Ryszard Siwiec. Gorejące pytania

Cicho, niepostrzeżenie zupełnie, mija 50-ta rocznica samospalenia Ryszarda Siwca. To milczenie pokazuje, że zupełnie nie wiemy, co zrobić z jego czynem. Milczenie i pośmiertne odznaczenia przeplatają się wzajemnie. Czy jest miejsce na płonącego Ryszarda Siwca w panteonie bohaterów? O tym piszę w tekście „Gorejące pytania”.

Płomień musi być widoczny. Ryszard Siwiec zmienia miejsce z sektora 37 na Stadionie Dziesięciolecia na sektor 13. Przeszedł naprzeciwko przemawiającej władzy – I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki i premiera Józefa Cyrankiewicza – aby go dostrzegli. 8 września 1968 roku dokonuje samospalenia, a my, pół wieku później, stajemy przed niełatwymi pytaniami.

Pewnie nie byłoby społecznej pamięci o Ryszardzie Siwcu, gdyby nie film Macieja Dyrgasa „Usłyszcie mój krzyk” z 1991 roku. Reżyser przeglądając archiwum Służby Bezpieczeństwa odkrył kilkusekundowe nagranie płonącego Siwca. Był zaskoczony, ponieważ niczego o tak szokującym wydarzeniu w PRL nie wiedział. A przecież palącego się człowieka nie sposób zapomnieć. Zwłaszcza w miejscu publicznym, jak wypełniony stadion. Świadków musiało być, lekko licząc, setki. Jak to możliwe, by takie wydarzenie się zostało wyparte z oficjalnej pamięci? „Usłyszcie mój krzyk” jest niejednoznacznym portretem człowieka opisywanego przez swoich najbliższych oraz świadków. Troskliwy ojciec, mąż, praktykujący katolik, który wybiera samobójstwo przeciwko panującej władzy. Samobójstwo szokujące podwójnie: raz, że odebranie sobie życia stoi w sprzeczności z chrześcijaństwem Siwca, dwa, że samospalenie jest obce w kręgu cywilizacji judeo-chrześcijańskiej.

Rekonstrukcja zdarzeń

Trudno wyśledzić iskrę, która rozpoczyna płomień. 59 lat, pięcioro dzieci. Księgowy z duszą filozofa. W czasie wojny należał do AK. Zawsze była w nim witalność życia, żyłka sportowca: hokej, narty, dużo pływał. Zanim został żywą pochodnią musiał długo o tym myśleć. W kwietniu, a więc na pięć miesięcy przed samobójstwem, sporządza testament. Nocami pisze ulotki, które zamierza rozrzucić podczas samospalenia. Nie zdąży ich wyjąć z teczki. Biało-czerwonej flagi też. Przygotowania są staranne, precyzyjne. Przed śmiercią idzie do fotografa i zamawia zdjęcie portretowe. Dokładnie oblicza czas wywołania i dostarczenia zdjęć swojej rodzinie. Będą to pierwsze dni po jego śmierci. Tak, jakby chciał, żeby najbliżsi, zapamiętali go inaczej, niż płonącego człowieka. Jadąc do Warszawy, jeszcze w pociągu pisze ostatni list do żony: „Kochana Marysiu! Nie płacz! Szkoda sił, a będą ci potrzebne, jestem pewny, że po to, dla tej chwili, żyłem 60 lat, wybacz, nie można było inaczej, po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność – ginę. A to mniejsze zło – jak śmierć milionów, nie przyjeżdżaj do Warszawy, mnie już nikt, nic nie pomoże, dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu i dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję taki spokój wewnętrzny – jak nigdy w życiu!”.  List wręcza pasażerowi z prośbą o doręczenie pod wskazany adres. Słowa dotrzymano: list dostarczono, ale Marii Siwiec akurat nie było w domu. Kopertę włożono w drzwi. Zabrała ją Służba Bezpieczeństwa. Ten ostatni list swojego męża Maria Siwiec otrzyma dopiero dwadzieścia lat później.

