Heather Morris „Tatuażysta z Auschwitz”

Lale Sokołow trafia do Auschwitz w wieku  26 lat. Zostaje tatuażystą, nanosi znienawidzone numery na ludzkie ciała. Któregoś dnia tatuuje młodą kobietę, w której momentalnie się zakochuje.

Nie zna jej imienia, zna za to numer. Postanawia odnaleźć ją w obozie, wyznać miłość, przeżyć Auschwitz i ożenić się z nią. Tatuażystę z Auschwitz jedynie z pozoru czyta się jak historię miłosną. Wnikliwy czytelnik dostrzeże jeszcze jeden wielki temat: jak ocenić więźniów obozów koncentracyjnych zmuszonych do wykonywania rozkazów oprawców? Po wyzwoleniu bohater zmienia nazwisko, wyjeżdża z Europy do Australii.  To dosyć daleko. W zasadzie: koniec świata. Czy tam, właśnie na końcu świata, będzie anonimowy? Czy nie spotka nikogo, komu naznaczył ciało numerem? Czy może iść przez ulice nie rozglądając się podejrzliwie? Dopiero po śmierci żony i na krótko przed swoją własną decyduje się na spowiedź życia, z której Heather Morris stworzy „Tatuażystę…” I to jest też ciekawe: jakby Sokołow nie był pewien, czy na pewno zostanie dobrze zrozumiany, mówi, mówi, mówi, a gdy wszystko już opowie, nie zdąży wysłuchać reakcji słuchaczy.  Być może trzeba „opakować” te dylematy we wzruszającą opowieścią miłosną, by zostały raz jeszcze wysłuchane.

Warto przeczytać „Tatuażystę…”, a jeszcze bardziej przeczytać to, co Lale Sokołow mówi między wierszami. Moje „Atramentowe piętno” próbuje zwrócić na to uwagę w wakacyjnym „Znaku” – http://www.miesiecznik.znak.com.pl/atramentowe-pietno-morris/

 

Reklamy

Czytani przez Auschwitz

Imre Kertesz w „Dzienniku galernika”: „Słyszę opinię, że spóźniłem się z tym tematem. Że już nie jest aktualny. Że ten temat trzeba było podjąć wcześniej, przynajmniej dziesięć lat wcześniej, i tak dalej. A ja teraz znowu sobie uświadomiłem, że tak naprawdę nie interesuje mnie nic poza mitem Auschwitz. Jeśli myślę nad nową powieścią, znowu myślę tylko o Auschwitz. O czymkolwiek myślę, zawsze myślę o Auschwitz. Jeśli mówię o czymś na pozór całkiem innym, to i tak mówię o Auschwitz. Jestem medium ducha Auschwitz, Auschwitz mówi przeze mnie”.

Już nie będzie powstać literatura obozowa pisana przez tych, którzy przeżyli, przez świadków. Teraz „duch Auschwitz” będzie czytał nas, zadając te same pytania.
O wyjątkowym zbiorze dziesięciu literackich głosów byłych więźniów Auschwitz można przeczytać w tekście „Czytani przez Auschwitz” zamieszczonym na stronie Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2018/01/26/czytani-przez-auschwitz/

Auschwitz. Później

Z pierwszego pobytu w muzeum w Auschwitz niewiele pamiętam. Byłem dzieckiem, był PRL, a przewodnik żonglował liczbami po mistrzowsku. Druga wizyta w Auschwitz to oglądanie rzeczywistości oczyma mężczyzny. Po tamtym dziecku nie ma już śladu. Ale jest Auschwitz.

Zwiedzającego Auschwitz uderzają dwie rzeczywistości. Pierwsza jest oczywista: namacalność historii, doświadczanie jej niemal wszystkimi zmysłami. Żwir z alejek pomiędzy barakami chrzęści pod stopami, wnętrze budynków wita chłodem, zaś w drewnianych barakach wyczuwalny jest zapach drewna. Tak, jest przyjemny, ale czy w tym miejscu zapach drewna może być… przyjemny? Śpiew ptaków przysiadających na drucie kolczastym jest doświadczeniem szokującym – zachwycać się, czy udawać, że tego nie ma? Zwiedzanie Auschwitz angażuje zmysły, natężenie bodźców jest doprawdy wysokie. Nie wszyscy sobie z tym radzą. Rzeczywistość druga to zderzenie ze zwiedzającymi. Reakcje przyjeżdżających są przeróżne. Powolne kroki,  głębokie – niemal medytacyjne –  skupienie, zwiedzanie w milczeniu. Cisza i szacunek. Poszukiwanie niemożliwych odpowiedzi na przerażająco proste pytania. Auschwitz: miejsce pamięci, cmentarz, muzeum. I jest też postawa zupełnie inna, szokująca nie mniej niż obiekty wystawowe. Roześmiani, gadatliwi, krzykliwi. Ubrani w plażowe klapki lub buty na niebotycznie wysokim obcasie. Krótkie spodenki, jeszcze krótsze sukienki. Tamten poluje na pokemona, a ten popija z piersiówki za barakiem. Wszechobecność telefonów komórkowych: ktoś głośno rozmawia, ktoś gorączkowo odpisuje na smsa. Króluje „selfi z rąsi”. Fotka na tle bramy z napisem Arbeit macht frei, fotka w baraku, fotka przed szubienicą. Spoglądam na twarze pozujących. Uśmiechają się. Całują. Obejmują. Niesmaczne pozdrowienia żywych z piekła na ziemi.

Pytam, zadaję mnóstwo pytań pracownikom muzeum, przewodnikom. Dlaczego pozwalacie na gorszące zachowanie zwiedzających, dlaczego ich nie upominacie? Z wymijających odpowiedzi układa mi się fundamentalne przesłanie: obsługa muzeum reaguje tylko na zachowanie mogące zniszczyć zbiory muzeum. Wsłuchuję się w rezonującą we mnie odpowiedź. Tak, mają rację. Nie można nakazać człowiekowi, by zachował się odpowiednio w miejscu Zagłady. Nie różnimy się tak bardzo od żyjących wtedy, w czasie drugiej wojny światowej.

27 stycznia 1945 roku Armia Czerwona dociera do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Zastają szokującą prawdę oraz około 7,5 tysiąca więźniów. Niemal pięciuset umiera w pierwszych dniach wolności. Na terenie obozu znajduje się jeszcze około sześciuset ciał więźniów zastrzelonych tuż przed wyzwoleniem. Żołnierze rosyjscy znajdują też rzeczy, z którymi nikt nie wie co zrobić – 7 ton ludzkich włosów, magazyny pełne walizek, butów, okularów…

To fragment tekstu „Selfi z rąsi” króluje w Auschwitz” dostępnego na stronach Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/06/14/selfi-z-rasi-kroluje-w-auschwitz/