Hipokrates w obozie koncentracyjnym

Debora Fisher ma czterdzieści siedem lat, gdy postanawia wytatuować na swoim lewym przedramieniu numer obozowy więźniarki Magdy Blau. Debora nigdy nie spotkała Magdy, ale gdy poznała jej historię, nie mogła pozostać obojętna. Magda Blau była blokową w Auschwitz. Niezwykłą, korzystając bowiem ze swej funkcji, starała się podtrzymywać podległe jej kobiety na duchu. W obozie koncentracyjnym nawet drobne gesty życzliwości niosły ze sobą moc przetrwania. Debora Fisher ma numer kobiety, której nigdy nie spotkała, ale swoim czynem chce dać świadectwo: nie możemy zapomnieć, że numery mają imiona. Gdy czytam tę historię, to w pierwszym odruchu chcę przyklasnąć, że to świetny pomysł. A chwilę później się zastanawiam się, czy Debora bardziej wskazuje na postać Magdy Blau, czy jednak na siebie. I wychodzi mi, że na siebie. Trzeba bowiem postawić pytania: Dlaczego to zrobiłaś? Jak się żyje, „niosąc” czyjeś życie? Ile razy pytano cię o jej historię? I zapewne to najważniejsze: Czy było warto?

Dlatego pewnie książki takie jak „Kobiety z bloku 10” Hansa Joachima Langa są mniej prowokacyjne, co nie znaczy, że nie oskarżycielskie.

Numery mają imiona, deklaruje niemal na początku Lang. To ważne dla historii, którą chce opisać. Kobiety z bloku 10 to portret zbiorowy kobiet, które zostały poddane eksperymentom medycznym przez profesora Carla Clauberga i doktora Horsta Schumanna. Dla tych lekarzy kobiety nie miały imion, nazwisk, historii swego życia. Trafiły do Auschwitz i od tej pory wykreślono ich dotychczasowe życie. Zostały „wyjałowione”, co w języku obozowym oznacza „zdezynfekowane”, ale tu zakres znaczeniowy tego słowa jest dużo szerszy. Kobietom goli się włosy na głowie, pod pachami, także brwi i włosy łonowe. Elektryczne maszynki do strzyżenia nie zawsze działają, a nożyczki są często tępe. Strzyżenie jest bolesne, boli nie tylko skóra. Znikają pukle włosów, niesforne loki, opadające grzywki, a wraz z nimi zabierane są obrączki, pierścionki, ubrania. Na koniec zabierane jest nazwisko. Froujke de Leeuw pamięta to dobrze: na numer 55999 tatuażysta potrzebował 76 wkłuć. Gdy oszpecone kobiety patrzą na siebie, musi minąć trochę czasu, nim się rozpoznają. Znacznie więcej czasu potrzebują, żeby zrozumieć, co się z nimi stanie. Clauberg i Schumann nie mówią wiele. W zasadzie nic nie mówią. Rzadko patrzą w oczy. Wolą patrzeć na zdjęcia rentgenowskie i na próbki tego, co wycięli kobietom. Nawet gdy przychodzą na sale do operowanych kobiet, przyglądają się zakonserwowanym próbkom. Na więźniarki nie zwracają uwagi. Kobiety szybko się przyzwyczajają, że lekarze odwiedzają nie człowieka, a owoce swej pracy – wycięte jajniki, fragment szyjki macicy. One są numerami, królikami doświadczalnymi. Gdy Clauberg albo Schumann wychodzą, więźniarki wciąż pozostają z pytaniami, na które nikt nie zna odpowiedzi. Co ze mną będzie? Co zrobiliście z moim ciałem?

 

Fragment recenzji książki Hansa Joachima Langa „Kobiety z bloku 10” zamieszczonej w marcowym numerze „W drodze” – http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16842

 

 

Reklamy

Cielecki w oślej ławce w Szkole Pisania im. Ryszarda Przybylskiego

 

