Ryszard Siwiec. Gorejące pytania

Cicho, niepostrzeżenie zupełnie, mija 50-ta rocznica samospalenia Ryszarda Siwca. To milczenie pokazuje, że zupełnie nie wiemy, co zrobić z jego czynem. Milczenie i pośmiertne odznaczenia przeplatają się wzajemnie. Czy jest miejsce na płonącego Ryszarda Siwca w panteonie bohaterów? O tym piszę w tekście „Gorejące pytania”.

Płomień musi być widoczny. Ryszard Siwiec zmienia miejsce z sektora 37 na Stadionie Dziesięciolecia na sektor 13. Przeszedł naprzeciwko przemawiającej władzy – I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki i premiera Józefa Cyrankiewicza – aby go dostrzegli. 8 września 1968 roku dokonuje samospalenia, a my, pół wieku później, stajemy przed niełatwymi pytaniami.

Pewnie nie byłoby społecznej pamięci o Ryszardzie Siwcu, gdyby nie film Macieja Dyrgasa „Usłyszcie mój krzyk” z 1991 roku. Reżyser przeglądając archiwum Służby Bezpieczeństwa odkrył kilkusekundowe nagranie płonącego Siwca. Był zaskoczony, ponieważ niczego o tak szokującym wydarzeniu w PRL nie wiedział. A przecież palącego się człowieka nie sposób zapomnieć. Zwłaszcza w miejscu publicznym, jak wypełniony stadion. Świadków musiało być, lekko licząc, setki. Jak to możliwe, by takie wydarzenie się zostało wyparte z oficjalnej pamięci? „Usłyszcie mój krzyk” jest niejednoznacznym portretem człowieka opisywanego przez swoich najbliższych oraz świadków. Troskliwy ojciec, mąż, praktykujący katolik, który wybiera samobójstwo przeciwko panującej władzy. Samobójstwo szokujące podwójnie: raz, że odebranie sobie życia stoi w sprzeczności z chrześcijaństwem Siwca, dwa, że samospalenie jest obce w kręgu cywilizacji judeo-chrześcijańskiej.

Rekonstrukcja zdarzeń

Trudno wyśledzić iskrę, która rozpoczyna płomień. 59 lat, pięcioro dzieci. Księgowy z duszą filozofa. W czasie wojny należał do AK. Zawsze była w nim witalność życia, żyłka sportowca: hokej, narty, dużo pływał. Zanim został żywą pochodnią musiał długo o tym myśleć. W kwietniu, a więc na pięć miesięcy przed samobójstwem, sporządza testament. Nocami pisze ulotki, które zamierza rozrzucić podczas samospalenia. Nie zdąży ich wyjąć z teczki. Biało-czerwonej flagi też. Przygotowania są staranne, precyzyjne. Przed śmiercią idzie do fotografa i zamawia zdjęcie portretowe. Dokładnie oblicza czas wywołania i dostarczenia zdjęć swojej rodzinie. Będą to pierwsze dni po jego śmierci. Tak, jakby chciał, żeby najbliżsi, zapamiętali go inaczej, niż płonącego człowieka. Jadąc do Warszawy, jeszcze w pociągu pisze ostatni list do żony: „Kochana Marysiu! Nie płacz! Szkoda sił, a będą ci potrzebne, jestem pewny, że po to, dla tej chwili, żyłem 60 lat, wybacz, nie można było inaczej, po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność – ginę. A to mniejsze zło – jak śmierć milionów, nie przyjeżdżaj do Warszawy, mnie już nikt, nic nie pomoże, dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu i dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję taki spokój wewnętrzny – jak nigdy w życiu!”.  List wręcza pasażerowi z prośbą o doręczenie pod wskazany adres. Słowa dotrzymano: list dostarczono, ale Marii Siwiec akurat nie było w domu. Kopertę włożono w drzwi. Zabrała ją Służba Bezpieczeństwa. Ten ostatni list swojego męża Maria Siwiec otrzyma dopiero dwadzieścia lat później.

Z pociągu udaje się na stadion, gdzie kilka minut po godzinie dwunastej oblewa się rozpuszczalnikiem i podpala. Z płomieni wygłasza swoje przemówienie. Na filmie słychać, jak jego głos jest pełen emocji, ale nie histeryczny; do końca jest świadomy tego, co się dzieje. Odpycha próbujących go ratować. Ugaszony nie traci przytomności. Zostaje zaprowadzony pod ręce do samochodu osobowego, nie do karetki. Po drodze wciąż wykrzykuje hasła. Zostaje zabrany do szpitala, gdzie jest wciąż nagrywany przez Służbę Bezpieczeństwa. Maria Siwiec zostaje dopuszczona do męża po dwóch dniach. Ryszard Siwiec umiera 12 września 1968 roku.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek pamięta

Samospalenie Siwca zostało wymazane z pamięci. Stadion był pełen ludzi, trwały centralne dożynki, a jednak sprawa ucichła. Służba Bezpieczeństwa skonfiskowała kilka aparatów, filmy prześwietlono. Na filmie „Usłyszcie mój krzyk” widać nielicznych fotoreporterów, którzy nie rejestrują zdarzenia. Są albo w szoku, albo wykazują się autocenzurą. Zaraz po szokującym samobójstwie SB informowała świadków zdarzenia, że podpalił się alkoholik, który wniósł ze sobą wódkę. Później będą rozpowszechniać plotkę, że Siwiec był chory psychicznie. Żadne środki masowego przekazu w Polsce Rzeczpospolitej Ludowej nie przekazały informacji o samospaleniu. Dziś, w epoce mediów społecznościowych, wolności słowa, ta totalna cenzura wydaje się aż nieprawdopodobna. Pierwszym przekazem publicznym była dopiero audycja z kwietnia 1969 roku (czyli siedem miesięcy po wydarzeniu) w Radiu Wolna Europa.