Z pociągu udaje się na stadion, gdzie kilka minut po godzinie dwunastej oblewa się rozpuszczalnikiem i podpala. Z płomieni wygłasza swoje przemówienie. Na filmie słychać, jak jego głos jest pełen emocji, ale nie histeryczny; do końca jest świadomy tego, co się dzieje. Odpycha próbujących go ratować. Ugaszony nie traci przytomności. Zostaje zaprowadzony pod ręce do samochodu osobowego, nie do karetki. Po drodze wciąż wykrzykuje hasła. Zostaje zabrany do szpitala, gdzie jest wciąż nagrywany przez Służbę Bezpieczeństwa. Maria Siwiec zostaje dopuszczona do męża po dwóch dniach. Ryszard Siwiec umiera 12 września 1968 roku.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek pamięta

Samospalenie Siwca zostało wymazane z pamięci. Stadion był pełen ludzi, trwały centralne dożynki, a jednak sprawa ucichła. Służba Bezpieczeństwa skonfiskowała kilka aparatów, filmy prześwietlono. Na filmie „Usłyszcie mój krzyk” widać nielicznych fotoreporterów, którzy nie rejestrują zdarzenia. Są albo w szoku, albo wykazują się autocenzurą. Zaraz po szokującym samobójstwie SB informowała świadków zdarzenia, że podpalił się alkoholik, który wniósł ze sobą wódkę. Później będą rozpowszechniać plotkę, że Siwiec był chory psychicznie. Żadne środki masowego przekazu w Polsce Rzeczpospolitej Ludowej nie przekazały informacji o samospaleniu. Dziś, w epoce mediów społecznościowych, wolności słowa, ta totalna cenzura wydaje się aż nieprawdopodobna. Pierwszym przekazem publicznym była dopiero audycja z kwietnia 1969 roku (czyli siedem miesięcy po wydarzeniu) w Radiu Wolna Europa.

Szokujący protest Siwca był zawsze kojarzony z niezgodą na atak Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego przesłanie jest jednak znacznie szersze. Chociaż nie brakuje solidarności ze społeczeństwem czechosłowackim, więcej miejsca zajmuje dopominanie się o wartości uniwersalne, jak wolność, godność człowieka, prawda. W szpitalu poparzony powtarzał: „Ginę po to, żeby zwyciężyła prawda, żeby zwyciężyło człowieczeństwo i żeby zwyciężyła miłość. Ginę po to, aby żeby zginęło kłamstwo, zginęła nienawiść i zginął terror. Nie odczuwam żadnego bólu i nie odczuwałem żadnego bólu przez cały czas. Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, a prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę”. Nie sposób w tym miejscu wyczerpująco przedstawić całości przesłania Ryszarda Siwca. To słowa wymagające, nie chcę nad nimi zbyt szybko przejść. Warto jednak zauważyć, że jeśli mówimy o czynie polskiej żywej pochodni w pierwszym rzędzie jako sprzeciwie wobec inwazji na Czechosłowację, to nie zrozumieliśmy jego przesłania. Ono jest znacznie bardziej uniwersalne, a co za tym idzie, wciąż aktualne.

