Benjamin Balint „Ostatni proces Kafki”

To historia godna filmu, choć zaczyna się niepozornie. Eva Hoffe była zaskoczona, gdy Sąd Najwyższy Izraela zakwestionował spadek, który dawno temu otrzymała po Esther Hoffe, swojej zmarłej matce. Dlaczego najważniejsza instytucja prawna w państwie zwraca na nią, starszą i schorowaną kobietę, swoje wielkie oczy? Wszak wola zmarłego jest święta, rozumie to każdy sąd, a zgodnie z testamentem jej matki to właśnie ona, Eva Hoffe, dziedziczy mieszkanie, koty, niezapłacone rachunki, trudną powojenną przeszłość swoich rodziców i całą furę papierów. Wśród nich są także manuskrypty Franza Kafki. Teraz, po tylu latach od śmierci pisarza, od śmierci jego przyjaciela Maxa Broda, od śmierci państwa Hoffe, teraz, gdy Eva sama wypatruje nadchodzącej śmierci, Sąd Najwyższy Izraela chce jej odebrać manuskrypty pisarza z Pragi, bo należą one do dziedzictwa Izraela? Jak pojedynczy człowiek ma walczyć z potężną machiną państwa, które podważa święte prawo zmarłych? Eva Hoffe niewiele z tego rozumie, oprócz jednego: to jest jej własność. I czy to przypadkiem nie jest jakaś współczesna wersja Procesu Franza Kafki?

To pytanie zadaje już Benjamin Balint. Jego Ostatni proces Kafki to niemal gotowy scenariusz filmowy dla tych twórców kina, którzy są wierni Hitchcockowi. W tej historii jest wszystko: od ciekawej intrygi, przez niespodziewane zwroty akcji, po nietuzinkowych bohaterów i suspens, który zostawia nas oszołomionych. Nad wszystkim zaś unosi się iście kafkowski klimat. Dzieła Kafki nie mają jednak szczęścia do filmów, dlatego musi nam wystarczyć literatura. Podchodziłem do Ostatniego procesu jak do „kolejnej książki o Kafce”, w której autor będzie próbował tak wyginać frazy praskiego pisarza, aby pasowały do jego założonej z góry tezy. W zamian za to dostałem książkę, która niczego nie chce udowadniać, jest raczej głosem kogoś, kto obserwuje proces z ławki dla publiczności i sam próbuje wydać wyrok. Balint prowadzi czytelnika przez własne śledztwo: na wokandzie spotykają się biografia pisarza, jego przyjaciela, wybuch wojny i powstanie nowego państwa Izrael. To czytelnik w trakcie lektury będzie na przemian obrońcą, oskarżycielem, biegłym i w końcu sędzią wydającym wyrok.

Jest to historia znana, zatem krótko: przyjaciel Franza Kafki, Max Brod, nie stosuje się do ostatniej woli pisarza z Pragi. Zamiast spalić wszystkie manuskrypty, jak chciał tego Kafka, Brod pieczołowicie przetrząsa jego biurko, zbiera listy, wszystkie kartki z charakterem pisma swojego przyjaciela i zaczyna go pośmiertnie wydawać. Tak, to Max Brod ocalił dla świata Kafkę. Bez nieposłuszeństwa (och, czyż nie na tym właśnie opiera się cała literatura?) Broda, bez zdrady zaufania swojego przyjaciela, bez niedotrzymania ostatniej woli nie mielibyśmy ani Procesu, ani Gregora Samsy z Przemiany. Dlaczego Brod decyduje się na podważenie świętej woli zmarłego? Bo wierzy w swojego przyjaciela bardziej, niż on sam wierzył w siebie. W chwili śmierci Kafki to Max Brod jest na wierzchołku niedostępnego literackiego parnasu. Autor kilkunastu książek, recenzowany, znany, czytany, nagradzany. W porównaniu z nim Kafka to wieczne niespełnienie: wydał jedynie kilka opowiadań, z których nie był zadowolony, był autorem kilku niedokończonych (a może i porzuconych) powieści w manuskryptach i nieustannie wątpił w siebie.

