lutego 1941 r. wydał dyrektywę zawierającą wytyczne do stworzenia domu publicznego dla swojej formacji. Dokument składa się z dziesięciu punktów, ale już punkt drugi wyjaśnia, kim dla okupanta jest Polka: Dobór prostytutek powinien przebiegać z uwzględnieniem następujących zasad: powinny to być wyłącznie młode i możliwie najlepiej wyglądające polskie dziewczyny. Chodzi o to, aby w ten sposób przeszkodzić im w realizowaniu powołania jako matki, aby niemieccy mężczyźni z SS i policji byli świadomi, że Polka, ponieważ jest prostytutką, nie może być brana pod uwagę jako żona.

Skąd brały się kobiety w nazistowskich burdelach? Joanna Ostrowska przeciwstawia się poglądowi o dobrowolnej zgodzie kobiet na prostytucję w sytuacji wojny. Ciągłe zagrożenie śmiercią, strach przed okupantem, głód, terror – to z pewnością nie są okoliczności, w których można samodzielnie rozporządzać własnym życiem.
Ostrowska podjęła się benedyktyńskiej wręcz pracy w licznych archiwach, aby zrekonstruować świat kobiet pohańbionych. Przygląda się ich motywacjom, a te w rzeczywistości wojny są proste: przeżyć.

Najbardziej szokujące w przemyśle seksualnych pracownic przymusowych jest istnienie burdeli w obozach koncentracyjnych. Kim były kobiety w puffach? Przede wszystkim: były więźniarkami. Rekrutowane bądź z terenów zajętych przez III Rzeszę na zasadach wcześniej opisanych, bądź spośród więźniarek obozów koncentracyjnych. Motywacja kobiet zgłaszających się do burdelu to rzeczywistość świata za kolczastymi drutami: wszechobecność i absurdalność śmierci, głód, wyniszczająca praca, choroby. To powody, których nikt z nas, sytych i bezpiecznych, nie jest w stanie w pełni zrozumieć. Można jedynie zachować wobec nich pełne szacunku milczenie. Do wymienionych powodów dochodził jeszcze jeden, specyficzny dla obozów śmierci, a mianowicie obietnica zwolnienia. Obietnica całkowicie zwodnicza, niedotrzymywana.

To tylko fragment mojej recenzji „Wypowiedzieć ból”, zamieszczonej w zimowym numerze „Więzi”  – https://www.wiez.pl/czasopismo/;s,czasopismo_szczegoly,id,598,art,16710

„Przemilczane” Ostrowskiej to książka jakiej u nas jeszcze nie było. Bardzo odważna , bardzo bolesna.

Brewiarz w Almanachu

Ta strona to czysty lans, żadnych objawień. Zatem z kronikarskiego obowiązku, ale również zaspokajając swoje ego, czynię wiadomym, że w najnowszym Almanachu olsztyńskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich znalazły się moje wiersze.

Przygotowałem całość swego psałterza, a więc cykl wierszy „Brewiarz”. Całość, czyli taka gratka dla fanów.

Thomas Merton: ojciec paradoks

Półka pełna Mertona

Dziś, gdy patrzę na swoją półkę z książkami, które uginają się od kolejnych tytułów Mertona, trudno mi wyjaśnić, skąd wzięła się fascynacja tym mnichem. Jest rok 1962, gdy ukazuje się „Znak Jonasza” – to pierwsza książka w języku polskim. Trzeba nam czekać kolejnych dziesięć lat, aby wyszła w Polsce ta od której wszystko się zaczęło. „Siedmiopiętrowa góra” skradała serca czytelników, a przecież miała być pożegnaniem Mertona ze światem i pożegnaniem Mertona z Mertonem. Zachęcony przez spowiednika, pod koniec nowicjatu, Thomas Merton pisze książkę, w której chce uwolnić się od pisarskiego „ja”. To ma być ostatnia książka, pożegnanie z Mertonem i narodziny ojca Ludwika. Książka ukazuje się w czasie zupełnie nieliterackim; jest rok 1948 świat zszywa swoje powojenne rany i drży w napiętym oczekiwaniu na kolejny konflikt światowy. „Siedmiopiętrowa góra” nieoczekiwanie dla Mertona staje się bestsellerem i zostaje okrzykniętą współczesną wersją „Wyznań” św. Augustyna.

