Biuro Turystyczne Abraham

To nie przypadek, że każda podróż zaczyna się od uczynienia znaku krzyża. Pierwszych chrześcijan nazywano ludźmi drogi. Nawiązywano w ten sposób do słów Jezusa, który mówił o sobie, że jest prawdą, drogą i życiem. Zamiast zrzędzić, że znów nie stać mnie na wspaniałą wakacyjną wycieczkę, kreślę się krzyżem i robię pierwszy krok.

Najczęściej wymienia się dwa wzory podróżowania. Odyseusz podróżował poprzez wiedzę, Abraham nie wiedział dokąd idzie, dlatego szedł poprzez wiarę. Ten pierwszy będzie miał mapę i kompas, ten drugi będzie miał ręce złożone do modlitwy. Abraham szedł w stronę tego, co zawsze jest inne, na swój sposób nawet obce. Jego dom był gdzie indziej – tam, gdzie nikt jeszcze nie był. Najlepszymi przewodnikami takiej podróży są mistycy; oni „widzą” na znaczne odległości. Jan od Krzyża pisząc, że zmierzając do celu którego nie znasz, masz iść drogą której nie znasz, jest najlepszym towarzyszem wędrówki. Wyrzuć wszystkie inne przewodniki, skoro wystarczą ci pisma mistyków. Albo jeszcze inaczej: wyrzuć wszystko, skoro jedynym przewodnikiem jest twoja wiara.

Wiara jest podróżą. Jestem Abrahamem swojego życia, z własną mapą duchową. Na niej zaznaczam najważniejsze punkty. To jest świątynia, gdzie zostałem ochrzczony, świątynia gdzie zostałem bierzmowany i świątynia, gdzie złożyłem przysięgę małżeńską. To mogą być inne miasta, lub po prostu inne świątynie wciąż tego samego miasta. Lub wciąż ta sama świątynia. Inne drogi wiodły mnie do niej, gdy byłem nastolatkiem, teraz inną drogę wybieram, gdy jestem ojcem. Gdzieś w murach świątyni jest zapisana historia mojego życia. To konfesjonał, do którego klękałem w czasie studiów, to trzecia ławka od końca, gdzie w dni powszednie siadałem, by posłuchać ciszy.

Fragment szkicu o „podróżowaniu-bez-podróżowania” w „Gościu Niedzielnym” https://gosc.pl/doc/4058126.Wiara-jako-podroz

Auschwitz. Później

Z pierwszego pobytu w muzeum w Auschwitz niewiele pamiętam. Byłem dzieckiem, był PRL, a przewodnik żonglował liczbami po mistrzowsku. Druga wizyta w Auschwitz to oglądanie rzeczywistości oczyma mężczyzny. Po tamtym dziecku nie ma już śladu. Ale jest Auschwitz.

Zwiedzającego Auschwitz uderzają dwie rzeczywistości. Pierwsza jest oczywista: namacalność historii, doświadczanie jej niemal wszystkimi zmysłami. Żwir z alejek pomiędzy barakami chrzęści pod stopami, wnętrze budynków wita chłodem, zaś w drewnianych barakach wyczuwalny jest zapach drewna. Tak, jest przyjemny, ale czy w tym miejscu zapach drewna może być… przyjemny? Śpiew ptaków przysiadających na drucie kolczastym jest doświadczeniem szokującym – zachwycać się, czy udawać, że tego nie ma? Zwiedzanie Auschwitz angażuje zmysły, natężenie bodźców jest doprawdy wysokie. Nie wszyscy sobie z tym radzą. Rzeczywistość druga to zderzenie ze zwiedzającymi. Reakcje przyjeżdżających są przeróżne. Powolne kroki,  głębokie – niemal medytacyjne –  skupienie, zwiedzanie w milczeniu. Cisza i szacunek. Poszukiwanie niemożliwych odpowiedzi na przerażająco proste pytania. Auschwitz: miejsce pamięci, cmentarz, muzeum. I jest też postawa zupełnie inna, szokująca nie mniej niż obiekty wystawowe. Roześmiani, gadatliwi, krzykliwi. Ubrani w plażowe klapki lub buty na niebotycznie wysokim obcasie. Krótkie spodenki, jeszcze krótsze sukienki. Tamten poluje na pokemona, a ten popija z piersiówki za barakiem. Wszechobecność telefonów komórkowych: ktoś głośno rozmawia, ktoś gorączkowo odpisuje na smsa. Króluje „selfi z rąsi”. Fotka na tle bramy z napisem Arbeit macht frei, fotka w baraku, fotka przed szubienicą. Spoglądam na twarze pozujących. Uśmiechają się. Całują. Obejmują. Niesmaczne pozdrowienia żywych z piekła na ziemi.