Każdy esej Ryszarda Przybylskiego był jednym z tych światów, które zawieszają mechanizm czasu. Stan ontologiczny: zaczytany. Niby jest praca, niby są obowiązki i powinności, ale tak naprawdę się czyta. Historia literatury z pewnością za jakiś czas będzie mówić o eseistycznej szkole Przybylskiego. Jest to bowiem szkoła podwójna – pisania i czytania. Przybylski pisze, uruchamiając w czytelniku mechanizmy skojarzeń, wytyczając ścieżki wędrówek wewnętrznych, prowadząc od zaciekawienia, kontestację aż do zgody lub nie milknącego wewnętrznego sporu. Nie da się bowiem przejść obojętnie wobec „litery” Przybylskiego. „Baśń zimowa” niezwykły esej o „niepogodnej” starości czy „Rozhukany koń” będący studium mistycznego myślenia Juliusza Słowackiego – to jedynie dwa tytuły, które zagnieździły się we mnie głęboko. Pustelnicy i demony, tym razem esej o Ojcach Pustyni, to dzieło, którego lektura nieprzerwanie wywołuje rezonans. Jest to zresztą esej, który – mam takie wrażenie – w latach 90-tych dokonał swoistego wyprowadzenia intelektualistów zainteresowanych rzeczywistością duchową raz jeszcze na pustynię. Skończyło się państwo prześladujące, zmieniły się zasady walki, choć samo zmaganie trwało dalej. Tak też było w IV wieku, gdy ustały prześladowania chrześcijan, a pustynia egipska stała się polis monachorum. Warto zauważyć, jak wiele osób – pomimo wszelakich różnic światopoglądowych – uważa „Pustelników i demony” za swój tekst, adresowany do siebie. Dedykacja – Jerzemu Nowosielskiemu – wyjaśnia jeszcze bardziej, o jakiej wspólnocie piszę. „Pustelnicy i demony” to swoisty akt irygacyjny Szkoły Pisania im. Ryszarda Przybylskiego. Przywołane tytuły ustanawiają w moim przekonaniu jakąś cezurę życia kulturalnego w Polsce.

Wiem, że istnieje metafizyczna, duchowa, Szkoła Pisania im. Ryszarda Przybylskiego. Znam w niej swoje miejsce – to ośla ławka. Teraz dopiero uczę się czytać, uczę się pisać.

 

To fragment mojego małego eseju o swoistej Szkole Pisania im. Ryszarda Przybylskiego. Napisać, że wzoruję się na nim, to nic nie napisać. Tekst znalazł się w książce „Mistrz. Ryszard Przybylski (1928-2016) in memoriam” (Wydawnictwo Sic!)

Rocznica Kortowa

Napisała do mnie pani Marlena Gajewska poruszona lekturą książki Stanisława Piechockiego „Czyściec zwany Kortau”. Organizuję upamiętnienie ofiar dawnego Kortau, czy chciałby pan dołączyć? Zgadzam się.

Spotykamy się 22 stycznia o 17 pod krzyżem na ternie dawnego cmentarza. Dokładnie tam, gdzie stoją teraz akademiki. Przynosimy znicze, stoimy, milczymy. Trochę się liczymy i trochę liczymy na więcej.

Jeden starszy pan zagaduje: „Tylko ja przynoszę tutaj znicze od lat”. Nieprawda, ripostuję, przychodzę tu z rodziną od ponad dziesięciu lat we wspomnienie Wszystkich Zmarłych. Dlaczego – ja i starszy pan – nie widzimy się nawzajem? Olsztynie, dlaczego nie widzimy się wzajemnie?

O inicjatywie pani Marleny i moim udziale w materiale TVP3 (pojawiamy się około 19-stej minuty) https://olsztyn.tvp.pl/40986948/23119-godz-1830

 

 

Olivier Clement. Prawosławne serce Zachodu

Przez wiele lat myślałem, że jest osobą duchowną. Gdy dotarło do mnie, że brak „ks.” lub zakonnych skrótów po nazwisku nie jest wyrazem skromności, ale oznaką życia świeckiego, zacząłem go uważniej czytać. Olivier Clément (1921–2009) był pisarzem płodnym – wolał pisać, niż zajmować się karierą akademicką – a jednak poza książkami interesowało mnie też jego życie. Zwłaszcza ten jeden moment, chwila w dniu, w którym wszystko stało się jasne.

Wiele razy o tym wspominał, zawsze jednak oszczędnie, jak gdyby zatrzymywał się na progu samego wydarzenia, mówiąc: Dalej idę sam.