Pytania o bohatera

Po pół wieku od samospalenia i od niemal trzydziestu od przywrócenia powszechnej pamięci o Siwcu za pomocą uhonorowanego wieloma nagrodami filmem „Usłyszcie mój krzyk”, wciąż szukamy dla polskiej żywej pochodni miejsca. To pytanie musi paść: czy jest bohaterem? Poszukiwanie odpowiedzi jest zadaniem niełatwym. Samospalenie polityczne (nie religijne) jest poświęceniem swojego życia w imię wyższych ideałów. Żywa pochodnia ofiaruje siebie za innych. Śmierć Siwca nie jest egoistyczna, ale altruistyczna. Jednocześnie należy zauważyć, że gdy wskazujemy na czyny bohaterskie aprobujemy je, mało tego, zachęcamy do naśladownictwa. Jest oczywista różnica między wydaniem swojego życia na ofiarę za kogoś, jaką na przykład prezentuje postać Maksymiliana Marii Kolbego, czy Siwca. W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze śmiercią za konkretną osobę, w drugim za wartości uniwersalne. Nie sposób ocenić, który z motywów jest „lepszy”; na dobrą sprawę jeden motyw zakłada drugi (bez wiary w wartości uniwersalne nie sposób bronić pojedynczego człowieka). Trudno jednak wskazywać śmierć samobójczą, a do tego tak drastyczną, jako przykład do naśladowania. Ryszard Siwiec był przekonany, że jego czyn, dokonany na oczach setek ludzi, wstrząśnie nimi, zmieni ich sposób myślenia, dokona się duchowa rewolucja. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Myślę, że nawet dzisiaj, w czasach wolności mediów, samobójstwo Siwca poruszyłoby społeczeństwo, ale nie zmieniło jego sposobu myślenia. Dla przykładu: 19 października 2017 roku przed Pałacem Kultury dokonał samospalenia Piotr Szczęsny. „Ja, zwykły, szary człowiek, wolność kocham ponad wszystko” – apelował. Choć byliśmy w szoku, jako społeczeństwo pozostaliśmy podzieleni w swoich wyborach politycznych i dalej wikłamy się w brutalizację życia politycznego. Bohaterów nie mierzy się jednak odniesionym sukcesem; gdyby tak było mielibyśmy tylko szefów korporacji na piedestale. Postać Ryszarda Siwca nie zajęła miejsca obok nowych bohaterów, jak Witold Pilecki czy ksiądz Jerzy Popiełuszko (symbole walki z komunizmem). Samospalonego wspomina się jedynie przy kolejnych rocznicach inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Jego postać nie zajmuje miejsca w podręcznikach historii ani wiedzy o społeczeństwie.  W 2008 roku Rzecznik Praw Obywatelskich Jan Kochanowski postulował, aby Stadionowi Dziesięciolecia, dzisiejszemu Stadionowi Narodowemu,  nadać imię Ryszarda Siwca. Tak się nie stało i do dziś nie mamy ani żadnej ulicy, ani żadnego pomnika jemu poświęconych. Dla Czechów Siwiec jest bohaterem, który walczył o ich sprawę. W Pradze jest ulica jego imienia, a na niej znajduje się czeski odpowiednik IPN, czyli Instytut Badania Reżimów Totalitarnych. Jest też pomnik poświęcony polskiej żywej pochodni. Ryszard Siwiec został pośmiertnie odznaczony przez Vaclava Havla w 2001 roku. W Polsce został uhonorowany przyznanym w roku 2003 Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, która rodzina zgodziła się przyjąć w roku 2007. Jakkolwiek byśmy oceniali samobójstwo Ryszarda Siwca trudno przejść obok jego postaci obojętnie, raczej stoimy wpatrzeni w jego płomień, milczący.

Tekst opublikowany na stronach Laboratorium Więzi – http://wiez.com.pl/2018/09/08/ryszard-siwiec-gorejace-pytania/

 

Reklamy

Stanisław Zasada „Duch’44. Siła ponad słabością”

Po przeczytaniu książki Stanisława Zasady „Duch’ 44” najpierw próbuję zapamiętać liczby. Około stu pięćdziesięciu kapelanów Powstania Warszawskiego. Prawie stu działało wcześniej w konspiracji, złożyli przysięgę Armii Krajowej. Pozostali przyłączyli się, gdy wybuchło Powstanie. Czterdziestu zginie na ulicach walczącej Warszawy. Ci, którzy przeżyją podzielą los ocalałych Powstańców: w stalinowskiej Polsce będą wtrącani do więzień, rozpoczną sądowe procesy o rehabilitację, nieustannie będą szykanowani, władza nigdy im nie odpuści. Będą też tacy, których koniec wojny zastanie na Zachodzie i do komunistycznej Polski nie wrócą.