To fragment recenzji pt. „Ludzie dwóch testamentów”, która znajduje się w czerwcowym numerze „W drodze” http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16915

 

Reklamy

Eric Karpeles „Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza”

Do pokoju Czapskiego prowadzi osobna droga. Wizytę należy zacząć od pożegnania z domownikami Maisons-Laffitte. Uścisnąć dłoń Jerzemu Giedroyciowi, podziękować za obiad Zofii i Zygmuntowi Hertzom. Wyjść głównymi drzwiami, najlepiej głośno i jednoznacznie. Następnie przejść szybko i cicho na tyły budynku, gdzie znajduje się drugie wejście, i skradając się na palcach, wejść na piętro do pokoju Józefa Czapskiego. Wyobrażam sobie, że to musiał być widok pełen sprzeczności: on ponaddwumetrowy, a pokój to jedynie dwadzieścia dwa metry kwadratowe. Na tej niewielkiej przestrzeni Czapski rozłożył całe swoje powojenne życie: Katyń, sztalugi, wielotomowy dziennik, miłość. W łóżku leży więc z podkulonymi nogami.

Eric Karpeles znalazł swoją własną drogę do Józefa Czapskiego. Wszedł tylnymi schodami naszych wyobrażeń o nim i przedstawił go inaczej, niż się do tego przyzwyczailiśmy. Inaczej oznacza w tym wypadku książkę dystyngowaną, opowiadającą o człowieku pełnym emocji. A uczucia te udzielają się nie tylko autorowi, ale także czytelnikowi. Amerykański malarz nigdy o Czapskim nie słyszał, ale gdy zobaczył jego obrazy, postanowił zgłębić życie nieznanego mu artysty. Prawie nic jest pod tym względem książką szczególną. Nie powstała na zamówienie, lecz z czystego zauroczenia jednego twórcy drugim. Karpeles odkrywa Czapskiego zarówno dla siebie samego, jak i dla czytelnika. Autor widzi go przede wszystkim jako malarza, co dla nas w Polsce nie jest oczywiste. Przywykliśmy patrzeć na bohatera Prawie nic jak na tego, który świadczył o zbrodni katyńskiej. Na nieludzkiej ziemi i Wspomnienia starobielskie były dla nas ważniejsze niż twórczość malarska. Dawniej, kilkanaście lat temu, było to całkowicie zrozumiałe, choć dla samego Czapskiego takie szufladkowanie jest niesprawiedliwe. Bo przed i po Katyniu Czapski żył, malował i pisał. Wciąż czekają na nas jego listy, zaś dziennik intelektualny wydany jako Wyrwane strony jest jedynie niewielkim fragmentem wielotomowego diariusza. Karpeles widzi Czapskiego poprzez jego obrazy, a szkicując jego portret, jednocześnie – jak na malarza przystało – na dalekim drugim planie umieszcza siebie samego. Prawie nic jest zatem także dziennikiem podróży Karpelesa po skomplikowanej historii Polski i jej zupełnie współczesnych autostradach, muzeach, naprzemiennej nieufności i życzliwości, ale także odkrywaniem własnych historii rodzinnych. Malarz pisze o malarzu, dziecko nowego wieku pisze o świadku minionego.

Czapski zawsze zwracał na siebie uwagę. Gdziekolwiek był, przewyższał wszystkich o głowę. Lwia czupryna, orli nos. Nie był przeznaczony do życia niskiego. Po lekturze Prawie nic dociera do mnie, że musiał żyć nie tylko pod nieustannym jarzmem cudzego wzroku, ale również pod ciężarem własnego osądu. Czapski, tak czule odmalowany przez Karpelesa, jest pełen przeciwieństw, jakichś okrutnych chichotów historii, doznanych niesprawiedliwości, konfliktu między tym, czego oczekuje świat, a tym, czego pragnie wewnętrznie. Miał zostać dyplomatą, może prawnikiem, ale po studiach zdecydował się na malarstwo. Studia, te najszczęśliwsze lata, spędzi w Rosji. Gdy skończy naukę, Polska odzyska niepodległość, a on będzie walczył przeciw krajowi lat młodzieńczych, lat studenckich. Wstąpi do armii, choć długo będzie się wadził z wewnętrznym przekonaniem o braku sensowności swojej obecności w niej. Był przecież pacyfistą. Po wojnie z Rosją bolszewicką kończy studia malarskie w Polsce i wyjeżdża na kilka lat do Francji. Chce malować, ale to inni odnoszą sukcesy. Chce tworzyć, ale tylko on spośród grupy przyjaciół zna najlepiej francuski, więc bardziej dba o innych niż o siebie. Wraca do Polski, gdy – jak mu się wydaje – jest już prawie-prawie malarzem. „Wyzbywszy się obsesji, że musi zostać malarzem – pisze Karpeles – był nim naprawdę”. Poznaje miłość swojego życia, Ludwika Heringa, a jednocześnie o względy Czapskiego walczyć będzie Catherine Djurklou. Czapski wybiera Ludwika i malarstwo. Catherine jest zdruzgotana. Po latach odnajdzie go i znów ofiaruje mu swoje uczucie. Wtedy jednak wybucha druga wojna światowa i nic już nie jest takie samo. Lata niewoli i lata bitew, wreszcie nowe granice, za którymi pozostała i Polska, i Hering, i szczęśliwe życie. Od tego momentu Czapski nie może już żyć własnym życiem, więc żyje życiem innych.