Paryska ulica, antykwariat przy bulwarze Saint-Germain, Europa warczy na siebie zza żelaznej kurtyny. Szukałem daty tego wydarzenia. Wiem, że do Paryża przybył w 1948 roku, a 1 listopada 1956 roku przyjął chrzest w Kościele prawosławnym, zatem musiało się to wydarzyć w czasie tych ośmiu lat. Może specjalnie ukrył tę datę, skoro nie była już ważna? Po co ci data, skoro zaglądasz w Tamtą Rzeczywistość? Pewnie lepiej powiedzieć o tym, używając stylu biblijnego. Zatem niech będzie: W owym dniu, w hałasie tramwajów, w pośpiechu zdążających do pracy, w nagabywaniu natrętnych i w klaksonie samochodów, zatrzymuje się przed antykwariatem. Za szybą widzi ikonę typu deesis, czyli orędownictwo: pośrodku Chrystus, po Jego bokach stoją Maryja oraz Jan Chrzciciel. Zadłuża się, aby ją kupić. Powraca tu echo przypowieści o ukrytym skarbie i perle (Mt 13,44–46). „Od tamtej pory ikona stoi na moim biurku”, pisze w swojej duchowej autobiografii Inne słońce. Zastanawia mnie ten moment, ledwie naszkicowany przecież, choć da się w nim poczuć silną wibrację. Nawrócenie? Nie pasuje mi to słowo. Wyobrażam sobie, że wtedy, pomiędzy turkotem kół samochodów i zmęczeniem robotników mijających się zmian, następuje Spojrzenie. Kto spojrzał pierwszy? Chrystus zza wystawowej szyby zatrzymany na miedzianej, wytłaczanej i pokrytej emalią ikonie? A może on, zagubiony w swoich duchowych poszukiwaniach rozpiętych pomiędzy duchowym światem Indii a dziwnym blaskiem Ewangelii? Kto kogo szukał, kto kogo wypatrywał – zostanie w milczącym Spojrzeniu. Każdy, kto widział ikonę Zbawiciela (ros. Spas) namalowaną przez Rublowa, wie, o czym mowa. Jezus przechodzi, ale właśnie się obrócił i podniósł wzrok. Oczy się spotykają. Oderwać się od tego Spojrzenia nie sposób. Czy właśnie wtedy przypomniał sobie rozmowę ze starszą siostrą? W Innym słońcu zapisał ją dosyć wiernie. „Co to jest śmierć?”, zapytał mały Olivier. „Śmierć to nicość”, odpowiada siostra. „Przez chwilę nie mogę oddychać. A więc tak, jak się uczyłem, usiłuję opanować lęk, oddychając głęboko i mocno uciskając skórę na brzuchu”. A teraz, w owym dniu, widzi Tego, który przeszedł przez śmierć. Zamiast nicości dostrzega w oczach Jezusa coś zupełnie innego.

 

To fragment szkicu poświęconego postaci Oliviera Clement. Całość do przeczytania w styczniowym numerze „W drodze” – http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16790

Zimna dekada

Niezauważalnie mija jedna z najważniejszych dekad w literaturze polskiej. Ponad 10 lat temu wydany został „Lód” Jacka Dukaja.

Rasputin, Piłsudski, Tesla, Ojciec Mróz i Benedykt Gierosławski, człowiek który nie istnieje – czy mógłbym wybrać lepiej? Towarzystwo z najwyższej półki, a w powieści „Lód” Jacka Dukaja są ożywieni i nakreśleni z werwą oraz niesamowitym rozmachem. Najmniej znany spośród nich, główny bohater powieści Benedykt Gierosławski, w niczym nie ustępuje przywołanym sławom: nałogowy hazardzista, wybitnie uzdolniony matematyk, hulaka, wreszcie awanturnik zaplątany w sytuacje bez wyjścia. Jakie jest bowiem wyjście będąc postawionym pomiędzy Bogiem a Historią, miłością a przeznaczeniem?

 

 

Lód” Dukaja spełnia z nawiązką oczekiwania literatury w Polsce ostatnich kilku, kilkunastu lat. I bez tych uwag wstępnych ani rusz. Po pierwsze, otrzymujemy wreszcie powieść. Patrząc wstecz na laureatów literackiej Nike to pomiędzy „Gnojem” Kuczoka a „Traktatem o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego jest różnica nie tylko kilkuset stron, ale również różnica ciężaru doświadczeń życiowych każdej z nich. Cóż, zdawało się, że trzeba się uzbroić w cierpliwość, poczekać razem z prozaikami, aż za jakiś czas staną się pisarzami. Wybawienie przyszło z najmniej spodziewanej strony. Dukaj, reprezentant literatury „fantastycznej” dał nam powieść, na którą czekaliśmy. Po drugie, „Lód” jest powieścią niemal klasyczną, opartą na XIX – wiecznym kręgosłupie. Mamy tak pomijane przez ostatnich twórców długie opisy przyrody (zachwycające), trwające po kilka, kilkanaście stron dialogi oraz monologi będące w istocie mini traktatami o sprawach najważniejszych – Bogu, ojcostwu, przeznaczeniu…Po trzecie, niesłychana wyobraźnia i pracowitość. W dominującym na rynku księgarskim wyścigu szczurów oraz nieustannym poszukiwaniu młodych i coraz młodszych twórców oraz cudownych objawień, Dukaj prezentuje coś znacznie mniej popularnego: ciężką, wieloletnią pracę oraz niespożytą wyobraźnię.