Szokujący protest Siwca był zawsze kojarzony z niezgodą na atak Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego przesłanie jest jednak znacznie szersze. Chociaż nie brakuje solidarności ze społeczeństwem czechosłowackim, więcej miejsca zajmuje dopominanie się o wartości uniwersalne, jak wolność, godność człowieka, prawda. W szpitalu poparzony powtarzał: „Ginę po to, żeby zwyciężyła prawda, żeby zwyciężyło człowieczeństwo i żeby zwyciężyła miłość. Ginę po to, aby żeby zginęło kłamstwo, zginęła nienawiść i zginął terror. Nie odczuwam żadnego bólu i nie odczuwałem żadnego bólu przez cały czas. Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, a prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę”. Nie sposób w tym miejscu wyczerpująco przedstawić całości przesłania Ryszarda Siwca. To słowa wymagające, nie chcę nad nimi zbyt szybko przejść. Warto jednak zauważyć, że jeśli mówimy o czynie polskiej żywej pochodni w pierwszym rzędzie jako sprzeciwie wobec inwazji na Czechosłowację, to nie zrozumieliśmy jego przesłania. Ono jest znacznie bardziej uniwersalne, a co za tym idzie, wciąż aktualne.

Pytania o bohatera

Po pół wieku od samospalenia i od niemal trzydziestu od przywrócenia powszechnej pamięci o Siwcu za pomocą uhonorowanego wieloma nagrodami filmem „Usłyszcie mój krzyk”, wciąż szukamy dla polskiej żywej pochodni miejsca. To pytanie musi paść: czy jest bohaterem? Poszukiwanie odpowiedzi jest zadaniem niełatwym. Samospalenie polityczne (nie religijne) jest poświęceniem swojego życia w imię wyższych ideałów. Żywa pochodnia ofiaruje siebie za innych. Śmierć Siwca nie jest egoistyczna, ale altruistyczna. Jednocześnie należy zauważyć, że gdy wskazujemy na czyny bohaterskie aprobujemy je, mało tego, zachęcamy do naśladownictwa. Jest oczywista różnica między wydaniem swojego życia na ofiarę za kogoś, jaką na przykład prezentuje postać Maksymiliana Marii Kolbego, czy Siwca. W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze śmiercią za konkretną osobę, w drugim za wartości uniwersalne. Nie sposób ocenić, który z motywów jest „lepszy”; na dobrą sprawę jeden motyw zakłada drugi (bez wiary w wartości uniwersalne nie sposób bronić pojedynczego człowieka). Trudno jednak wskazywać śmierć samobójczą, a do tego tak drastyczną, jako przykład do naśladowania. Ryszard Siwiec był przekonany, że jego czyn, dokonany na oczach setek ludzi, wstrząśnie nimi, zmieni ich sposób myślenia, dokona się duchowa rewolucja. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Myślę, że nawet dzisiaj, w czasach wolności mediów, samobójstwo Siwca poruszyłoby społeczeństwo, ale nie zmieniło jego sposobu myślenia. Dla przykładu: 19 października 2017 roku przed Pałacem Kultury dokonał samospalenia Piotr Szczęsny. „Ja, zwykły, szary człowiek, wolność kocham ponad wszystko” – apelował. Choć byliśmy w szoku, jako społeczeństwo pozostaliśmy podzieleni w swoich wyborach politycznych i dalej wikłamy się w brutalizację życia politycznego. Bohaterów nie mierzy się jednak odniesionym sukcesem; gdyby tak było mielibyśmy tylko szefów korporacji na piedestale. Postać Ryszarda Siwca nie zajęła miejsca obok nowych bohaterów, jak Witold Pilecki czy ksiądz Jerzy Popiełuszko (symbole walki z komunizmem). Samospalonego wspomina się jedynie przy kolejnych rocznicach inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego postać nie zajmuje miejsca w podręcznikach historii ani wiedzy o społeczeństwie.  W 2008 roku Rzecznik Praw Obywatelskich Jan Kochanowski postulował, aby Stadionowi Dziesięciolecia, dzisiejszemu Stadionowi Narodowemu,  nadać imię Ryszarda Siwca. Tak się nie stało i do dziś nie mamy ani żadnej ulicy, ani żadnego pomnika jemu poświęconych. Dla Czechów Siwiec jest bohaterem, który walczył o ich sprawę. W Pradze jest ulica jego imienia, a na niej znajduje się czeski odpowiednik IPN, czyli Instytut Badania Reżimów Totalitarnych. Jest też pomnik poświęcony polskiej żywej pochodni. Ryszard Siwiec został pośmiertnie odznaczony przez Vaclava Havla w 2001 roku. W Polsce został uhonorowany przyznanym w roku 2003 Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, która rodzina zgodziła się przyjąć w roku 2007. Jakkolwiek byśmy oceniali samobójstwo Ryszarda Siwca trudno przejść obok jego postaci obojętnie, raczej stoimy wpatrzeni w jego płomień, milczący.