Fragment recenzji pt. „Wielki Jałmużnik Umrałych” zamieszczonej w majowym numerze „W drodze” http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16891

 

„Miasto wewnętrzne” wzywa na swe ulice

Spotkanie autorskie wokół „Miasta wewnętrznego” i jego miejsca w Olsztynie. Czy pod jednym miastem znajduje się drugie?

Pracownia Literacka przy Miejskiej Bibliotece Publicznej 13 maja (poniedziałek) o 17. Spotkanie odbywa się w ramach Ogólnopolskiego Tygodnia Biblotek, a poprowadzi je Robert Lesiński.

Zapraszam, zwłaszcza bezdomnych, do Miasta.

Krystyna Czerni o Jerzym Nowosielskim. Tak, w Olsztynie

Ta strona miała być autolansem, ale czasem trzeba stanąć zboku i zrobić miejsce na prawdziwe wydarzenie, prawdziwą sztukę.

Obwieszczam: w czwartek 9 maja o godzinie 17 w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej (tak, na Starówce) odbędzie się spotkanie z autorskie z  Krystyną Czerni, autorką książki „Nowosielski – sztuka sakralna. Podlasie, Warmia i Mazury, Lublin”. 

Jerzy Niecio (historyk i publicysta) oraz niżej podpisany będą trzymać mikrofon.

(Jerzy Nowosielski „Znak Jonasza”)

Zapraszam!

Dzień dziewiętnasty. W poniedziałek nie będzie kartkówki, ale we wtorek już tak

Niewiele do napisania. Zdaje się, że wszyscy wokół wypowiedzieli już wszelki możliwy zasób słów. Nie mam nic do dodania, raczej chomikuję słowa, emocje, obrazy i obracam cierpliwie w swoich łapkach.

Ostatni dzień strajku. Przyjeżdżając do szkoły nie wiedziałem jeszcze, jak mam się zachować. Strajkować? Ale po co? Chyba już tylko z czystej przekory. Nie strajkować? Tylko nie ma z kim lekcji prowadzić.

Wchodzę do pokoju i wiem już wszystko. Ci, którzy strajkowali do tej pory, strajkują także i dziś. Bo trzeba odejść z fasonem. Bo zwyczajnie potrzebujemy tego dnia tylko dla siebie, żeby jeszcze razem ze sobą pobyć, pogadać.

Za dużo emocji, zbyt różnych. Nie potrafię ich unieść w swoim dwumetrowym ciele. Muszę wyjść, przejść się korytarzem, ostudzić głowę.

Na korytarzu wpadam na uczniów. Jestem oszołomiony ich hałasem, ich młodością, ale także radością spotkania. Tego jednego jestem pewien: stęskniliśmy się za sobą. Wzajemnie. Pomiędzy nimi czuję, że żyję. Że mam o co walczyć, że są moją niezgodą na ten świat.

Z wielu rozmów pamięć podsuwa pod wieczór słowa Marty: Psor zdążył się z nami pożegnać. Gdy 5 kwietnia wystawił nam pan oceny, gdy powiedział, że materiał został zrealizowany i psora przygotowanie nas do matury dobiegło końca, a teraz rozpoczyna się strajk – nie chciałam wierzyć. Cielecki zawsze koloryzuje, taki już jest. A później, w trakcie tych trzech tygodni, zdałam sobie sprawę, że ja nie zdążyłam się z nikim pożegnać. Że są nauczyciele, którym nie zdążyłam niczego powiedzieć. Nie jestem żadną zakładniczką. Psorstwo wystawiło mi oceny, przygotowało nas do matury. Nikt mnie nie skrzywdził. Amen.