Staram się zapamiętać liczby, ale bardziej przykuwają moją uwagę kolory. Czarna sutanna i biała komża. Biały habit dominikański, na nim szkaplerz. Na wszystkim paleta barw Powstania: plamy krwi, maź z kanałów, piwniczny brud, tynk ze ścian. Nade wszystko zaś te dwa kolorystyczne zestawienia nie chcą opuścić wyobraźni: biała koloratka, biało-czerwona opaska na ramieniu. Dla niemieckich snajperów łatwy cel. Ksiądz Tadeusz Burzyński zostaje trafiony kulą kilka minut po „Godzinie W”, gdy na ulicy spieszy ze świętymi olejami do rannego. Ksiądz (podobnie jak towarzyszące mu siostry zakonne) jest osobą cywilną, nie żołnierzem. Nie posiada przy sobie broni. Jest dobrze widoczny poprzez sutannę, na której często nałożona jest biała komża, zaś kapłańskiej stuły pomylić z czymś innym niepodobna. „W cywilizowanych warunkach wojennych siostry chroniłyby białe opaski z czerwonym krzyżem, księdza – kapłański strój. Ale nie w Warszawie w sierpniu 1944 roku”, zapisuje Zasada. To czasy przed Soborem Watykańskim II, duchowni nie chodzą w świeckich ubraniach. Michał Czartoryski ślubował, że nigdy nie zdejmie habitu. Wielu kapelanów Powstania miało okazję uciec pod koniec, byleby zamienili swój strój na jakiś cywilny. Większość tego nie zrobiła.

Fragment recenzji zamieszczonej na łamach sierpniowego „W drodze” – http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16665

 

Michał Wójcik „Treblinka’ 43. Bunt w fabryce śmierci”

Hasło: śmierć, odzew: życie

Więźniowie w Treblince dostają broń od organizatorów powstania po umówionym haśle. Brzmi ono „śmierć”, odzewem jest „życie”. To brzmi jak przysięga. Czytam to ze ściśniętym gardłem. W tych słowach, w ich rytmie, jest wszystko. Powstanie w obozie koncentracyjnym w Treblince 2 sierpnia 1943 roku nie miało na celu  przede wszystkim ucieczki (jak w Sobiborze), ale zadanie zgoła niemożliwe: podpalić piekło.