Tekst opublikowany na stronach Laboratorium Więzi – http://wiez.com.pl/2018/09/08/ryszard-siwiec-gorejace-pytania/

 

Reklamy

Stanisław Zasada „Duch’44. Siła ponad słabością”

Po przeczytaniu książki Stanisława Zasady „Duch’ 44” najpierw próbuję zapamiętać liczby. Około stu pięćdziesięciu kapelanów Powstania Warszawskiego. Prawie stu działało wcześniej w konspiracji, złożyli przysięgę Armii Krajowej. Pozostali przyłączyli się, gdy wybuchło Powstanie. Czterdziestu zginie na ulicach walczącej Warszawy. Ci, którzy przeżyją podzielą los ocalałych Powstańców: w stalinowskiej Polsce będą wtrącani do więzień, rozpoczną sądowe procesy o rehabilitację, nieustannie będą szykanowani, władza nigdy im nie odpuści. Będą też tacy, których koniec wojny zastanie na Zachodzie i do komunistycznej Polski nie wrócą.

Staram się zapamiętać liczby, ale bardziej przykuwają moją uwagę kolory. Czarna sutanna i biała komża. Biały habit dominikański, na nim szkaplerz. Na wszystkim paleta barw Powstania: plamy krwi, maź z kanałów, piwniczny brud, tynk ze ścian. Nade wszystko zaś te dwa kolorystyczne zestawienia nie chcą opuścić wyobraźni: biała koloratka, biało-czerwona opaska na ramieniu. Dla niemieckich snajperów łatwy cel. Ksiądz Tadeusz Burzyński zostaje trafiony kulą kilka minut po „Godzinie W”, gdy na ulicy spieszy ze świętymi olejami do rannego. Ksiądz (podobnie jak towarzyszące mu siostry zakonne) jest osobą cywilną, nie żołnierzem. Nie posiada przy sobie broni. Jest dobrze widoczny poprzez sutannę, na której często nałożona jest biała komża, zaś kapłańskiej stuły pomylić z czymś innym niepodobna. „W cywilizowanych warunkach wojennych siostry chroniłyby białe opaski z czerwonym krzyżem, księdza – kapłański strój. Ale nie w Warszawie w sierpniu 1944 roku”, zapisuje Zasada. To czasy przed Soborem Watykańskim II, duchowni nie chodzą w świeckich ubraniach. Michał Czartoryski ślubował, że nigdy nie zdejmie habitu. Wielu kapelanów Powstania miało okazję uciec pod koniec, byleby zamienili swój strój na jakiś cywilny. Większość tego nie zrobiła.

Fragment recenzji zamieszczonej na łamach sierpniowego „W drodze” – http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16665

 

Michał Wójcik „Treblinka’ 43. Bunt w fabryce śmierci”

Hasło: śmierć, odzew: życie

Więźniowie w Treblince dostają broń od organizatorów powstania po umówionym haśle. Brzmi ono „śmierć”, odzewem jest „życie”. To brzmi jak przysięga. Czytam to ze ściśniętym gardłem. W tych słowach, w ich rytmie, jest wszystko. Powstanie w obozie koncentracyjnym w Treblince 2 sierpnia 1943 roku nie miało na celu  przede wszystkim ucieczki (jak w Sobiborze), ale zadanie zgoła niemożliwe: podpalić piekło.