I wreszcie: fabuła. Fabuła, której sprawozdawczy opis w żaden sposób nie wyczerpie, mówimy wszak o książce, która liczy ponad 1000 stron gęstej prozy. Bo jak napisać o rzeczywistości, w której nie wybuchła I wojna światowa, nie ma Polski, imperium rosyjskie skute jest lodem, a po ziemi wędrują przedziwne lute, anioły Mrozu? Bo jak opisać, że w rzeczywistości Mrozu zamarza prawda i fałsz? Królestwo Niebieskie to czy kraina potępienia? Zadanie Benedykta Gierosławskiego, by dotrzeć do Ojca Mroza i prosić o wyzwolenie Polski spod lodu, jest w rzeczywistością stawką o rzeczy również inne, co wcale nie znaczy, że pomniejsze.

Historia odmieniana przez przypadki

Z wielu tematów, które są rozważane na kartach powieści, moją uwagę przykuwają rozważania Dukaja o historii. Pod tym pojęciem bohaterowie „Lodu” rozumieją zupełnie różne rzeczy: jedni widzą tu Boga, inni z kolei Historię, czyli metafizyczny sens istnienia świata, dalsza część z nich odczytuje tu Opatrzność Bożą, wreszcie są tacy, dla których to po prostu relacja pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Jedną z myśli przewodnich jest niezmienność, czyli zamrożenie. Zastygnąć w światopoglądzie zerojedynkowym, prawda fałsz, nic ponad to. To echo słów z Ewangelii Mateusza: „Nie wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). Nie mieć wątpliwości, jeno pewność samą, zamiast pytań, same odpowiedzi – któż by tak nie chciał? W Kraju Lutych, a więc wszędzie tam, gdzie panuje zima, ludzie nie mają snów, nie dostają z talii od razu pokera, nie ma marzeń. Kto przybył z krain Lata, zamarza – zastyga – takim, jakim jest momencie przybycia. Nie zakocha się nagle, nie nawróci się, nie wyzdrowieje, nie wpadnie na genialną myśl – zamarzło się. W fabularny sposób Dukaj prowadzi jedną z najciekawszych dyskusji: o jakiego Boga wołam? Czy pragnę Boga Niezmiennego, czy Boga Miłosiernego? Bohaterowie tu i tam wołają o przebaczenie, ale miłosierdzie należy do porządku szaleństwa, miłosierdzie należy do porządku Lata… Bóg z Kraju Lutych mówi tylko prawdę, najwłaściwszym językiem komunikacji pozostaje zatem matematyka, dogmatyka, logika. Jeden z bohaterów, starzec Aczuchow, stwierdza: „Jak mogę umrzeć – bez przeszłości? Jak mogę zostać zbawionym – bez przeszłości? Jak wy możecie żyć – bez przeszłości? (…) Bo jeśli nie ma Historji – nie ma człowieka!”. Wspaniałe są te zdania, bowiem trafiają w sedno przesłania chrześcijaństwa. Jego centralnym miejscem jest jednak doświadczenie przebaczenia. Jezus nie jest naiwnym pocieszycielem, rozdającym swoje przebaczenie na lewo i prawo jak byle promocję. Przeciwnie, z kart Ewangelii wynika, że udziela przebaczenia wtedy, gdy grzesznik sam przyznaje się do winy.