Na miękkich nogach wracam do pokoju nauczycielskiego. Uciekłem ze świata emocji w kolejne emocje. Gdy tylko zamykają się drzwi, nauczyciele pytają mnie jeden przez drugiego: czytałeś listy uczniów? Po chwili chowam się w kącie i czytam listy naszych uczniów, które napisali do nas w czasie strajku. Zagrzebuję się jeszcze głębiej, aby nikt nie widział, że „oczy mi się pocą”. Na szczęście nie jestem sam.  Większość zdążyła już ukryć wzruszenie, ale widzę, że ten i ów walczy jeszcze z czymś, co mu nagle wpadło do oka.

(Ktoś – przez duże „K” – zostawił nam dzisiaj w szkole taki plakat – miód na nasze serca)

Słowa mają swoją moc, a te najprostsze są najpotężniejsze.

I dlatego z mocą tysiąca słońc: dziękuję.

Dzień siedemnasty. Tak bardzo się mnie brzydzą, że nie chcą na mnie patrzeć

Dziś ogłoszono wreszcie to, co krążyło plotką od kilkunastu dni. Rząd zmienia ustawę oświatową: jeśli rada pedagogiczna nie klasyfikuje z powodu strajku, może to zrobić dyrektor.

Zębata Wróżka nawet nie udawała, że rozmawia z nauczycielami. Zaklinała rzeczywistość, że jest dobrze, dobrze, tak bardzo dobrze. Aż zniknęła.

Broszka odbyła kilka monologów (bo z rozmowami nie miało to nic wspólnego), przedstawiła ofertę jak wyrok. Odsunięto ją na bok.

Złotousty przemówił dziś w swoim stylu: sprowokował nowe problemy.

Będąc bardzo złośliwym, mógłbym napisać: bardzo Wam dziękuję, bo tylko dzięki Wam chce mi się dalej strajkować. Jesteście żywym dowodem, że ten czas nie jest zmarnowany.

Ale tego nie napiszę.

Dlatego przedostatnie zdanie będzie brzmiało tak: lepiej zmienić prawo, niż się dogadać z ludźmi.

Wtórować mu będzie zdanie ostatnie, gorzko-zaczepne: tak bardzo belfrem gardzicie, czy tak bardzo się go boicie?

Dzień dwunasty. Wielki Piątek polskiej edukacji

Szkoła bez uczniów nie jest szkołą. Siedzimy w pokoju nauczycielskim, rozmawiamy, analizujemy. Emocje przygasają na chwilę, by znów wybuchnąć wysokim płomieniem. Widziałeś, czytałeś? – pytamy się siebie raz po raz dzieląc się infomacjami.

Co pewien czas muszę wyjść na korytarz. Chodzę po pustym korytarzu.

Sensem nauczania jest dialog, spotkanie. Jestem nauczycielem jedynie w relacji do kogoś.  Bez uczniów nie jestem nauczycielem. Co więc robię w pustej szkole? Na pewno nie uczę. Strajkuję. I rozmyślam.

Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, jak Pracujący Dla Idei raz za razem przegrywają strajkową rozgrywkę. Wczorajsze spotkanie, jedynie przy minimalnej dobrej woli, można było z nauczycielami wygrać wizerunkowo. Że jest Wielki Tydzień, że pojednanie, że spotkanie w połowie drogi. Zamiast tego oferta od Broszki jak policzek. Zamiast tego propozycja okrągłego stołu na Stadionie Narodowym. Igrzyska śmierci rozpoczęte? Wczoraj wkroczyłem w Triduum  Paschalne i nie mogę pozbyć się odczytania poniżającej propozycji Broszki jako wielkoczwartkowej zdrady.

Jakkolwiek zakończy się ten strajk wiem, że szkoła nie będzie taka sama. W ciągu tych dwóch tygodni coś w nas, belfrach, umarło. Zaufanie do państwa, poczucie bezpieczeństwa, wielokrotnie wyszydzono naszą godność. Słucham głosów moich koleżanek i kolegów, a one układają się w jeden komunikat: koniec z poświęcaniem się w postaci organizwania warsztatów, wyjazdów, zaproszeń gości, wyjść na inicjatywy edukacyjne. Koniec, wracamy do podręcznika i nie wychylamy z niego głowy. Za tyle nam płacą – za czytanie z podręcznika – tego się trzymajmy.

Nie wiem, czy mają rację. Sam odczuwam pokusę, by takim właśnie się stać. Z drugiej strony: nie wytrzymam siebie samego, jeśli mam tak uczyć. Jest też głos nawołujący do strategii odwrotnj: robić jeszcze więcej, uczyć myślenia, krytycyzmu, być na maksa dla uczniów, bo oni mogą zmienić świat.