W „Treblince’ 43. Bunt w fabryce śmierci” Michał Wójcik przedstawia funkcjonowanie obozu zagłady, a także poszczególne etapy przygotowania do buntu. To bardzo dobra książka , ale wobec boomu literatury poświęconej Zagładzie muszę postawić przede wszystkim pytania samemu sobie. Przede wszystkim: dlaczego czytam książki, w moim przypadku średnio jedną w miesiącu, na temat Holokaustu?  To pytanie jest ważne, wibruje w powietrzu i nie mogę – nie powinienem – od niego uciec. Musi minąć trochę czasu zanim wreszcie napiszę, że zło jest fascynujące w sposób obrzydliwy i niepojęty (zawsze aktualne będzie pytanie „jak to było możliwe”) – tak, trzeba się do tego przyznać. Bardziej jednak interesuje mnie człowiek – jeden, znikomy może, jak ja – który przeszedł przez doświadczenie piekła. Ze swoim bólem, marzeniami, strachem… Widzę, dostrzegam, czytam (no właśnie) w tym człowieku za drutem kolczastym wielką lekcję życia. Że zło jest niepojęte, ale nie ma ostatecznego słowa. I wiem też, że to zdanie nie ma w sobie nic z „hurra optymizmu”, żadnego „alleluja i do przodu”. Inne pytanie, nie mniej mnie niepokojące: czy wszystkie obozy zagłady nie są do siebie podobne? Po co czytasz o Sobiborze, Treblince, Stutthofie, czy Ravensbruck? Czy wszystkie i tak nie przypominają tego w Auschwitz, który stał się synonimem Holokaustu? Historycy specjalizujący się w dziejach Zagłady z pewnością od razu mogliby wskazać różnice pomiędzy nimi. Ten, który pyta we mnie, aż tak subtelny nie jest. Dlatego powie, że Michał Wójcik powtarza w zasadzie znany krajobraz: garstka SS-manów tworzący załogę obozu było w stanie – za pomocą terroru, przemocy, strachu – nie dopuścić do tego, aby wielokrotnie przewyższająca liczba więźniów zbuntowała się; że wśród więźniów byli donosiciele, którzy naiwnie liczyli, że ominie ich ostateczny los przygotowany przez oprawców; że załoga SS-manów to żadni tam geniusze zła, ale przeciętni, bardzo przeciętni, intelektualnie ludzie ze skłonnością do alkoholu, pieniędzy i sadyzmu. To jest wszędzie. Groteska i przerażenie idą ze sobą w parze, trzymając się pod rękę. Wójcik pisząc o Treblince stwierdza celnie: krajobraz z Beksińskiego… Muszę sobie udzielić odpowiedzi, zatem piszę, że czytam o różnych obozach zagłady bez pretensji, że będę znawcą wszystkich i każdego z osobna. To nie Pikachu i catch’em all. Czytam, by wiedzieć, że zło jest historyczne, to znaczy, że nie jest zawieszone w Byle Landii, ale że ma adres, twarze i nazwiska. Zatem pytanie jeszcze jedno, ostatnie: czy przeżywam czytelnicze katharsis wiedząc przecież, jak historia się kończy? Nie, bo literatura dotycząca Zagłady nie jest kryminałem, gdzie zło jest ukarane, a porządek przywrócony. Tutaj przeciwnie, trudno się otrząsnąć z opisów, gdy porządek świata zostaje właśnie wywrócony na nitce. Paradoks Auschwitz, nad którym nie mogę przejść spokojnie: mecz piłkarski załogi SS-manów z więźniami, którego to meczu więźniowie nie mogą wygrać, a na głowy wszystkich opada popiół z krematorium. Paradoks Treblinki? Dla mnie: obecność małego zoo na terenie obozu koncentracyjnego.

Więcej w mojej recenzji zamieszczonej na stronach Laboratorium Więzi – http://wiez.com.pl/2018/08/02/haslo-smierc-odzew-zycie-o-ksiazce-treblinka-43-bunt-w-fabryce-smierci/

 

Heather Morris „Tatuażysta z Auschwitz”

Lale Sokołow trafia do Auschwitz w wieku  26 lat. Zostaje tatuażystą, nanosi znienawidzone numery na ludzkie ciała. Któregoś dnia tatuuje młodą kobietę, w której momentalnie się zakochuje.

Nie zna jej imienia, zna za to numer. Postanawia odnaleźć ją w obozie, wyznać miłość, przeżyć Auschwitz i ożenić się z nią. Tatuażystę z Auschwitz jedynie z pozoru czyta się jak historię miłosną. Wnikliwy czytelnik dostrzeże jeszcze jeden wielki temat: jak ocenić więźniów obozów koncentracyjnych zmuszonych do wykonywania rozkazów oprawców? Po wyzwoleniu bohater zmienia nazwisko, wyjeżdża z Europy do Australii.  To dosyć daleko. W zasadzie: koniec świata. Czy tam, właśnie na końcu świata, będzie anonimowy? Czy nie spotka nikogo, komu naznaczył ciało numerem? Czy może iść przez ulice nie rozglądając się podejrzliwie? Dopiero po śmierci żony i na krótko przed swoją własną decyduje się na spowiedź życia, z której Heather Morris stworzy „Tatuażystę…” I to jest też ciekawe: jakby Sokołow nie był pewien, czy na pewno zostanie dobrze zrozumiany, mówi, mówi, mówi, a gdy wszystko już opowie, nie zdąży wysłuchać reakcji słuchaczy.  Być może trzeba „opakować” te dylematy we wzruszającą opowieścią miłosną, by zostały raz jeszcze wysłuchane.

Warto przeczytać „Tatuażystę…”, a jeszcze bardziej przeczytać to, co Lale Sokołow mówi między wierszami. Moje „Atramentowe piętno” próbuje zwrócić na to uwagę w wakacyjnym „Znaku” – http://www.miesiecznik.znak.com.pl/atramentowe-pietno-morris/

 

Stephen R. Bown „Amundsen. Ostatni wiking”

Gdzie wyjechać? Najlepiej tam, gdzie nas nie ma. Najbardziej jednak nęci podróż jeszcze dalsza: tam, gdzie nikogo jeszcze nie było. Odcisnąć swój  ślad na dziewiczym terenie, zaznaczyć obecność na kartach historii – marzenie niejednego z nas. Stephen Bown ruszył literackim tropem jednego z ostatnich wielkich odkrywców, a jednocześnie na dalszym planie swojej opowieści postawił kilka niebanalnych pytań o cenę takich podróży.