Jeszcze inny bohater, doktor Konieszyn, zauważa: „Historja może istnieć tylko pod Lodem: nie ma Historji, gdy nie istnieje przeszłość. Pozostawieni każdy w swoim Teraz (…) – oto co dostajemy: wojnę, chaos, zniszczenie (…)”. Waga rozmyślań w prozie Dukaja jest znaczna: tu bohaterowie mówią rzeczy istotne, nie prowadzą dialogów niepotrzebnych. Czy pewność zerojedynkowa, prawda-fałsz, ochroniłyby ludzkość od rzucania się sobie do gardeł? Jakkolwiek nie zamierzam zdradzać swoich odczytań „Lodu”, nadmienię, że powieść skrzy się od intryg, pościgów, pojedynków, miłości i miłostek, pracowni alchemicznych i salonów towarzyskich. Imponują nie tylko badania historyczne, których podjął się Dukaj do zilustrowania ubioru, zastawy stołowej, czy kwestii politycznych przełomu wieku XIX i XX, co bardziej jeszcze zdumiewa wyobraźnia pisarza. Jeśli bowiem wszystko skute jest lodem, jak wygląda kwestia opału, podróżowania, jak intensywności światła wpływa na wzrok, jak metale i głazy wytrzymują temperaturę ujemną? Rozwiązania Dukaja są iście inżynierskie: autor zaplanował świat, nad którym doskonale panuje. Ot, choćby jeden przykład: gdy ruszasz w pościg nie szukasz śladów na ziemi, tam zmarzlina i kilka rodzajów śniegu, ale patrzysz na otwory pozostawione przez sylwetki w lodowatej mgle. Osobną kwestią są postacie historyczne, jak Piłsudski czy chociażby Rasputin, których obrazuje pisarz w sposób niezwykle oryginalny. To pełnokrwiste charaktery, posiadające swoje ambicje, marzenia, trawiące ich wewnętrzne demony. Szczególnie Piłsudski w wydaniu Dukaj musi budzić zaskoczenie: z uporem na granicy obłędu, świat cały by sprzedał, byleby ojczyznę odzyskać.

Jako ojciec, jako syn

I na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jedno, zdawałoby się niepozorne, zdanie, które pojawia się jakby mimochodem w trakcie jednej z wielu dyskusji. „Bracia Karamazow” są opowieścią o synach, czy o ojcach raczej? Kwestia ojcostwa – rozpatrywana zawsze w znaczeniu metafizycznym – przewija się nieustannie na kartach powieści. Benedykt Gierosławski zmierza do swego ojca, który w jakiś sposób stał się figurą tajemniczą, Ojcem Mrozem. W trakcie swej podróży Benedykt zaneguje, jak i potwierdzi, własną relację synowsko-ojcowską, a czytelnik pozostanie z niejasnym przeczuciem, że znów są tu subtelne odwołania do Ewangelii.

Zimna dekada

Nie sposób wyczerpać bogactwa „Lodu”. Próbował tego Janusz Opryński w sztuce teatralnej, ale rzecz nie znalazła uznania wśród krytyków. Zamiast czterogodzinnego spektaklu pewnie potrzeba wielkiego filmowego dzieła, jak to zrobił Peter Jackson z „Władcą pierścieni”. Może geniusz współczesnego kina, Christopher Nolan, mógłby się z tym zmierzyć? Choć z ciekawością ujrzałbym takie dzieło, to nie jestem przekonany, że film udźwignąłby cały ciężar „Lodu”. Jego siła to wciąż język, genialne przedstawienie historii Polski, silne odwoływania do kultury, do kanonu lektur (Prus, Sienkiewicz), do tych specyficznych duchowych melodii, na które tak wyczulony jest polski duch. Gdy patrzę wstecz widzę to wyraźnie: literatura polska przez dekadę żyła pod panowaniem „Lodu”. Gdyby nie to wielkie dzieło – dosłownie i w przenośni – zapewne nie powstałyby „Księgi Jakubowe”, ani inne, monumentalne cykle powieściowe (np. Cherezińskiej). Wiem jedno: gdyby miało nie być „Braci Karamazow”, to „Lód” ich zastąpi. Po latach oczekiwań i zawodów, oglądania się na arcydzieła przeszłości, nagle literatura zrobiła krok dalej. To szczęście widzieć, jak to dzieje się za własnego życia. Że żyło się w dekadzie „Lodu”, pod jego literackim panowaniem. Słowem: zamarzło i długo, oj długo,  nie będzie odwilży.

 

Tekst opublikowany na stronach Laboratorium Więzi:  http://wiez.com.pl/2018/12/31/literatura-polska-przez-dekade-zyla-pod-panowaniem-lodu/

 

 

Mertoniada

Czuje to każdy czytający Thomasa Mertona: ostatnie miesiące roku 1968 po prostu pędzą do Bangkoku. Jakby wystrzelony wiele lat wcześniej pocisk dosięgnął wreszcie celu. W Bangkoku spotka swoją śmierć, która zamknie jego życie zaskakującą klamrą.