W „Treblince’ 43. Bunt w fabryce śmierci” Michał Wójcik przedstawia funkcjonowanie obozu zagłady, a także poszczególne etapy przygotowania do buntu. To bardzo dobra książka , ale wobec boomu literatury poświęconej Zagładzie muszę postawić przede wszystkim pytania samemu sobie. Przede wszystkim: dlaczego czytam książki, w moim przypadku średnio jedną w miesiącu, na temat Holokaustu?  To pytanie jest ważne, wibruje w powietrzu i nie mogę – nie powinienem – od niego uciec. Musi minąć trochę czasu zanim wreszcie napiszę, że zło jest fascynujące w sposób obrzydliwy i niepojęty (zawsze aktualne będzie pytanie „jak to było możliwe”) – tak, trzeba się do tego przyznać. Bardziej jednak interesuje mnie człowiek – jeden, znikomy może, jak ja – który przeszedł przez doświadczenie piekła. Ze swoim bólem, marzeniami, strachem… Widzę, dostrzegam, czytam (no właśnie) w tym człowieku za drutem kolczastym wielką lekcję życia. Że zło jest niepojęte, ale nie ma ostatecznego słowa. I wiem też, że to zdanie nie ma w sobie nic z „hurra optymizmu”, żadnego „alleluja i do przodu”. Inne pytanie, nie mniej mnie niepokojące: czy wszystkie obozy zagłady nie są do siebie podobne? Po co czytasz o Sobiborze, Treblince, Stutthofie, czy Ravensbruck? Czy wszystkie i tak nie przypominają tego w Auschwitz, który stał się synonimem Holokaustu? Historycy specjalizujący się w dziejach Zagłady z pewnością od razu mogliby wskazać różnice pomiędzy nimi. Ten, który pyta we mnie, aż tak subtelny nie jest. Dlatego powie, że Michał Wójcik powtarza w zasadzie znany krajobraz: garstka SS-manów tworzący załogę obozu było w stanie – za pomocą terroru, przemocy, strachu – nie dopuścić do tego, aby wielokrotnie przewyższająca liczba więźniów zbuntowała się; że wśród więźniów byli donosiciele, którzy naiwnie liczyli, że ominie ich ostateczny los przygotowany przez oprawców; że załoga SS-manów to żadni tam geniusze zła, ale przeciętni, bardzo przeciętni, intelektualnie ludzie ze skłonnością do alkoholu, pieniędzy i sadyzmu. To jest wszędzie. Groteska i przerażenie idą ze sobą w parze, trzymając się pod rękę. Wójcik pisząc o Treblince stwierdza celnie: krajobraz z Beksińskiego… Muszę sobie udzielić odpowiedzi, zatem piszę, że czytam o różnych obozach zagłady bez pretensji, że będę znawcą wszystkich i każdego z osobna. To nie Pikachu i catch’em all. Czytam, by wiedzieć, że zło jest historyczne, to znaczy, że nie jest zawieszone w Byle Landii, ale że ma adres, twarze i nazwiska. Zatem pytanie jeszcze jedno, ostatnie: czy przeżywam czytelnicze katharsis wiedząc przecież, jak historia się kończy? Nie, bo literatura dotycząca Zagłady nie jest kryminałem, gdzie zło jest ukarane, a porządek przywrócony. Tutaj przeciwnie, trudno się otrząsnąć z opisów, gdy porządek świata zostaje właśnie wywrócony na nitce. Paradoks Auschwitz, nad którym nie mogę przejść spokojnie: mecz piłkarski załogi SS-manów z więźniami, którego to meczu więźniowie nie mogą wygrać, a na głowy wszystkich opada popiół z krematorium. Paradoks Treblinki? Dla mnie: obecność małego zoo na terenie obozu koncentracyjnego.

Więcej w mojej recenzji zamieszczonej na stronach Laboratorium Więzi – http://wiez.com.pl/2018/08/02/haslo-smierc-odzew-zycie-o-ksiazce-treblinka-43-bunt-w-fabryce-smierci/

 

Krystyna Naszkowska „Ani tu, ani tam. Marzec’68 – powroty”

Polska się ich wyrzekła. Oni ruszyli w świat układając sobie życie na własny rachunek. W „Ani tu, ani tam” Krystyny Naszkowskiej wygnani z kraju w Marcu ’68 portretują Polskę, którą zastali po powrocie.

Marzec rozniósł ich po świecie. Dania, Szwecja, Izrael, Kanada – inne szerokości geograficzne, odmienne mentalności, nieznane standardy życia. Słowem: inny, kolorowy świat, odgrodzony polityczną żelazną kurtyną. Jak w nim żyć, gdy do tej pory za szczyt marzeń uchodził własny pokój, szary i mały, ale z łazienką? Wygnani z Polski na fali prześladowań antysemickich w 1968 roku poradzili sobie. Wrócili po latach. A mnie interesują ich oczy: jaką Polskę widzą po swojej nieobecności?