Roald Amundsen, znany także jako: „Ostatni z wikingów”, „Napoleon strefy podbiegunowej” oraz „Biały orzeł”. Lista osiągnięć jest imponująca: przepłynięcie Przejścia Północno-Zachodniego, spędzenie nocy polarnej na Antarktydzie, zdobycie bieguna południowego, a później, jakby tego było mało, pierwszy przelot nad tymże biegunem. Każdy z tych wyczynów nosi w sobie potencjał na nowe przydomki norweskiego podróżnika. Bown uzupełnia je we właściwy sobie sposób – ukrywający się dłużnik, naiwny marzyciel, niezwykle surowy dowódca wypraw, nieszczęśliwy kochanek. Tę listę można ciągnąć jeszcze długo, dlatego należy ją zatrzymać w tym momencie i stwierdzić: Amundsen to ja. Jeśli marzę, jeśli wciąż żywe są we mnie dziecięce obietnice o przekroczeniu horyzontu, jeśli nie dogaduję się z ludźmi tu i teraz, to właśnie o mnie jest ta książka.  Stephen Bown na podstawie pozostawionych przez „Napoleon strefy podbiegunowej” książek, listów, wykładów odtworzył jego wszystkie wyprawy. Jest to fascynujące samo w sobie, dlatego ja ruszam po obrzeżach kolejnych ekspedycji i przypatruję się legendzie tej mroźnej mapy.

 

W tle polarnych wypraw przewijają się inne, nie mniej ważne. To podróż po miłość. Wyprawa w stronę przeciwną niż wierzyciele. Podróż w stronę świateł lamp błyskowych, na pierwsze strony gazet, na akademickie sale. Wszystkie one są ważne, bowiem podróżnik nie potrafi przestać podróżować. Szalenie interesujący jest naszkicowany przez Stephena Bowna portret starego Amundsena. Po kolejnym sukcesie przychodzi smutna refleksja: nie ma już biegunów do zdobycia. Rachunek życia podróżnika wypada niekorzystnie. Jest sławny, ale nie ma własnego domu, nie ma żony ani dzieci. Zdobył dwa przeciwstawne sobie punkty na kuli ziemskiej, a nie ma własnego miejsca w świecie. Po latach wyrzeczeń jest ledwo wypłacalny. Zdrowie nie było już godnym zaufania towarzyszem do dalszej drogi. Przelot sterowcem nad biegunem zakończył też epokę heroicznych odkryć. Już nie w psim zaprzęgu, nie w statku targanym przez dzikie fale, ani nawet nie odganiając się od dzikich zwierząt, ale siedząc biernie za sterem. Odkrycia same się dokonują, wystarczy wcisną przycisk. To paradoksalne, że to właśnie człowiek z duszą Magellana staje się grabarzem ludzi swojego pokroju. W tle rozbrzmiewają trywialne pytania z siłą morskich bałwanów: czy potrafię normalnie żyć? Czy mogę być jeszcze ojcem? Czy da się ze mną żyć? Czy wyruszyłem, by zdobyć jedyny prawdziwy biegun – samotność starca?

W 1928 roku zaginęła wyprawa na biegun północny, dowodzona przez Umberto Nobile. Amundsen wyrusza z ekspedycją ratunkową, w swoją ostatnią wyprawę, która udzieliła mu odpowiedzi na wszystkie pytania.

 

Fragment recenzji zamieszczonej w lipcowym numerze „W drodze”, do przeczytania także tutaj: http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16639

 

Marketa Zahradnikova „Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowy z księdzem Zbigniewem Czendlikiem”

Ostatnio media podały, że jeden z księży w Polsce zmienił godzinę odprawiania mszy, aby móc oglądać Mundial. Z zainteresowaniem słuchałem wypowiedzi parafian z wszem i wobec, którym pomysł bardzo się spodobał. Czekałem na jakś wypowiedź hierarchii kościelnej, ale tu zaległo milczenie. Swoją drogą, to bardzo ciekawe zestawienie: gdy parafianie aprobują coś – Kościół milczy; gdy niepełnosprawni potrzebują wsparcia – Kościół milczy, a gdy prowadzimy spory światopoglądowe – Kościół nie pytany uderza swoim nieznoszącym sprzeciwu głosem. Fascynujące są te napięcia pomiędzy „głosno” a „cicho”, pomiędzy „przemów wreszcie” a milczeniem, pomiędzy „my chcemy żyć w taki sposób”, a „nie, macie żyć w inny sposób”.

Wspominam o tym, ponieważ w czerwcom numerze „W drodze” ukazała się moja recenzja wywiadu-rzeki z księdzem Zbigniewem Czendlikiem. Jak spodobałby się polskim parafianom „pop-proboszcz”? Nie tylko zmienił godziny odprawiania mszy, tak aby każdy mógł się wyspać, ale także ograniczył do minimum kazania. I wiele innych rzeczy, tak że w ateistycznych Czechach stał się najpopularniejszym księdzem katolickim. Legendarna „siła i  świętość polskiego katolicyzmu” czy nowy model duszpasterstwa?

Fragment recenzji dostępny jest tu: http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16614

 

„Świadomość miejsca”, czyli „Gazeta Olsztyńska” o Kortau i Kortowie

Łukasz Czarnecki-Pacyński napisał artykuł „Świadomość miejsca, czyli trudna historia olsztyńskiego Kortowa”, który znalazł się w papierowym oraz internetowym wydaniu „Gazety Olsztyńskiej”. W nim moje słowa, jakby na przekór rozpoczynającym się wakacjom: „Chcemy, żeby Kortowo nie kojarzyło się wyłącznie z plażą, z Kortowiadą, ale także z tym, co działo się tutaj wcześniej. Akurat młodzi ludzie są tym dosyć zainteresowani. I wcale nie szukają sensacji, tylko nikt im o tym wcześniej nie opowiadał. A teraz odkrywają historię swojego rodzinnego miasta”.