Pewnie spotkamy się w połowie drogi. Będzie trochę wycofania i większej asertywności, ale także zrywu szaleństwa. Wiem, że można było tego wszystkiego uniknąć, rozegrać inaczej. W sensie poznawczym, cieszę się niezmiernie, że uczestniczę w czymś, co kształtuje mnie i w jakiś sposób moich uczniów. Na poziomie emocjalnym, jestem zmęczony i wypruty, Jako obywatel, jako pracownik szczególny dla państwa, bo pochodzący z budżetówki, jestem opluty przez własne państwo. Powtórzę to, co napisałem już wcześniej: dla własnego państwa, ja nauczyciel, stałem się Żydem w III Rzeszy w latach trzydziestych.

Odczytując bieżące wydarzenia w kontekście w czasu liturgicznego nie sposób powstrzymać się od tej myśli, że polska edukacja właśnie umiera. A że nie jest Jezusem, to i nie zmartwychwstanie.

Dzień jedenasty. Nie klasyfikuję, strajkuję

Nie klasyfikuję, strajkuję.

Tylko ten, kto jest nauczycielem może zrozumieć dramat tej sytuacji.

Coraz częściej w szkole pojawiają się maturzyści. Uśmiechają się nieśmiało, już nie dają oznak wsparcia. Proszą dyskretnie wychowawców na stronę i pytają: co z nami będzie?

Uczniowie, to nie jest pytanie do nas. To jest pytanie do osób, które Wam zgotowały tak chorą sytuację, do Broszki, Wróżki Zębuszki i Pracujących Dla Idei.

Nie możemy odpowiedzieć Wam na pytanie, bo strajkujemy. Od stycznia jesteśmy w sporze zbiorowym. Od stycznia, przez luty i marzec (czyli plus minus od Waszej studniówki) Pracujący Dla Idei nie zrobili nic, aby naprawić sytuację o której wspominaliśmy. Gdy Sławomir Broniarz w marcu wypowiadał się o braku klasyfikacji, wielu mówiło, że się zapędził. I ja tak myślałem. Przecież rząd jest rozsądny, nie poświęci dzieci jako kartę przetargową. Okazało się, że Pracujący Dla Idei za nic mają spokój uczniów, rodziców i nauczycieli i dalej nie robią nic, aby naprawić sytuację. Od 8 kwietnia trwa strajk, a w jego czasie nie podejmujemy czynności związanych z nauczycielstwem. Strajkuję, więc nie klasyfikuję. To jest logiczne, ale to nie jest łatwe.

 

Dzisiejsze spotkanie Broszki z ZNP i jej propozycja jedynie zaognia sytuację. Podwyższenie pensum o 2 godziny i podwyżka pensji o jakieś 120 zł, podczas gdy strajkujemy o 1000 złotych, jest jakąś szyderczą drwiną. W dodatku w tym samym czasie, gdy my strajkujemy, podwyżkę o 650 zł brutto otrzymuje służba więzienna. Po cichu, bo przecież budżet jest dawno zamknięty…

Strajk jest formą walki bezbronnych. Walczę o godność własną godnością. Nie dostaję pensji, nie wychodzę na ulicę, aby demolować witryny sklepów, nie walczę z policją. Używam środków swojej pracy: powstrzymuję się od pracy nauczycielskiej. Tylko tyle i aż tyle.

Nikt nie spodziewał się, że ten strajk będzie trwał tak długo. Przecież żyjemy w rozsądnym państwie. Nikt nie zakłóci egzaminów, które są zwyczajnie ważne, dla każdego ucznia, bez względu na to czy jest ósmoklasistą, gimnazjalistą czy maturzystą.

Kurator wydał pismo, w którym zawiadamia: „W sytuacji wystąpienia akcji strajkowej dyrektor szkoły powinien także przypomnieć nauczycielom o terminie, w którym należy ustalić roczne oceny klasyfikacyjne. W przypadku, gdy nauczyciele nie ustalą rocznych ocen, dyrektor powinien upoważnić innego nauczyciela do ustalenia tych ocen„. Współczuję nauczycielom, których dyrektor zmusi, zastraszy, zleci, poprosi (niepotrzebne skreślić) do wystawiania ocen za strajkującego nauczyciela. Będzie mógł spać spokojnie?

Nie klasyfikuję, strajkuję. Moje rozterki rozwiewa Broszka, Zębata Wróżka i Pracujący Dla Idei.