A więc trafił: przemówił do serc wielu ludzi, choć chciał mówić tylko do Boga. Z czasem do odosobnionego klasztoru w Gethsemani, który stoi jakby na uboczu  wielkiego świata, zaczynają napływać chętni. Trapiści? Kto wcześniej słyszał o tej surowszej od cystersów regule? Merton mimochodem powtarzał swoim sukcesem literackim większość hagiograficznych legend związanych z początkami cystersów, zakonu z którego wyłonią się później trapiści. Gdy miał przechodzić przez miasto św. Bernard z Clairvaux, najsłynniejszy opat cystersów, matki miały zamykać drzwi i okna, aby ich synowie nie pobiegli za nim. Tak wielką charyzmę wytwarzał wokół siebie. Żyjący w XIII wieku Stefan z Lexington wspominał, jak głoszą legendy, że miał proroczy sen: widział swój uniwersytet stojący w płomieniach, z których odrywa się siedem płonących pochodni. Następnego ranka, w czasie wykładu, wszedł opat cystersów z Quarr, a gdy skończył przemawiać, siedmiu studentów – wraz ze Stefanem – poprosiło go o przyjęcie w szeregi zakonu. Coś podobnego dzieje się w trakcie literackiej wspinaczki „Siedmiopiętrową górą”.  Merton pisze w liście z 1950 roku do swego przyjaciela, benedyktyna Jeana Leclerqa: „Wyobraź sobie, że teraz w Gethsemani jest około stu pięćdziesięciu nowicjuszy. To fantastyczne. Wielu z nich sypia w namiocie na dziedzińcu. (…) W domu panuje młodzieńczy nastrój, pełen witalności i entuzjazmu (w dobrym sensie), niczym w obozie wojskowym podczas przygotowań do łatwej i zwycięskiej wojny. (…) Klasztor jest zatłoczony niczym paryska ulica”. W Polsce prawdziwy wysyp „mertonianów” ma miejsce się w latach 90-tych. Merton trafia na podatny grunt: jesteśmy po upadku komunizmu, szukamy duchowych nauczycieli, no i wciąż wtedy jeszcze żyjemy wielkimi problemami literatury. Merton – poeta, eseista, niespokojny duch, przyjaciel Miłosza, zafascynowany poezją Herberta i Różewicza, jest czytany chętnie… Tamten czas się nie powtórzy, Merton nigdy nie będzie już tak popularny jak 30-lat temu.

I to jest zrozumiałe, że każdy czas ma swój głos, swoich proroków i swoich poetów. Dla nowego pokolenia czytelników – licealistów, studentów – mnich z Gethsemani trąci już myszką. Piszę to ze smutkiem, bowiem sam zaliczam się do tego rozsianego po całym świecie „zakonu mertonianów”. Co więc zostaje po Mertonie? Nie poezja i nie zaangażowanie społeczne (walka o prawa obywatelskie i sprzeciw wobec wojny w Wietnamie), nawet nie śmiały dialog międzyreligijny. Jeśli coś błyszczy nieprzemijająco to właśnie to: pisarz, mnich, pustelnik. I jeszcze to: z paradoksu w paradoks. O tak, to cały Merton.

 

To fragment szkicu na 5O-stą rocznicę śmierci Thomasa Mertona. Całość w grudniowym „W drodze” pod tytułem „Thomas (Paradoks) Merton”  http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16754

Tygrys w pracowni

Stało się. Prowadzę warsztat literacki. Ale na opak: będę mówił o swoim warsztatcie, innych nie dopuszczę do głosu.  Jak głosi plakat, za istotne to mają być treści, by innym oddawać mikrofon: Jak pisać, aby nie zagryźć swoich bliskich, i jak zamilknąć, aby nie zjeść własnego ogona. Warczenie i drapanie, prężenie muskułów i maskowanie się. Tygrysem się bywa, tak w pracowni, jak i poza nią. Pytaniem być może najistotniejszym jest: kto ma klucze do pracowni?