Artykuł dostępny tutaj: http://gazetaolsztynska.pl/521113,Swiadomosc-miejsca-czyli-trudna-historia-olsztynskiego-Kortowa.html

Gustaw Herling-Grudziński „Dziennik 1957-1958”

Nocne kroki ojca

Czym jest „Dziennik pisany nocą” Gistawa Herlinga-Grudzińskiego wie tylko ten, kto wpłynął w ten ocean i pozwolił sobie na swobodne dryfowanie. Dla mnie ten diariusz to przede wszystkim wspomnienie podróży pociągiem do Bydgoszczy, do Sopotu., do Olsztyna. Czytałem, pokazywałem konduktorowi bilet, czytałem dalej.

Z wielu zdań „Dziennika pisanego nocą” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego to jedno zawsze było niewyczerpanym źródłem domysłów. Pierwszy tom (1971-1972) rozpoczynał się od enigmatycznego tytułu „Z dawnych dzienników” i zawierał trzy zapisy z lat 1969-1970. Pytaniom nie było końca: był jakiś diariusz przed literackim opus magnum? Dlaczego nie został wydany? Teraz, gdy otrzymaliśmy „Dziennik 1957-1958”, opatrzony przez wydawcę nośnymi hasłami w stylu „nigdy niepublikowany” oraz „sekretny”, uzyskujemy tylko częściową odpowiedź.

1 stycznia – tak zaczyna się ów diariusz z roku 1957. Mamy zatem, prawdopodobnie, do czynienia z sytuacją dobrze znaną: nowy rok, być może dokonane właśnie postanowienie. „Dziennik pisany nocą” (pomijając enigmatyczny wpis „Z dawnych dzienników”) zaczyna się 1 marca. Od razu zauważalna będzie różnica obydwu dzienników: ten, który powstawał po zmierzchu jest dopracowany, perfekcyjny i rzeczywiście literacki, czyli przeznaczony do publikacji; nowo odkryty zaś to zbiór pospiesznych notatek, rejestr samopoczucia, zapis zmian stanu zdrowia oraz sejsmograf rodzinnych tąpnięć. „Dziennik 1957-1958” nie był przeznaczony do publikacji, otrzymujemy zatem diariusz w stanie surowym, z wszelkimi chropowatościami faktury. Pisarz zmęczony, pisarz radosny, pisarz bełkoczący i podejmujący pogłębioną refleksję. Wściekłość, udręka, ekstaza, maligna. Dla czytelnika szukającego rozległości wersu na miarę „diariusza nocnego” te zapiski będą rozczarowaniem. Dla tych, którzy chcą bardziej poznać duszę autora „Skrzydeł ołtarza”, może to być ciekawa przygoda.

„Tak mu się przecież dobrze zaczęło powodzić, ma żonę i syna…”, powtarza standardowe opisy na swój temat Herling-Grudziński. Rzeczywistość jest jednak odmienna. Po drugiej wojnie światowej postanawia nie wracać do kraju i wybiera emigrację. Rzym, Londyn, Monachium i – finalnie – Neapol. W tle samobójcza śmierć Krystyny, pierwszej żony pisarza, gorączkowe poszukiwanie własnego miejsca w świecie. „Co ze mną będzie? Co ze mną będzie? Czy potrafię tak żyć, nie pisząc i nie kochając, interesując się tym, co mnie niegdyś obchodziło, raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej ciekawości?”, zapisuje już na pierwszej stronie. Pisarz rozpaczliwie walczy o swoje „ja”. Ma poczucie własnego powołania (jest pisarzem) i ma świadomość, że jego pisanie coś znaczy („Inny świat” zbiera świetne recenzje). Z drugiej strony wie, że w Polsce nie będzie publikowany, a komunizujące Włochy nie chcą dawać byłemu więźniowi gułagu wolnej szpalty. Małżeństwo z Lidią, córką Benedetta Crocego, oprócz niekwestionowanej miłości, będzie też ciągłym udowadnianiem, że nie jest się „tylko” mężem córki słynnego intelektualisty. Herling-Grudziński zdaje się na łamach „szufladowego dziennika” powtarzać to jedno zdanie: jestem pisarzem i mam coś oryginalnego do powiedzenia. W ocenie innych pisarzy stara się zachować niezależne myślenie, stąd tak wiele tu surowych not. Zwłaszcza wobec odwiedzających go rodaków. Sandauer: „nieprzyjemny, zarozumiały, arogancki, pewny siebie, a chwilami nawet – lekko protekcjonalny”, Dygat: „dość miły, ale ma w sobie trochę prostackiej pewności siebie, która pokrywa słabość w głowie i nieporządek w sumieniu”. Na tym tle jaśnieje postać Aleksandra Wata, który przeszedł drogę od  człowieka zafascynowanego komunizmem do całkowitego nim rozczarowania jeszcze przed wojną. Herling-Grudziński obdarzy Wata wyjątkowym komplementem, stwierdzając, że rozmawia się z nim jak „dorosłym człowiekiem”. Czuje coraz bardziej potężniejącą różnicę zdań w ocenie sytuacji w Polsce (bolesne wyrzuty wobec siostry Łucji i brata Mariana, którzy wybrali życie w ojczyźnie) i osamotnienie, które podsumuje krótko, że postrzegany jest przez rodaków albo jako agent, albo jako zdrajca.