Pytam, zadaję mnóstwo pytań pracownikom muzeum, przewodnikom. Dlaczego pozwalacie na gorszące zachowanie zwiedzających, dlaczego ich nie upominacie? Z wymijających odpowiedzi układa mi się fundamentalne przesłanie: obsługa muzeum reaguje tylko na zachowanie mogące zniszczyć zbiory muzeum. Wsłuchuję się w rezonującą we mnie odpowiedź. Tak, mają rację. Nie można nakazać człowiekowi, by zachował się odpowiednio w miejscu Zagłady. Nie różnimy się tak bardzo od żyjących wtedy, w czasie drugiej wojny światowej.

27 stycznia 1945 roku Armia Czerwona dociera do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Zastają szokującą prawdę oraz około 7,5 tysiąca więźniów. Niemal pięciuset umiera w pierwszych dniach wolności. Na terenie obozu znajduje się jeszcze około sześciuset ciał więźniów zastrzelonych tuż przed wyzwoleniem. Żołnierze rosyjscy znajdują też rzeczy, z którymi nikt nie wie co zrobić – 7 ton ludzkich włosów, magazyny pełne walizek, butów, okularów…

To fragment tekstu „Selfi z rąsi” króluje w Auschwitz” dostępnego na stronach Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/06/14/selfi-z-rasi-kroluje-w-auschwitz/

Krzysztof A. Zajas „Oszpicyn”

Tytuł to podstawa, a ten jest mocny. Starałem się przeczytać tę książkę przed pobytem w Auschwitz. Przeczytałem. Dość długo nie wiedziałem, co o niej sądzić. Aż się ułożyło. Że to nie jest książka o obozie, ale o mieście. A tak naprawdę to o Polsce.

Oświęcim, miasto jakby z wpisanym weń niezatartym wyrokiem historii. Gdzie się nie ruszyć, zawsze jest się spętanym przez przeszłość. Bo najpierw jest obóz, a dopiero potem miasto. Krzysztof A. Zajas przywraca naturalny porządek rzeczy: najpierw jest Oświęcim, dopiero później jest Auschwitz. Ale pomiędzy nimi był jeszcze Oszpicyn – tak Żydzi nazywali swój rodzinny Oświęcim. Krzysztof Zajas proponuje własną odpowiedź, nieczęsto u nas spotykaną, by o Oświęcimiu opowiedzieć literaturą grozy. „Oszpicyn” byłby „tylko” dobrym czytadłem – miejscami świetnym (zwłaszcza część trzecia powieści) – gdyby nie drugie dno tej książki. Wcale nie takie oczywiste i dosyć skrzętnie ukryte za wartką akcją. I to właśnie ono jest najbardziej frapujące. Za zasłoną czarnego kryminału, erotyki, ciętego dowcipu, błyskotliwych dialogów, kolejnych scen grozy, Zajas umieścił niezwykle bogatą, misterną sieć nawiązań do literatury i historii, a w niej najważniejsze jest przesłanie, że historię Zagłady musi już opowiedzieć Polska. Zajas jest niesamowicie oryginalny (i konsekwentny, co widać w przywołanych cytatach poetów, którymi rozpoczyna każdą część powieści – Herbert, Baczyński, Miłosz) w swojej myśli, że nikt nie jest w stanie tak zrozumieć historii i kultury żydowskiej, jak właśnie kultura polska pełna duchów i metafizycznego romantyzmu. Kadysz miesza się z litanią, żydowska klątwa mieszka pospołu ze złym urokiem, jednako dusze nie zaznają spokoju po śmierci, gdy nie domkną pozostawionych za życia spraw. A złożona przez żywego obietnica, obowiązuje również po śmierci. To właśnie na kartach „Oszpicynu”, polskie chochoły i żydowskie golemy przechadzają się pomiędzy esejem historycznym Jana T. Grossa, a reportażem Hanny Krall, wytaczając trzecią, własną drogę pamięci.