Ostatni rok życia Mertona to jedna wielka podróż. Podróż wewnętrzna i podróż zupełnie realna. Od wojny w Wietnamie, trapista źle czuł się w swoim kraju. Polityka prowadzona przez USA dławiła go do tego stopnia, że myślami wciąż wędrował do Chile lub Nikaragui. Poszukiwał też dla siebie miejsca w obrębie zarówno zakonu, jak i klasztoru. Naglący od dłuższego czasu głos życia pustelniczego ostatecznie zrealizował się w sierpniu 1964 roku, gdy został zwolniony z funkcji mistrza nowicjatu. Wtedy też został pustelnikiem na pełny etat. Zamieszkał w małym domku rekolekcyjnym w obrębie klasztornego lasu.

Poznana dwa lata później młoda studentka pielęgniarstwa Margie raz jeszcze zmusi go do określenia, gdzie znajduje się jego serce. Wzajemna fascynacja – nie romans i nie związek – powoduje złożenie na ręce przełożonego zobowiązania do życia w samotności. Zobowiązanie było pomysłem opata Foxa i początkowo Merton traktował je podejrzliwie, jako rzecz mu narzuconą. Później wydawał się być nie tyle pogodzony, ile zadowolony z raz jeszcze wybranej samotności. Poznanie Margie na swój sposób wpisuje się w doświadczenie ojców pustyni. Oni również przeżywają fascynacje kobietą, choć apoftegmaty przekazują to w nieco demonicznej wersji.

Pustelnia Mertona zaczyna się zapełniać. To już nie tylko pojawiający się od czasu do czasu eteryczny duch Margie, ale bardziej namacalni: Abraham Joshua Heschel, Jacques Maritain, Czesław Miłosz czy buddyjski mnich Nhat Hanh. „Otrzymuję niezliczone zaproszenia, które muszę odrzucić. Zdecydowałem jednak, że skoro jestem pustelnikiem, to powinienem nim pozostać. Oznacza to, że nigdzie nie będę występował ani publicznie, ani półpublicznie. Czy zgodzisz się, że jest to decyzja dla mnie właściwa?” – pyta w liście do Leclerqa z 10 listopada 1967 roku . Na początku kolejnego roku dzieli się ze swoimi przyjacielem pomysłem, który zamierza przedstawić nowemu opatowi: „powinienem otrzymać zgodę na odbycie każdego roku jednej, trwającej miesiąc lub sześć tygodni, dyskretnej i owocnej podróży monastycznej, podczas której odwiedziłbym klasztory innych religii i tradycji, a niektóre z naszych. Podróż w 1968 r. – konferencja AIM” (Leclerq 14 stycznia 1968). Ta siłą rzeczy skrótowe przedstawienie pustelniczego życia Mertona ma za zadanie zasygnalizować podstawowy paradoks mnicha z Gethsemani: dla życia pustelniczego największym zagrożeniem jest sam pustelnik.

To fragment szkicu zamieszczonego na stronie Więzi – http://wiez.com.pl/2018/12/28/mertoniada/

Merton ważny  jest i basta.

Joanna Ostrowska „Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej”

To miejsce ma wiele nazw, ale żadna nie oddaje w pełni jego charakteru. „Wesoły domek” czy „leśna kawiarnia” brzmią przyjaźniej niż puff. To ostatnie słowo również specjalnie nie przykuwa uwagi. Nie tylko z powodu obcojęzycznego brzmienia – które, wyjątkowo jak na język niemiecki, nie wydaje się dla polskiego ucha agresywne – ale również dlatego, że temat puffów był przez wiele lat marginalizowany. Pojawiały się, co prawda, wzmianki o nich, ale na ogół nieliczne i bez dokładnej prezentacji zagadnienia. Dość powiedzieć, że puffy, czyli burdele – nazwa „dom publiczny” wydaje się tutaj zbyt łagodna – to temat raczej nieistniejący w powszechnej świadomości. Wymazane z historii są również te, o których mówiono: „Julie”, „panienki”, „zakręty”, „dziewczynki”. Nawet te określenia nie oddają istoty rzeczy, nie wyjaśniają, kim były kobiety w puffach. Joanna Ostrowska w Przemilczanych nie tylko przełamuje tabu i pisze o istnieniu nazistowskich burdeli na okupowanych ziemiach polskich, ale także opowiada o ich ofiarach – przymusowych prostytutkach czy – jak również się je określa – seksualnych pracownicach przymusowych.