Książka „Ani tu, ani tam” Krystyny Naszkowskiej w literaturze „pomarcowej” wyróżnia się przede wszystkim podjęciem tematu powrotu do Polski. Osiem obszernych wywiadów zostało przeprowadzonych według podobnego klucza: kiedy wyjeżdżali z rodzinnego kraju byli w wieku studenckim, z niemal zerowym doświadczeniem radzenia sobie w kapitalistycznym i liberalnym świecie, najczęściej samotni, przecierali dopiero szlaki dla swoich rodzin. Dziś są osobami znanymi i zamożnymi. Pomijając barwne, miejscami smutne, a innym razem pełne humoru, opowieści o zdobywaniu świata, w „Ani tu, ani tam” portretują Polskę, którą zastali po powrocie.

Z wielu różnych życiorysów zebranych przez Naszkowską układa się jeden wzór nieodwzajemnionej miłości. Polska się ich wyrzekła, Polska odebrała obywatelstwo, Polska wyrzuciła, Polska zapomniała. Zapomnieli i oni, ruszyli w świat układając sobie życie na własny rachunek. Zakładali rodziny, pojawiały się dzieci, wrastali w kulturę odmiennych państw i zawsze mieli poczucie zawieszenia, bycia kimś w drodze. „Moja żona twierdzi – mówi współwłaściciel kawiarni Green Caffé Nero Adam Ringer – że ja tak naprawdę nigdy nie wyjechałem z Polski, że te dwadzieścia sześć lat, które spędziłem w Szwecji, byłem tylko na wycieczce”.

Ich powroty to dzieła przypadku lub wymogów pracy: po roku 1989 otworzyły się granice, pojawiły się nowe rynki pracy, kontrahent zakładał nową firmę, potrzebowano tłumacza… I wtedy, w ustabilizowanym już życiu, pojawia się ona, Polska, przedziwnym prawem niespodzianki, jak pierwsza miłość, która się nie ziściła, a która zostawiła drzazgę w sercu. Przyglądają się sobie po przejściach, z własną historią i bagażem doświadczeń, pytając się siebie: co dalej?

Tamto już nie wróci. Tamtej Polski już nie ma. Michał Sobelman, rzecznik prasowy ambasady Izraela, choć mieszka w Polsce, mówi że do niej nie wrócił. Po chwili precyzuje: „Bo wyjechałem w 1969 roku z innej Polski niż ta, w której jestem. Wtedy Polska była krajem zamkniętym, nieliczni z niej wyjeżdżali”. Dekomunizacja zmieniła ulice, dofinansowanie z europejskich środków wpłynęło na elewacje budynków i pozwoliło wyzwolić kontrolowany wybuch przedsiębiorczości. Pierwsze uczucie po powrocie jest jednak druzgoczące. Krzysztof Zorde wspomina jaką Polskę zastał w 1989 roku: „Taka sama jak w dniu wyjazdu, tylko brudniejsza i zapyziała. Ludzie wydawali mi się tak biedni ubrani. Tramwaje ciągle te same, tylko zdezelowane, skrzypiące, kolebiące się”. Gospodarka tamtego okresu była fatalna. Krzysztof Topolski przypomina sobie, że bez łapówek nic nie można było załatwić. „Burdel, złodzieje dookoła” – podsumowuje pierwsze lata III RP. Jak tu robić handel, poważne umowy, gdy za partnerów ma się Polaka naznaczonego wieloletnim komunizmem? „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” – tyle w temacie lekcji przedsiębiorczości. Niewielkie pojęcie o oszczędzaniu, o planowaniu na przyszłość, o ciągłym poszerzaniu swojej ofert handlowej.

Wygnani w Marcu’68 pozostawili społeczeństwo polskie w intelektualnej i technologicznej „naszej małej stabilizacji”, a sami weszli w świat nowej zachodniej myśli naukowej. Przeskoczyli Polskę o dobrych kilkanaście lat rozwoju cywilizacyjnego. Powrócili do swej ukochanej, pierwszej miłości, a ona okazała się nadgryzioną przez czas starą panną.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronach Laboratorium Więzi pod tytułem „Polska – nieodwzajemniona miłość” wiez.com.pl/2018/03/13/polska-nieodwzajemniona-milosc/