Więcej na stronie Laboratorium Więzi jako „Chochoł i golem” http://laboratorium.wiez.pl/2017/05/25/chochol-i-golem/

Zofia Posmysz, Michał Wójcik „Królestwo za mgłą”

Jak dziś opowiedzieć o obozowym doświadczeniu? Zofia Posmysz w wywiadzie-rzece z Michałem Wójcikiem wskazuje dwa słowa: bajka oraz gra.

Zofia Posmysz na Auschwitz nakłada szaty bajki. Za siedmioma górami i siedmioma morzami leży Królestwo, które należy do Imperium Rycerzy Trupiej Czaszki. Do Królestwa nie można dostać się na piechotę, ani konno. Jedzie się pociągiem – bez okien i bez przystanków. Mimo tych niedogodności pasażerów jest zawsze bez liku. Ten, kto trafia do Królestw już w nim pozostaje. Wtedy zaczynają działać czary: wszystkim zaczynają znikać twarze i stają się podobni do jeden do drugiego. Żeby ich rozróżniać pojawiają się numery. Królestwa strzegą dumne rycerki i ich psy-rycerze. Królestwo zaś nie ma murów, jego granic strzegą mgła i druty. I nie ma czasu, bo wczoraj i jutro nie istnieje. Jest tylko muzyka: tyleż piękna, co i mordercza… W pierwszym odczuciu baśniowy opis obozowej rzeczywistości wydaje się być zupełnie nie na miejscu. Czy można w taki sposób mówić o przedsiębiorstwie śmierci? Po chwili zastanowienia, należy odpowiedzieć twierdząco. Przede wszystkim wiarygodność tego, kto daje świadectwo: bajkowy opis jest autorską próbą opisu dokonaną przez świadka Auschwitz (w innym przypadku taki opis byłby zwyczajnie niewiarygodny i potraktowany jako zabawa literacka). Po drugie dlatego, że każdy opis rzeczywistości obozowej, zarówno ten ubrany w poważny ton i poparty danymi liczbowymi, jak również ten stylizowany na baśń, nie daje odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Stajemy bezradni wobec zła zawartego w Auschwitz. Kolejne książki i filmy, choć coraz lepsze i doskonalsze, wciąż nie przybliżają do zrozumienia jak to możliwe, że człowiek był w stanie przygotować drugiemu człowiekowi takie piekło. I ostatni argument: baśniowy język bynajmniej nie likwiduje grozy. Wręcz przeciwnie: wydaje się, że ją potęguje.

Więcej do przeczytania w mojej recenzji zamieszczonej w majowym „Znaku” (http://www.miesiecznik.znak.com.pl/przekroczyc-mgle-pamieci/).

Czytałem „Królestwo za mgłą” na przełomie stycznia i lutego i widzę, że ta książka wciąż jest we mnie. Pracuje. W kwietniu byłem w Auschwitz, a pamięć książki była mi przewodnikiem. Pomimo upału czułem, że mgła jest blisko.  To jedna z najciekawszych książek na temat Auschwitz. Bardzo ją polecam.

Pięści egzorcysty

Od kiedy literatura wstydliwie zamilkła w temacie Boga, zagadnienia religijne śmiało podejmuje kultura masowa. „Outcast”  i „Preacher” prowokują, a przy okazji stawiają świetne pytania.

Outcast” („Opętanie”) i „Preacher” („Kaznodzieja”) to dwa seriale, które – choć wyświetlane w różnych stacjach telewizyjnych – pokazywane były niemal równolegle. W dodatku miały umowny temat przewodni: małe miasteczko ze skrywanymi ludzkimi tajemnicami, a pomiędzy nimi on, duchowny. Wcale nie taki nieskazitelny, jak by po nim oczekiwano, ze swoją własną mroczną przeszłością, I oto w sennym porządku wydarza się coś, co sprawia, że duchowny musi rozpocząć walkę z wysłannikami piekieł. Mieszkańcy miasteczka, a wraz z nimi ich duchowy pasterz, muszą zdać sprawę ze swej wiary. I jest to wezwanie, które zwraca się także do widza. Sezon pierwszy obydwu seriali zakończył się latem. Teraz w ostatnich dniach Wielkiego Postu rozpoczyna się drugi sezon „Opętania”. Przypadek? Nie sądzę.