Na zachętę William Blake „Tygrys” w przekładzie Macieja Frońskiego:

Tygrys! Tygrys! Jasno płoniesz
W lasów nocy ciemnej toni,
Nieśmiertelne jakież oko
Twą symetrię mogło począć?

Moje „strzelczyki”

Ksiądz Grzegorz Strzelczyk to ten rodzaj teologa, który nieustannie mnie zdumiewa. Sposób w jaki odczytuje chrześcijaństwo sprawia, że religia ta promieniuje w sposób podnoszący. Wydaje się, że wchodzimy w Obłok, już teraz.

Mam swoje „strzelczyki”. To wypowiedzi, które rozgryzam, powracam do nich i karmię się nimi. Ot, taki przykład: „Chrześcijaństwo jest proste jak budowa cepa: przyjąć przebaczenie, być gotowym wydać życie za drugiego i codzienność konfrontować z przykładem Chrystusa, przegadywać z Bogiem”. Albo „strzelczyk” w odpowiedzi na pytanie czy szatan pokonał Jezusa:  „To, co widzimy, to podrygi. Jeśli odetnie się zwierzęciu ogon, on przez chwilę jeszcze się porusza. Kura z uciętą głową biega przez jakiś czas, robiąc sporo zamieszania. Szatan będzie starał się przekonać nas, że stać go na więcej, że „mecz wciąż trwa”, że toczy się walka równorzędnych sił. To ostatnie kłamstwo, na jakie może się zdobyć. Gdy zaczynamy wierzyć, że demon jest równorzędnym przeciwnikiem Boga, oddajemy mu chwałę i wchodzimy w bałwochwalstwo! „Martwym ogonem” można nieźle oberwać, niemniej pamiętajmy: jest on martwy. Najlepiej odsunąć się na bezpieczną odległość”.

Teraz mam nowy aresenał „strzelczyków”, dzięki książce-rzece Anety Kuberskiej-Bębas „Wolność, wiara, Bóg. Rozmowy o chrześcijaństwie”, o której piszę w recenzji w październikowym „W drodze” -http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16714 . Jeden z nowych „strzelczyków” to wypowiedź na temat sądu po śmierci: „Nasz mózg zapomniał, wyparł, nałożył przeinaczającą interpretację. Nagle to przestaje tak funkcjonować. Jedyną możliwość decyzji mamy w Bogu. To, co działa, działa przez Boga. Dlatego ten sąd jest poniekąd taki straszny, ale też dlatego tam się będzie musiało najbardziej ujawnić Boże miłosierdzie. Moim zdaniem już samo opadnięcie ograniczeń mózgu to swoisty akt miłosierdzia”.

Nie dziękujcie, to ksiądz Grzegorz Strzelczyk.

 

Marian Sworzeń „Czarna ikona – Biełomor. Kanał Białomorski – dzieje, ludzie, słowa”

Ikona, to wedle ikonopisów, okno na Tamtą Rzeczywistość. Osoby Boskie, jak i postacie świętych, są zawsze przedstawiane z naturalnym dostojeństwem i niewymuszoną gracją. Ale być może najważniejsze jest piękno, które nie zniewala, a raczej zaprasza do kontemplacji. Marian Sworzeń ma tego świadomość. Czytając Czarną ikonę, zaglądamy niejako przez okno w odmienną rzeczywistość: to, co zdawało się nieść światło, skrywało w sobie w istocie terror. Marian Sworzeń, przyglądając się budowie, a przede wszystkim literaturze dotyczącej Kanału Białomorsko-Bałtyckiego imienia Stalina, tworzy esej, który rozsadza ramy gatunkowe.