Wybór zapisków z dwuletniego dziennika daje niezwykłą wręcz możliwość zajrzenia do duszy pisarza oraz do podglądnięcia jego warsztatu. Do duszy, ponieważ na kartach diariusza nieustannie pojawia się cień Krystyny. „Śniła się Krystyna”, zapisuje raz po raz wdowiec. Poczucie winy płynące z majaków sennych jest przytłaczające. Wyznanie miłości zaś pozostaje niestępione przez upływ czasu. To właśnie tu upatrywałbym decyzji, aby „szufladowy diariusz” trafił do wydawcy dopiero teraz, po śmierci żony Lidii.

Całość zamyka wywiad z córką pisarza, Martą Herling. Dzięki jej spojrzeniu możemy bardziej zrozumieć owo słynne „nocne chodzenie po pokoju” polskiego diarysty, a także dostrzec, jak skomplikowaną był osobą. Chłodny, skupiony, milczący, walczący o niezależność głosu w swoim niepodzielnym królestwie – pokoju na piętrze, do którego nikt nie miał wstępu.

Nie należy ufać „szufladowym dziennikom”, tym, którym autorzy poskąpili szansy publikacji. Zarówno „Kronos” Witolda Gombrowicza, jak i „Diariusz 1957-1958” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego nie zajmą ważnego miejsca w literaturze. Na tle wielkich diariuszy przypominają dalekich, trochę wstydliwie ukrywanych, krewnych. Takie publikacje ucieszą raczej wąskie grono wiernych czytelników, do których i ja mam czelność się zaliczyć. W ten sposób spór o najwybitniejszy polski diariusz XX wieku pomiędzy Gombrowiczem a Herlingiem-Grudzińskim (ze wskazaniem na Andrzeja Bobkowskiego) może wciąż trwać.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronach Instytutu Książki – http://instytutksiazki.pl/literatura,8,recenzje,25,wszystkie,0,dziennik-1957-1958,130.html

 

Kortau nie chce umilknąć

Opadł już literacko-dyskusyjny kurz po spotkaniu Pawłem Jaszczukiem, Włodzimierzem Kowalewskim, Kacprem Kozłowskim pt. „Od Kortau do Kortowa w literackiej narracji”. Otrzepując się z kurzu, porządki czyniąc w garderobie i umyśle, zapisuję protokół rozbieżności wszelakich:

1.Temat szpitala psychiatrycznego, nazistowskich mordów eugenicznych (eutanazji), masakry dokonanej przez  Armię Czerwoną wciąż nie jest wyczerpany literacko. Widzę tkwiący w tym temacie pomysł na jedną, dwie powieści (nie wspominając o innych sztukach, innych językach, jak teatr, film).

2.Kortau nie jest tematem sztucznie wywołanym. Od lat widzę rosnące zainteresowanie tym tematem. A widzę to jako belfer: młodzi strzygą uszami i dopytują. Może ten temat przynależy właśnie do młodego pokolenia, skoro „starszym” przez tyle lat jakoś było z nim nie po drodze.

3.Kortau jako miejsce pamięci. Wyjątkowość tej historii sprawia, że na terenie obecnego Kortowa mamy trzy przestrzenie: miejsce pamięci pomordowanych, cmentarz i tętniące życiem miasteczko akademickie. Rozdzielić tych przestrzeni – w tym miejscu – już nie sposób. Powstaje pytanie, czy jakoś to uwypuklić, zaznaczyć. Oczywiście, że tak!  Pomysłów jest aż nadto, dlatego zwrócę uwagę tylko na dwa:

-ścieżka edukacyjna jest pomysłem najprostszym i najmniej inwazyjnym w potrójną przestrzeń

-Kortau nie jest jedynym miejsce, gdzie dokonywano mordów eugenicznych na bezbronnych ludziach. Wydaje mi się, że w Polsce nie ma ani jednego pomnika poświęconego zamordowanym pacjentom, którzy byli chorzy psychicznie (bądź  wszelkiej maści ” inni”). Inna kwestia, czy pomnik w formie fizycznej powinien stanąć. Raczej nie. Działania edukacyjne i kulturalne powinny być swoistym „pomnikiem”(ale to temat do innej dyskusji)

4.Temu miejscu i tym ludziom, a to znaczy, że także nam, którzy tu mieszkamy, należy się uczciwa historia. W interesie Uniwersytetu jest, aby taka książka, oparta na źródłach, zwyczajnie powstała.  Dalsze zwlekanie rodzi różne, niemiłe pytania.

5.Niezrozumiałe jest, dlaczego Uniwersytet przez tyle lat niczego nie zrobił w tej sprawie. Ani sympozjum naukowego, ani wystawy w licznych swych korytarzach, ani zachęty do rozmowy na ten temat.

6.Zastanawiam się, ile jest nauczycieli, którzy opowiadają o Kortau na swoich lekcjach?