 

 

Seksualna niewolnica to inwentarz wojska.  Seksualne mięso armatnie. Przenoszone z miejsca na miejsce, bez podania imion i nazwisk, tylko liczby się muszą zgadzać.  Ostrowska opisuje prostytucję na okupowanych ziemiach polskich zarówno w burdelach zakładanych dla dobrego samopoczucia żołnierzy okupanta. Życie seksualne niemieckich mężczyzn w mundurach miało jednak znajdować się pod kontrolą III Rzeszy. Zabronione były więc okazjonalne przygody seksualne (ryzyko chorób wenerycznych) czy zawieranie towarzyskich relacji z kobietami (ryzyko małżeństwa). Puffy miały służyć jedynie seksualnemu wyładowaniu się żołnierzy. Paul Morder, dowódca SS w dystrykcie warszawskim, 21 lutego 1941 r. wydał dyrektywę zawierającą wytyczne do stworzenia domu publicznego dla swojej formacji. Dokument składa się z dziesięciu punktów, ale już punkt drugi wyjaśnia, kim dla okupanta jest Polka: Dobór prostytutek powinien przebiegać z uwzględnieniem następujących zasad: powinny to być wyłącznie młode i możliwie najlepiej wyglądające polskie dziewczyny. Chodzi o to, aby w ten sposób przeszkodzić im w realizowaniu powołania jako matki, aby niemieccy mężczyźni z SS i policji byli świadomi, że Polka, ponieważ jest prostytutką, nie może być brana pod uwagę jako żona.

Skąd brały się kobiety w nazistowskich burdelach? Joanna Ostrowska przeciwstawia się poglądowi o dobrowolnej zgodzie kobiet na prostytucję w sytuacji wojny. Ciągłe zagrożenie śmiercią, strach przed okupantem, głód, terror – to z pewnością nie są okoliczności, w których można samodzielnie rozporządzać własnym życiem.
Ostrowska podjęła się benedyktyńskiej wręcz pracy w licznych archiwach, aby zrekonstruować świat kobiet pohańbionych. Przygląda się ich motywacjom, a te w rzeczywistości wojny są proste: przeżyć.

Najbardziej szokujące w przemyśle seksualnych pracownic przymusowych jest istnienie burdeli w obozach koncentracyjnych. Kim były kobiety w puffach? Przede wszystkim: były więźniarkami. Rekrutowane bądź z terenów zajętych przez III Rzeszę na zasadach wcześniej opisanych, bądź spośród więźniarek obozów koncentracyjnych. Motywacja kobiet zgłaszających się do burdelu to rzeczywistość świata za kolczastymi drutami: wszechobecność i absurdalność śmierci, głód, wyniszczająca praca, choroby. To powody, których nikt z nas, sytych i bezpiecznych, nie jest w stanie w pełni zrozumieć. Można jedynie zachować wobec nich pełne szacunku milczenie. Do wymienionych powodów dochodził jeszcze jeden, specyficzny dla obozów śmierci, a mianowicie obietnica zwolnienia. Obietnica całkowicie zwodnicza, niedotrzymywana.

To tylko fragment mojej recenzji „Wypowiedzieć ból”, zamieszczonej w zimowym numerze „Więzi”  – https://www.wiez.pl/czasopismo/;s,czasopismo_szczegoly,id,598,art,16710

„Przemilczane” Ostrowskiej to książka jakiej u nas jeszcze nie było. Bardzo odważna , bardzo bolesna.

Brewiarz w Almanachu

Ta strona to czysty lans, żadnych objawień. Zatem z kronikarskiego obowiązku, ale również zaspokajając swoje ego, czynię wiadomym, że w najnowszym Almanachu olsztyńskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich znalazły się moje wiersze.

Przygotowałem całość swego psałterza, a więc cykl wierszy „Brewiarz”. Całość, czyli taka gratka dla fanów.

Thomas Merton: ojciec paradoks

Półka pełna Mertona

Dziś, gdy patrzę na swoją półkę z książkami, które uginają się od kolejnych tytułów Mertona, trudno mi wyjaśnić, skąd wzięła się fascynacja tym mnichem. Jest rok 1962, gdy ukazuje się „Znak Jonasza” – to pierwsza książka w języku polskim. Trzeba nam czekać kolejnych dziesięć lat, aby wyszła w Polsce ta od której wszystko się zaczęło. „Siedmiopiętrowa góra” skradała serca czytelników, a przecież miała być pożegnaniem Mertona ze światem i pożegnaniem Mertona z Mertonem. Zachęcony przez spowiednika, pod koniec nowicjatu, Thomas Merton pisze książkę, w której chce uwolnić się od pisarskiego „ja”. To ma być ostatnia książka, pożegnanie z Mertonem i narodziny ojca Ludwika. Książka ukazuje się w czasie zupełnie nieliterackim; jest rok 1948 świat zszywa swoje powojenne rany i drży w napiętym oczekiwaniu na kolejny konflikt światowy. „Siedmiopiętrowa góra” nieoczekiwanie dla Mertona staje się bestsellerem i zostaje okrzykniętą współczesną wersją „Wyznań” św. Augustyna.