 

 

W „Outcast” skupiamy się na Kyle’u Barnesie naznaczonym traumatycznym dzieciństwem. Jako dziecko żył pod jednym dachem z matką, która została opętana. Matka i syn, farma położona na odludziu – przechodzą ciarki, jeśli człowiek sobie wyobrazi wszelkie konsekwencje. Przede wszystkim tą jedną: znikąd ratunku. Dwie miłości – rodzica i dziecka – a pomiędzy nimi diabeł. W trakcie jednego z ataku demona, mały Kyle przeciwstawił się na tyle skutecznie, że matka co prawda została uwolniona z opętania, sama jednak znalazła się w stanie wegetatywnym. W jaki sposób chłopiec był w stanie dokonać „świeckiego egzorcyzmu”, pozostaje tajemnicą dla samego bohatera, który przerażające wydarzenia stara się wyprzeć ze swej pamięci. Po kilku latach w miasteczku zaczynają dziać się podobne wydarzenia. Ilość opętań zaczyna gwałtownie wzrastać. Do duchowej walki staje wielebny Anderson, jednak egzorcyzmy przez niego prowadzone kończą się fiaskiem. Za to diabły dosyć poważnie obawiają się Kyle Barnesa. Kim jest ten młody mężczyzna i jaką tajemnicę skrywa jego dzieciństwo? „Preacher” jest opowieścią zgoła odmienną. Jessie Carter to kaznodzieja, który dawno stracił wiarę. Jego kazania są żałosne, a on sam jest lokalnym pośmiewiskiem. Teraz topi swoje smutki w alkoholu i próbuje jakoś uciec z powierzonej mu parafii. Któregoś dnia zbiegłe z nieba Genesis (tajemnicza istota o boskiej mocy) ucieka wprost w ciało Cartera. Od tej chwili kaznodzieja dysponuje głosem Boga: jeśli coś powie, tak ma być. „Służ Bogu”, mówi Jessie Carter do postrachu okolicy. „Ależ oczywiście”, odpowiada gangster potulny jak owieczka. Parafia zaczyna odżywać, cuda dzieją się na wyciągnięcie ręki, kaznodzieja znów czuje, że Bóg mu sprzyja. Postanawia dotrzymać złożonej niegdyś obietnicy: doprowadzić całe miasteczko do Boga. Carter odzyskuje charyzmę, płonie w nim ogień. Ludzie dostrzegają w nim tego kim zawsze chciał być – pasterzem. Kiedy zniecierpliwiony nachalnością petenta wypowiada słowa „Idź do diabła”, ten posłusznie znika. Pojawia się niesmak.

Czarny humor, elementy horroru, groteska, melodramat. Strach i rubaszny dowcip – od skrajności do skrajności. Obydwa seriale to przeniesione na ekran komiksy. „Outcast” to dzieło Roberta Kirkmana i Paula Azaceta, zaś „Preacher” to owoc współpracy Gartha Ennisa i Steve’a Dillona. Nie mam pojęcia do jakiego stopnia ich twórcy orientują się w zagadnieniach teologii; przypuszczam że raczej nie za bardzo. Potrafią za to stworzyć wiarygodne postacie „przegranych bohaterów”: poranionych wewnętrznie, mocujących się z własnymi ideałami, będących na wojennej ścieżce z całym światem. Wielebny Anderson i kaznodzieja Jessie Carter, choć są duchownymi, znacznie bardziej pasują do wizerunku samotnego szeryfa z westernów. Jest więc kobieta, jest co i rusz pojedynek, jest wreszcie samotne, niemal szaleńcze, stanie po stronie prawa boskiego i ludzkiego. Obydwaj duchowni posiadają też twarde pięści, którymi odróżniają przeciwników metafizycznych od trzeźwo stąpających po ziemi, wreszcie nie stronią od alkoholu. Anderson i Carter reprezentują któryś (nie jest to jednoznacznie zdefiniowane) z odłamów wspólnot protestanckich. Stąd brak celibatu oraz odmienne podejście do mszy i sakramentów. To zaś pozwala twórcom powieści graficznych na szerokie spojrzenie na religię.