Przypadek Kortau jest przypadkiem „bezpiecznym”. Zajmując się nim jesteśmy poza obciążającą nas bezpośrednio winą i karą. Najczęściej jesteśmy „nietutejsi”, a tę historię dostaliśmy niejako w spadku. Niewygodnym, ale jednak darowanym.

 

Zygmunt Jan Rumel „Wiersze zebrane”

Noe w czasie wojny

Podążanie ścieżką biograficzną poety, aby znaleźć na niej artefakty interpretacji, nie jest najlepszą metodą. W przypadku wierszy Zygmunta Jana Rumla trudno jednak nie ruszyć tym śladem. We wrześniu 1939 roku ma 24 lata i ukończone studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Na początku 1943 roku zostaje dowódcą VIII okręgu Batalionów Chłopskich na Wołyń. Tam też ginie, zamordowany przez Ukraińską Powstańczą Armię. Współczesny czytelnik podsumuje to we właściwy sobie sposób: młody człowiek z innej epoki, z wojennych realiów, z terenu, które nie są już Polską. Czy jest możliwe spotkanie tych dwóch światów?

Jeśli poezja wojenna, to pierwsze skojarzenia biegną do Baczyńskiego i Gajcego. Rumel może śmiało stanąć z nimi w jednym szeregu. Katastrofizm, romantyczne dziedzictwo wieszczów, apokaliptyczność, a obok niej zmysłowość, nawiązywanie dialogu z poetycką tradycją – to w zasadzie typowe cechy tej twórczości. Wiem, że życiorys Rumla oraz losy pośmiertne jego twórczości (teczkę z wierszami ocaliła żona poety biorąca udział w Powstaniu Warszawskim, jest to obraz, od którego trudno uwolnić się wyobraźni) zapominanej i odpominanej są same w sobie ciekawe. Dość powiedzieć, że w filmie „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego jest scena inspirowana jego życiem, że powstał o nim film „Poeta nieznany” Wincentego Ronisza, jest patronem jednej biblioteki i jednej ulicy – czy to dużo, nie mnie to oceniać. Trudno to wszystko odsunąć tak, by nie rzutowało na samą lekturę wierszy. Ale tak właśnie chciałbym uczynić; pochylić się nad poezją, nie nad legendą. Nie jest to łatwe, spotkanie z „Wierszami zebranymi” wytrąca z poczucia spokoju. Tym, co pierwsze zwraca uwagę dzisiejszego czytelnika, jest doświadczenie zupełnie innej jakości języka. Czytam wiersze Rumla i mam wrażenie, jakby zanurzył się w leśnym, zagadkowym jeziorze. Czystość frazy, dźwięczność wersów, jakaś żywiołowość przywołanych obrazów. Ale są to zdania mocne, pewne swej siły, jak te w wierszu „Poema”:

Poema by nam trzeba stworzyć polskie, nowe,
jędrnej gwary społecznej pełne, mocne, zdrowe.
Jare jako pszenica, jako chłopy żytnie,
w których Polska jako długa, szeroka zakwitnie
i wygada, wyśpiewa, wygębuje gwarnie…

To pisanie z przekonaniem powołania wieszcza, który dopomina się o rzeczy, na które dzisiaj, wydaje się, nie ma właściwych słów.

Kresowość, Wołyń, folklor ukraiński, rusycyzmy – to wszystko jest i narzuca się w sposób oczywisty. Bardziej zaskakuje mnie witalność tej poezji wywiedziona z metafizyki miejsca, z przedziwnego połączenia wierzeń pradawnych, jak i chrześcijańskich. Z kilku wierszy wybieram „Rodowód”, gdzie rytm i ekspresja przywodzi na myśl jakieś wirowanie. Na marginesie warto zaznaczyć, że utwór powstał w czerwcu, może zatem jest tu jakieś echo nocy świętojańskiej, nocy kupały? Wspomniany „Rodowód” zaczyna się od słów:

Poganin jestem! Poganin!
Dwurogie chwalę księżyce
i lutą słowiańską Panią,
Marzannę – Bogurodzicę!

Nie mniej frapujący jest wiersz „Bogurodzica”, gdzie znajduję frazę:

Oto Ją widzę! Promiennoręka!
A przed Nią puszcza żywiczno-kora!
A przed Nią bieży Wiślica w łęgach
i pława Odra w liściastych borach!

Czytając te wersy trudno nie zatrzymać się nad drzemiącą w nich muzyką. Przywołane wiersze mają wszystko: witalność, ekspresję, rytm, niepokój, wreszcie: zasygnalizowaną tajemnicę, która wywołuje echa własnych wspomnień. Gdyby po te teksty sięgnęła dzisiejsza muzyka alternatywna, to chciałbym, aby uczyniła to Furia, która na płycie „Księżyc milczy luty” pokazała, że nie straszne jej eksperymenty językowe, lub Lao Che, które kiedyś nagrało przecież rewelacyjne „Gusła”. Jeśli dziś widziałbym „drugie życie” poezji Rumla to właśnie w obszarze muzyki. Inaczej pozostanie poetą dla tych nielicznych wtajemniczonych, którzy potrafią czytać z literackiej otchłani.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronie Instytutu Książki http://instytutksiazki.pl/aktualnosci,2,ksiazka-tygodnia-wiersze-zebrane-zygmunta-jana-rumla,1059.html