A więc trafił: przemówił do serc wielu ludzi, choć chciał mówić tylko do Boga. Z czasem do odosobnionego klasztoru w Gethsemani, który stoi jakby na uboczu  wielkiego świata, zaczynają napływać chętni. Trapiści? Kto wcześniej słyszał o tej surowszej od cystersów regule? Merton mimochodem powtarzał swoim sukcesem literackim większość hagiograficznych legend związanych z początkami cystersów, zakonu z którego wyłonią się później trapiści. Gdy miał przechodzić przez miasto św. Bernard z Clairvaux, najsłynniejszy opat cystersów, matki miały zamykać drzwi i okna, aby ich synowie nie pobiegli za nim. Tak wielką charyzmę wytwarzał wokół siebie. Żyjący w XIII wieku Stefan z Lexington wspominał, jak głoszą legendy, że miał proroczy sen: widział swój uniwersytet stojący w płomieniach, z których odrywa się siedem płonących pochodni. Następnego ranka, w czasie wykładu, wszedł opat cystersów z Quarr, a gdy skończył przemawiać, siedmiu studentów – wraz ze Stefanem – poprosiło go o przyjęcie w szeregi zakonu. Coś podobnego dzieje się w trakcie literackiej wspinaczki „Siedmiopiętrową górą”.  Merton pisze w liście z 1950 roku do swego przyjaciela, benedyktyna Jeana Leclerqa: „Wyobraź sobie, że teraz w Gethsemani jest około stu pięćdziesięciu nowicjuszy. To fantastyczne. Wielu z nich sypia w namiocie na dziedzińcu. (…) W domu panuje młodzieńczy nastrój, pełen witalności i entuzjazmu (w dobrym sensie), niczym w obozie wojskowym podczas przygotowań do łatwej i zwycięskiej wojny. (…) Klasztor jest zatłoczony niczym paryska ulica”. W Polsce prawdziwy wysyp „mertonianów” ma miejsce się w latach 90-tych. Merton trafia na podatny grunt: jesteśmy po upadku komunizmu, szukamy duchowych nauczycieli, no i wciąż wtedy jeszcze żyjemy wielkimi problemami literatury. Merton – poeta, eseista, niespokojny duch, przyjaciel Miłosza, zafascynowany poezją Herberta i Różewicza, jest czytany chętnie… Tamten czas się nie powtórzy, Merton nigdy nie będzie już tak popularny jak 30-lat temu.

I to jest zrozumiałe, że każdy czas ma swój głos, swoich proroków i swoich poetów. Dla nowego pokolenia czytelników – licealistów, studentów – mnich z Gethsemani trąci już myszką. Piszę to ze smutkiem, bowiem sam zaliczam się do tego rozsianego po całym świecie „zakonu mertonianów”. Co więc zostaje po Mertonie? Nie poezja i nie zaangażowanie społeczne (walka o prawa obywatelskie i sprzeciw wobec wojny w Wietnamie), nawet nie śmiały dialog międzyreligijny. Jeśli coś błyszczy nieprzemijająco to właśnie to: pisarz, mnich, pustelnik. I jeszcze to: z paradoksu w paradoks. O tak, to cały Merton.

 

To fragment szkicu na 5O-stą rocznicę śmierci Thomasa Mertona. Całość w grudniowym „W drodze” pod tytułem „Thomas (Paradoks) Merton”  http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16754

Tygrys w pracowni

Stało się. Prowadzę warsztat literacki. Ale na opak: będę mówił o swoim warsztatcie, innych nie dopuszczę do głosu.  Jak głosi plakat, za istotne to mają być treści, by innym oddawać mikrofon: Jak pisać, aby nie zagryźć swoich bliskich, i jak zamilknąć, aby nie zjeść własnego ogona. Warczenie i drapanie, prężenie muskułów i maskowanie się. Tygrysem się bywa, tak w pracowni, jak i poza nią. Pytaniem być może najistotniejszym jest: kto ma klucze do pracowni?

Na zachętę William Blake „Tygrys” w przekładzie Macieja Frońskiego:

Tygrys! Tygrys! Jasno płoniesz
W lasów nocy ciemnej toni,
Nieśmiertelne jakież oko
Twą symetrię mogło począć?