Kanał Białomorski, po rosyjsku Biełomorkanał, łączy Morze Białe z Bałtykiem. 227 kilometrów kanału, piętnaście zapór, dziewiętnaście śluz, czterdzieści dziewięć tam zbudowali radzieccy więźniowie w ledwie dwadzieścia miesięcy. Tam, gdzie potrzebny był sprzęt ciężki, więźniowie mieli kilofy, szpadle, taczki. Tam, gdzie potrzebny był cement, używano piasku i kamieni. Zamiast technologii – głodowe racje żywnościowe. Budowę – w szaleńczym tempie, przy niesamowitym chaosie, wobec braków zaopatrzenia, a przede wszystkim w atmosferze terroru – ukończono w sierpniu 1933.  Z tej okazji zwolniono 12 484 więźniów. Koszt pracy: z 280 tysięcy zmuszonych do niewolniczej pracy zginęło około 100 tysięcy. Literackim śladem sukcesu Biełomoru została sześćsetstronicowa księga Kanał Białomorsko-Bałtycki imienia Stalina: historia budowy 1931-1934. Napisana kolektywnie w ekspresowym tempie i wydana jeszcze w 1933 roku. Trzy lata później nakazano ją zniszczyć. Właśnie jej tropem podąża Marian Sworzeń.

Księga Kanału to dzieło, które było przedmiotem wielu refleksji. Michaił Heller nazwał ją „encyklopedią sowiecką epoki Wielkiego Przełomu”. Mariusz Wilk pisał o niej jako bedekerze po „łagiernej cywilizacji”. Marian Sworzeń najpełniej przedstawił jej treść i losy tych, którzy ją stworzyli. Jej powstanie powierzono Maksymowi Gorkiemu, który miał wyjaśnić światu sukces myśli radzieckiej. W sierpniu 1933 zabrał ze sobą 120 pisarzy w rejs po kanale. Historia Biełomoru miała być kolektywna, jak historia jego powstania.  Z ponad setki pisarzy jedynie 36 dopuszczono do grona autorów Księgi Kanału, w której znalazły się reportaże, wywiady, opowiadania, piosenki i portrety – zarówno więźniów, jak i ich oprawców. Co ciekawe, Księga Kanału nie tuszuje prawdy, ale wszystkim trudnościom nadaje niemal mistyczny wymiar, gloryfikując ciężką, odmieniającą ludzkie życie pracę. Sworzeń przytacza choćby taki szokujący jej fragment: „Więźniowie w Prusach, mając do odsiedzenia w sumie 30 091 lat, pozostawali bez jakiegokolwiek zatrudnienia przez 14 tysięcy lat. Toż to sto czterdzieści lat nieróbstwa!”. Autor Czarnej ikony zastanawia się, dlaczego literaci oddali swe pióra w służbę totalitarnemu państwu. I odpowiada: nie tylko dlatego, że się bali. Raczej dlatego, że potrafili czerpać z tego korzyści. Zaprzedając swoją duszę, zyskiwali czytelników, a jednocześnie trafiali do panteonu literatury sowieckiej. Tylko ich dzieła można było wydawać, czytać i wznawiać. Im przypadały dacze, domy wczasowe, pensje, wakacje, wyjazdy, przydziały mieszkaniowe i samochodowe. Słowem, państwo ich dopieszczało, a oni mu służyli. Sworzeń zagłębia się w losy owych 36 wspaniałych, których dzieło zostało później zakwestionowane. Co się z nimi stało? Jaki był los pozostałych pisarzy z literackiego rejsu Biełomorem, którzy nie zostali dopuszczeni do wspólnego tworzenia? Ostatni rozdział, najbardziej osobisty, przybliża portrety więźniów, którzy budowali Kanał Biełomorski.

Najboleśniejszą puentę Biełomorowi dopisała historia. Dziś kanał ma głębokość 4 metrów, co właściwie uniemożliwia żeglugę. Większość towarów przewozi się tu koleją. Pozostały jeszcze  papierosy zwane „biełomorami”, niegdyś popularne w Związku Sowieckim. Śpiewał o nich chociażby Jan Krzysztof Kelus. Palący je Rosjanie oddawali w ten sposób pamięć budowniczym kanału. Trudno to pojąć – jak wyobrazić sobie „auschwitze”? – ale lektura Czarnej ikony tę niezgłębioną duszę rosyjską z pewnością przybliża.