 

Dzień dziewiąty. Najtrudniejszy wpis

Od początku wiedziałem, że będę musiał o tym napisać. Patrzyłem ludziom w oczy, słuchałem ich historii; słowem: zbierałem materiał. I nie jestem wcale mądrzejszy, i dalej nie wiem, co napisać.

Mówią o nich „dublerzy” lub „łamistrajki”. To i tak łagodnie, zważywszy na język Pracujących Dla Idei, którym mnie opisują. Wolę o nich myśleć wciąż jako „kolegach, koleżankach”. Myślenie jest łatwiejsze, bo dzieje się w milczeniu. Gdy trzeba powiedzieć na głos kim teraz są, język szuka słowa i zaczynam się jąkać, seplenić, zapowietrzać.

 

Usłyszałem już dosyć historii, by podsumować je, jako dwie wiodące. Pierwsza postawa: ekonomiczna. Nie strajkuję, bo mnie nie stać. Bo jest rata kredytowa, bo leki, bo ślub dziecka, bo coś. W tym momencie patrzę na Bożenkę, która strajkuje, podobnie jak jej mąż, też nauczyciel. Żadne tam fiku-miku w postaci straku rotacyjnego (strajkują naprzemian: gdy jedno strajkuje, drugie pracuje), albo dyplomatycznej ucieczki na belferkę. Strajkują, bo tak trzeba. Bo walczymy właśnie o to, abyśmy nie musieli strajkować. Zatem Ty, którego nie stać na strajk: robię to, aby właśnie było Cię stać.

Druga postawa to przyjaciel uczniów. Nie zrobię tego uczniom, oni zasłużyli na mój szacunek, to mój gest podziękowania za wszystkie lata, nie zgadzam się, aby byli kartą przetargową w sprawach między dorosłymi – tu można wpisać wszystkie tłumaczenia z gruntu tych moralnych. Są one ważne i pewnie należałoby rozważyć każdy z osobna. Ale to temat pracy magisterskiej (co najmniej), zatem teraz krótko. W czasie strajku to nie uczniowie są szantażowani, ale nauczyciele. To my – belfry – mamy rozterki wewnętrzne i dylematy, które bynajmniej nie sa dla nas wyssane z palca. Żyjemy tą pracą, która ma setki twarzy dla nas ważnych. Nauczanie to nie stawianie jedynie ocen, podobnie jak strażak nie pracuje jedynie w czasie gaszenia pożaru, a żołnierz jedynie w czasie wojny. Bycie nauczycielem to coś pomiędzy księdzem, suprebohaterem (chyba Dardevil byłby tu najlepszym przykładem), rodzicem, marzycielem i urzędnikiem. Proporcje można mieszać w dowolnej kolejności. Strajk jest lekcją trudną dla nas wszystkich, jednak ma ona swoje założenia. Nie wycofujesz się w trakcie gaszenia pożaru, nie wycofujesz się w trakcie bitwy. Słownik języka międzyludzkiego zna na to odpowiednie terminy. Jako nauczyciel wiem, że gdy lekcja „mi nie idzie”, to nie poddaję się, ale innymi metodami realizuję cele, które sobie wyznaczyłem. W przypadku odstępujących od strajku nie widzę alternatywy, którą mogliby zaproponować.

A teraz siedzimy w pokoju nauczycielskim i wymyślamy strategie gier międzyludzkich. Ten nie będzie podawał ręki, tamten nie będzie siedział obok, ta wreszcie powie to, co nosiła w sobie od lat, tamten rwie się do rękoczynów. Inni chcą milczeć, a ktoś proponuje „szpaler wstydu”. Po strajku – jakkolwiek i kiedykolwiek by się on skończył – pozostaniemy wciąż w tym samym pokoju nauczycielskim, z tymi samymi dylematami, zastygnięci w podjętych wcześniej strajkowych pozycjach. Będziemy musieli ze sobą dalej żyć i być może to jest dla nas, belfrów, najtrudniejsza lekcja wynikająca ze strajku.

 

Nie chcę mówić „dublerzy”, ani „łamistrajki”. Wolę zaczerpnąć nieco z teologii, gdzie istnieje piękne sformułowanie „bracia odłączeni”. Fakt, że kolejne odejścia kolegów i koleżanek ze strajku trwają w Wielkim Tygodniu nie jest tu bez znaczenia. Dla niektórych ja strajkujący, jestem przecież „judaszem”.

Dżizas, chyba przeginasz z tymi rekolekcjami.