Świetne pytania

Abraham Heschel, jeden z najwybitniejszych myślicieli religijnych XX wieku, pisał: „Upadek religii nie wynikał stąd, że została odrzucona, ale stąd, że stała się nieistotna, zwietrzała, przygniatająca, mdła” („Bóg szukający człowieka”). Żywa religia nie boi się pytań jakie stawia jej sztuka i życie, przeciwnie: właśnie wtedy może zajaśnieć swoim blaskiem.  Kirkman/Azacet i Ennis/Dillon wykorzystując odwieczne zainteresowanie egzorcyzmami, ciekawość wobec sił zła, a także poczucie nieobecności Boga tak charakteryzujące współczesność, postawili arcyciekawe pytania. „Outcast” to cała seria ważnych znaków zapytania, które warto dostrzec pomimo rozrywkowej formy serialu. Dlaczego egzorcyzmy oficjalnego przedstawiciela Kościoła nie działają, a „świeckie egzorcyzmy” Kyle’a Barnesa tak? Mierzenie się Barnesa ze złem odpowiada naszym emocjom wobec spotkania z duchowym przeciwnikiem: gniew, poczucie bezsilności, zagubienie. Bohater „Outcast” nie ma zamiaru się im poddawać, tylko staje do autentycznej walki: jego „egzorcyzmy” to tłuczenie pięściami opętanego, aż do momentu, gdy ten znajdzie się na granicy życia i demon opuści ludzkie ciało. Takie działanie lubimy, takie działanie jest męskie. Pojawiają się pytania, które tylko z pozoru brzmią „komiksowo”: kto uwalnia od złego? Jezus Chrystus czy Kyle Barnes? I co „działa” bardziej: twarde pięści czy wiara? Pytania „Kaznodziei” nie są wcale lżejszego kalibru. Czy można narzucić komuś wolę Boga, nawet jeśli jest to wbrew woli człowieka? Gdy lokalny postrach okolicy słyszy wezwanie Cartera „służ Bogu”, mięknie jak wosk, a mieszkańcy miasteczka oddychają wreszcie pełną piersią. Jednak obietnica złożona przez Cartera („doprowadzę całe miasteczko do Boga”), zaczyna w tym kontekście brzmieć… przerażająco.

To większy fragment mojego tekstu, który pojawił się na stronach Laboratorium Więzi (http://laboratorium.wiez.pl/2017/04/28/piesci-egzorcysty/). Dodam jedynie, że choć kolejne sezony się kręcą lub właśnie rozkręcają, to i tak nic nie zastąpi lektury oryginalnych powieści graficznych. Zaprawdę, warto.

 

Art Spiegelman „Maus. Opowieść ocalałego”

Mauschwitz

Rok 2001, pierwsza lektura „Maus” Arta Spiegelmana. W Polsce dopiero rozpoczyna się „epoka Jana T. Grossa” – jego „Sąsiedzi” z 2000 roku wzbudzają skrajne emocje. Lektura komiksu Spiegelmana w dużej mierze nacechowana jest tamtymi rozmowami. Gorączkowe dyskusje, że Polacy zostali przedstawieni jako świnie. Tak, ale Żydzi jako szczury. No to w sumie jest się o co obrażać, czy też nie? Od tamtej chwili minęło już sporo czasu. Komiks Arta Spiegelmana przestał być „komiksem”, a stał się powieścią graficzną. Gross wciąż pisze świetne książki, ale nauczyliśmy się już nimi dyskutować. Po piętnastu latach od tamtej pierwszej lektury „Maus”, teraz otrzymujemy wydanie nowe – twarda okładka mieści w sobie obydwie części dzieła Spiegelmana dzięki czemu lektura jest bardziej płynna. I dopiero teraz widać, jak wiele zmiany zaszły w Polsce.

„Nie umiem zrozumieć nawet mojej relacji z własnym ojcem… Więc jak mam zrozumieć cokolwiek z na temat Auschwitz? …Albo Zagłady? Jako dziecko często się zastanawiałem, które z rodziców pozwoliłbym hitlerowcom wziąć do pieca, gdybym mógł uratować tylko jedno z nich… Najczęściej oszczędzałem matkę. Myślisz, że to normalne?” – zastanawia się na kilku kadrach Art. „Maus” jest dziełem dotykającym wielu zagadnień skupionych wokół jednego tematu: Auschwitz. Z jednej strony zanurzamy się w przeszłość, gdy Władek Spiegelman opowiada własną historię Holokaustu. Nie sposób nie docenić jego zaradności, poświecenia dla żony. Drugim tematem jest to, co dzisiaj rozumiemy już lepiej i nazywamy „dziedziczeniem” Zagłady. Po wojnie Władek nie jest już taki sam jak niegdyś, staje się karykaturalny (chorobliwie oszczędza, jest rasistą). Jego syn, Art, próbuje zrozumieć swojego ojca, jego ponowne małżeństwo i samobójczą śmierć matki. Próbuje wreszcie uporządkować własne życie – syna ocalałych, który musi konkurować o uwagę rodziców z ich wspomnieniem pierworodnego, utraconego w czasie wojny, synem. Poczucie winy miesza się z wielką miłością, odraza sąsiaduje ze współczuciem. Niejako na marginesie przewija się pytanie świadomego swego powołania artysty: czy można napisać komiks o Holokauście? Czytając ponownie „Maus” widzę, jak przełomowym dziełem jest ta powieść graficzna – świetny pomysł, genialne w swej oszczędności rysunki. Nie można pozostać obojętnym wobec tej Opowieści Ocalałego. To wyważony głos bez popadania w żadną ze skrajności. Całości dopełnia fenomenalne tłumaczenie Piotra Bikonta.