Marian Sworzeń napisał książkę, która rozsadza ramy gatunkowe. Najprościej byłoby ją opatrzeć mianem eseju, ale jest to esej zbyt potężny i wielowarstwowy – zupełnie jakby w jednej wielkiej księdze autor pomieścił kilka mniejszych. Na niezmienne pytania o moc literatury i powinność pisarza Sworzeń odpowiada, spoglądając w ciemne zwierciadło ludzkiej duszy. I nie jest to odpowiedź krzepiąca.

 

Recenzja zamieszczona na stronach Instytutu Książki – https://instytutksiazki.pl/literatura,8,recenzje,25,wszystkie,0,czarna-ikona-%E2%80%93-bielomor-kanal-bialomorski-%E2%80%93-dzieje-ludzie-slowa,150.html

 

Ryszard Siwiec. Gorejące pytania

Cicho, niepostrzeżenie zupełnie, mija 50-ta rocznica samospalenia Ryszarda Siwca. To milczenie pokazuje, że zupełnie nie wiemy, co zrobić z jego czynem. Milczenie i pośmiertne odznaczenia przeplatają się wzajemnie. Czy jest miejsce na płonącego Ryszarda Siwca w panteonie bohaterów? O tym piszę w tekście „Gorejące pytania”.

Płomień musi być widoczny. Ryszard Siwiec zmienia miejsce z sektora 37 na Stadionie Dziesięciolecia na sektor 13. Przeszedł naprzeciwko przemawiającej władzy – I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki i premiera Józefa Cyrankiewicza – aby go dostrzegli. 8 września 1968 roku dokonuje samospalenia, a my, pół wieku później, stajemy przed niełatwymi pytaniami.

Pewnie nie byłoby społecznej pamięci o Ryszardzie Siwcu, gdyby nie film Macieja Dyrgasa „Usłyszcie mój krzyk” z 1991 roku. Reżyser przeglądając archiwum Służby Bezpieczeństwa odkrył kilkusekundowe nagranie płonącego Siwca. Był zaskoczony, ponieważ niczego o tak szokującym wydarzeniu w PRL nie wiedział. A przecież palącego się człowieka nie sposób zapomnieć. Zwłaszcza w miejscu publicznym, jak wypełniony stadion. Świadków musiało być, lekko licząc, setki. Jak to możliwe, by takie wydarzenie się zostało wyparte z oficjalnej pamięci? „Usłyszcie mój krzyk” jest niejednoznacznym portretem człowieka opisywanego przez swoich najbliższych oraz świadków. Troskliwy ojciec, mąż, praktykujący katolik, który wybiera samobójstwo przeciwko panującej władzy. Samobójstwo szokujące podwójnie: raz, że odebranie sobie życia stoi w sprzeczności z chrześcijaństwem Siwca, dwa, że samospalenie jest obce w kręgu cywilizacji judeo-chrześcijańskiej.

Rekonstrukcja zdarzeń

Trudno wyśledzić iskrę, która rozpoczyna płomień. 59 lat, pięcioro dzieci. Księgowy z duszą filozofa. W czasie wojny należał do AK. Zawsze była w nim witalność życia, żyłka sportowca: hokej, narty, dużo pływał. Zanim został żywą pochodnią musiał długo o tym myśleć. W kwietniu, a więc na pięć miesięcy przed samobójstwem, sporządza testament. Nocami pisze ulotki, które zamierza rozrzucić podczas samospalenia. Nie zdąży ich wyjąć z teczki. Biało-czerwonej flagi też. Przygotowania są staranne, precyzyjne. Przed śmiercią idzie do fotografa i zamawia zdjęcie portretowe. Dokładnie oblicza czas wywołania i dostarczenia zdjęć swojej rodzinie. Będą to pierwsze dni po jego śmierci. Tak, jakby chciał, żeby najbliżsi, zapamiętali go inaczej, niż płonącego człowieka. Jadąc do Warszawy, jeszcze w pociągu pisze ostatni list do żony: „Kochana Marysiu! Nie płacz! Szkoda sił, a będą ci potrzebne, jestem pewny, że po to, dla tej chwili, żyłem 60 lat, wybacz, nie można było inaczej, po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność – ginę. A to mniejsze zło – jak śmierć milionów, nie przyjeżdżaj do Warszawy, mnie już nikt, nic nie pomoże, dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu i dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję taki spokój wewnętrzny – jak nigdy w życiu!”.  List wręcza pasażerowi z prośbą o doręczenie pod wskazany adres. Słowa dotrzymano: list dostarczono, ale Marii Siwiec akurat nie było w domu. Kopertę włożono w drzwi. Zabrała ją Służba Bezpieczeństwa. Ten ostatni list swojego męża Maria Siwiec otrzyma dopiero dwadzieścia lat później.

Z pociągu udaje się na stadion, gdzie kilka minut po godzinie dwunastej oblewa się rozpuszczalnikiem i podpala. Z płomieni wygłasza swoje przemówienie. Na filmie słychać, jak jego głos jest pełen emocji, ale nie histeryczny; do końca jest świadomy tego, co się dzieje. Odpycha próbujących go ratować. Ugaszony nie traci przytomności. Zostaje zaprowadzony pod ręce do samochodu osobowego, nie do karetki. Po drodze wciąż wykrzykuje hasła. Zostaje zabrany do szpitala, gdzie jest wciąż nagrywany przez Służbę Bezpieczeństwa. Maria Siwiec zostaje dopuszczona do męża po dwóch dniach. Ryszard Siwiec umiera 12 września 1968 roku.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek pamięta

Samospalenie Siwca zostało wymazane z pamięci. Stadion był pełen ludzi, trwały centralne dożynki, a jednak sprawa ucichła. Służba Bezpieczeństwa skonfiskowała kilka aparatów, filmy prześwietlono. Na filmie „Usłyszcie mój krzyk” widać nielicznych fotoreporterów, którzy nie rejestrują zdarzenia. Są albo w szoku, albo wykazują się autocenzurą. Zaraz po szokującym samobójstwie SB informowała świadków zdarzenia, że podpalił się alkoholik, który wniósł ze sobą wódkę. Później będą rozpowszechniać plotkę, że Siwiec był chory psychicznie. Żadne środki masowego przekazu w Polsce Rzeczpospolitej Ludowej nie przekazały informacji o samospaleniu. Dziś, w epoce mediów społecznościowych, wolności słowa, ta totalna cenzura wydaje się aż nieprawdopodobna. Pierwszym przekazem publicznym była dopiero audycja z kwietnia 1969 roku (czyli siedem miesięcy po wydarzeniu) w Radiu Wolna Europa.

Szokujący protest Siwca był zawsze kojarzony z niezgodą na atak Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego przesłanie jest jednak znacznie szersze. Chociaż nie brakuje solidarności ze społeczeństwem czechosłowackim, więcej miejsca zajmuje dopominanie się o wartości uniwersalne, jak wolność, godność człowieka, prawda. W szpitalu poparzony powtarzał: „Ginę po to, żeby zwyciężyła prawda, żeby zwyciężyło człowieczeństwo i żeby zwyciężyła miłość. Ginę po to, aby żeby zginęło kłamstwo, zginęła nienawiść i zginął terror. Nie odczuwam żadnego bólu i nie odczuwałem żadnego bólu przez cały czas. Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, a prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę”. Nie sposób w tym miejscu wyczerpująco przedstawić całości przesłania Ryszarda Siwca. To słowa wymagające, nie chcę nad nimi zbyt szybko przejść. Warto jednak zauważyć, że jeśli mówimy o czynie polskiej żywej pochodni w pierwszym rzędzie jako sprzeciwie wobec inwazji na Czechosłowację, to nie zrozumieliśmy jego przesłania. Ono jest znacznie bardziej uniwersalne, a co za tym idzie, wciąż aktualne.