Art Spiegelman, Maus. Opowieść ocalałego, wydanie drugie, zbiorcze, Prószyński i S-ka, Wydawnictwo komiksowe, Warszawa 2016, s. 304.

 

 

W. H. Auden „Szekspirowskie miasto”

Rok 2015 zamknąłem lekturą „Wykładów o Shakespearze” W. H. Audena. Fenomenalna księga. Nic dziwnego, że rok następny domknął się wraz z „Szekspirowskim miastem” tegoż autora.  Choć obydwie książki dzieli różnica kilkuset stron, trudno oprzeć się wrażeniu, że czytamy jedno, nieprzerwane i nigdy nie ukończone ostatecznie, dzieło.

Gdy opada kurtyna greccy bohaterowie komedii starożytnej zostają zdemaskowani – publiczność się śmieje, aktorzy płaczą. Bohaterowie komedii chrześcijańskiej uzyskują przebaczenie – publiczność oraz aktorzy śmieją się razem. Przywołaną różnicę W.H. Auden będzie systematycznie rozważał w esejach „Szekspirowskie miasto”. Pisarz zanurza się w treść dzieł Maga Teatru, a to co wydobywa staje się pretekstem do przemyśleń nad najbardziej frapującymi punktami chrześcijaństwa. Auden myśli zatem Szekspirem, zastanawiając się „kto jest moim bliźnim”, podejmując zagadnienie lichwy oraz relacji do Żydów. Z wielu tematów najważniejszym pozostaje przebaczenie, które jest… zupełnie niedramatyczne. Wybaczenie dokonuje się na swoistej scenie wewnętrznej człowieka, tam gdzie panuje milczenie i bezruch, a więc rzeczy całkowicie obojętne dla widza. Twórczość Szekspira przekracza tę granicę, ponieważ to my, czytelnicy, jesteśmy jego bohaterami. Elżbietański Globe rzeczywiście staje się kulą ziemską, zaś deski sceny są naprawdę dniami naszego życia. „Krytycy piszący o Szekspirze więcej odkrywają o sobie niż o nim”, zauważa Auden. Im więcej czytamy Stratfordczyka , tym mniej go znamy, a więcej poznajemy siebie. Bohaterowie przez niego stworzeni oddziaływają na nas z siłą, która każe myśleć: „Coś podobnego mogłoby się zdarzyć i mnie”. I choć XX-wieczny poeta zatrzymuje się nad zagadnieniem miłości, cierpienia, żartu (świetny „Dżoker w talii kart”), to dominującym tematem rozmyślań pozostaje przesłanie głoszone przez chrześcijaństwo. Zupełnie, jakby Szekspir wydobył z Audena to, co w nim samym było najgłębsze – pragnienie Boga. Zwroty i terminy używane przez Maga Teatru są zaczerpnięte w wielu dziedzin życia (rzemiosło skórzane, medycyna, prawo, wojskowość), jednak pozostaje niezrównanym mistrzem opisu ludzkich uczuć i meandrów duszy. Wyważone, mądre eseje Audena zwracają uwagę, że grozi nam do odegrania jedna z najważniejszych ról w dramacie chrześcijaństwa – postać Złego Łotra. Z nazbyt licznymi suflerami usłużnie podpowiadającymi wszystko złe na nasz własny temat.

A ja się zastanawiam, jak Szekspirowskie miasto” rozmawia z „Miastem wewnętrznym”. Ale o tym cicho sza, tylko ulice znają te tajemnice.