Pytania o bohatera

Po pół wieku od samospalenia i od niemal trzydziestu od przywrócenia powszechnej pamięci o Siwcu za pomocą uhonorowanego wieloma nagrodami filmem „Usłyszcie mój krzyk”, wciąż szukamy dla polskiej żywej pochodni miejsca. To pytanie musi paść: czy jest bohaterem? Poszukiwanie odpowiedzi jest zadaniem niełatwym. Samospalenie polityczne (nie religijne) jest poświęceniem swojego życia w imię wyższych ideałów. Żywa pochodnia ofiaruje siebie za innych. Śmierć Siwca nie jest egoistyczna, ale altruistyczna. Jednocześnie należy zauważyć, że gdy wskazujemy na czyny bohaterskie aprobujemy je, mało tego, zachęcamy do naśladownictwa. Jest oczywista różnica między wydaniem swojego życia na ofiarę za kogoś, jaką na przykład prezentuje postać Maksymiliana Marii Kolbego, czy Siwca. W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze śmiercią za konkretną osobę, w drugim za wartości uniwersalne. Nie sposób ocenić, który z motywów jest „lepszy”; na dobrą sprawę jeden motyw zakłada drugi (bez wiary w wartości uniwersalne nie sposób bronić pojedynczego człowieka). Trudno jednak wskazywać śmierć samobójczą, a do tego tak drastyczną, jako przykład do naśladowania. Ryszard Siwiec był przekonany, że jego czyn, dokonany na oczach setek ludzi, wstrząśnie nimi, zmieni ich sposób myślenia, dokona się duchowa rewolucja. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Myślę, że nawet dzisiaj, w czasach wolności mediów, samobójstwo Siwca poruszyłoby społeczeństwo, ale nie zmieniło jego sposobu myślenia. Dla przykładu: 19 października 2017 roku przed Pałacem Kultury dokonał samospalenia Piotr Szczęsny. „Ja, zwykły, szary człowiek, wolność kocham ponad wszystko” – apelował. Choć byliśmy w szoku, jako społeczeństwo pozostaliśmy podzieleni w swoich wyborach politycznych i dalej wikłamy się w brutalizację życia politycznego. Bohaterów nie mierzy się jednak odniesionym sukcesem; gdyby tak było mielibyśmy tylko szefów korporacji na piedestale. Postać Ryszarda Siwca nie zajęła miejsca obok nowych bohaterów, jak Witold Pilecki czy ksiądz Jerzy Popiełuszko (symbole walki z komunizmem). Samospalonego wspomina się jedynie przy kolejnych rocznicach inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego postać nie zajmuje miejsca w podręcznikach historii ani wiedzy o społeczeństwie.  W 2008 roku Rzecznik Praw Obywatelskich Jan Kochanowski postulował, aby Stadionowi Dziesięciolecia, dzisiejszemu Stadionowi Narodowemu,  nadać imię Ryszarda Siwca. Tak się nie stało i do dziś nie mamy ani żadnej ulicy, ani żadnego pomnika jemu poświęconych. Dla Czechów Siwiec jest bohaterem, który walczył o ich sprawę. W Pradze jest ulica jego imienia, a na niej znajduje się czeski odpowiednik IPN, czyli Instytut Badania Reżimów Totalitarnych. Jest też pomnik poświęcony polskiej żywej pochodni. Ryszard Siwiec został pośmiertnie odznaczony przez Vaclava Havla w 2001 roku. W Polsce został uhonorowany przyznanym w roku 2003 Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, która rodzina zgodziła się przyjąć w roku 2007. Jakkolwiek byśmy oceniali samobójstwo Ryszarda Siwca trudno przejść obok jego postaci obojętnie, raczej stoimy wpatrzeni w jego płomień, milczący.

Tekst opublikowany na stronach Laboratorium Więzi – http://wiez.com.pl/2018/09/08/ryszard-siwiec-gorejace-pytania/