Więcej o  „Szekspirowskim mieście” W. H. Audena w mojej nocie recenzyjnej w kwietniowym „Znaku”.

Proces bez wyroku

Dwa królestwa, dwóch sędziów, dwa porządki – żadnych szans na porozumienie. Giorgio Agamben, jeden z najciekawszych filozofów współczesności, przygląda się biblijnej scenie, gdy Jezus staje przed Piłatem. Scena na pozór doskonale znana, jednak włoski intelektualista posługując się wnikliwą analizą wypowiedzianych słów, szukając ich pierwotnego znaczenia, wreszcie sięgając do bogactwa tekstów filozofów oraz Ojców Kościoła, odkrywa jej nowe znaczenie. Zdaniem na którym jest oparty esej, jest sprzeczność wynikająca z dwóch porządków: jak królestwo ziemskie z przedstawicielem w osobie Piłata może sądzić królestwo niebieskie? Nie ten kodeks prawny, nie ta materia prawa. Czy zatem to, co dzieje się pomiędzy Piłatem i Jezusem ma znamiona procesu? Czy rzymski urzędnik może w ogóle wydać wyrok?

Tajemnica procesu współbrzmi z tajemnicą życia Jezusa – wydaje się, że wyrok zapadł już w momencie narodzenia. Agamben kieruje wzrok czytelnika na napis wiszący na krzyżu. „Jezus Nazarejczyk, Król żydowski” – raczej trudno nazwać to przestępstwem. Skazani na karę śmierci mieli wywieszony nad sobą czyn zabroniony, którego się dopuścili. W przypadku Jezusa nie jest to czy, lecz tytuł. Odwołując się do Bonawentury, Agamben wskazuje, że napis, który nie jest wyrokiem, ale tytułem królewskim, w zasadzie przypomina sztandar zwycięski cezara-tryumfatora: „albowiem głosi chwałę Jezusa i hańbę Judejczyków, bo skazali go jako przestępcę, a On był Królem” (s. 41).

Więcej o niezwykle ciekawym eseju Giorgio Agambena  „Piłat i Jezus” na stronach Laboratirium Więzi (http://laboratorium.wiez.pl/2017/04/12/proces-bez-wyroku/).

Wawrzyn raz jeszcze

Mniej więcej o tej porze: nocny esemes z gratulacjami wobec nominacji do Wawrzynu.  To było rok temu. Co się przez ten czas zmieniło, jak rezonuje „Miasto wewnętrzne”, jak nadchodzi nowe  – o tym i zapewne o innych tematach będzie można porozmawiać podczas ciekawego spotkania autorskiego.

Wojewódzka Biblioteka Publiczna organizuje spotkanie z autorami nominowanymi do Wawrzynu – Literackiej Narody Warmii i Mazur za rok 2015: Martą Szarejko, Jerzym Woźniakiem oraz mną. Prowadzenia podjął się Wojciech Ogrodziński.  Zapraszam zatem w imieniu własnym oraz znakomitych autorów 5 kwietnia do  Czytelni Czasopism (parter) w Starym Ratuszu WBP o godzinie 17:00.

Na spotkaniu będzie możliwość nabycia „Miasta wewnętrznego”.

 

Słowo i poezja!

 

 

Minęły już wszystkie echa spotkania autorskiego na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, zatem można na chłodno napisać. Że sala teatralna UWM jest wymarzonym miejscem do takich przedsięwzięć. Że natężenie słowa prowadzi piszącego do łaski milczenia. Że prof. Zbigniew Chojnowski jest świetnym prowadzącym (ten duet wychodzi nam coraz lepiej), a dr Iza Matusiak-Kępa sprawną organizatorką. Że każde takie spotkanie ma dla twórcy olbrzymią wartość i ładuje baterie na dalsze pisanie.

Przy okazji udało się zainteresować UWM pewnym pomysłem związanym z moim esejem „Kręgi na wodzie” i jeśli się to powiedzie, to będzie po prostu pięknie. Na razie – cicho sza.

Z Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego został zrobiony krótki reportaż. Można go zobaczyć tu – http://olsztyn.tvp.pl/29186130/definiuje-nasz-status-spoleczny-czy-pochodzenie-jak-zmienia-sie-jezyk. Nader zabawnym jest i wielce wymownym, że właśnie w takim dniu trzeba powiedzieć dziennikarzom: przygotuj się, przeczytaj chociaż plakat. Nazywam się Cielecki, Marcin Cielecki.