Brewiarz w Almanachu

Ta strona to czysty lans, żadnych objawień. Zatem z kronikarskiego obowiązku, ale również zaspokajając swoje ego, czynię wiadomym, że w najnowszym Almanachu olsztyńskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich znalazły się moje wiersze.

Przygotowałem całość swego psałterza, a więc cykl wierszy „Brewiarz”. Całość, czyli taka gratka dla fanów.

Reklamy

Tygrys w pracowni

Stało się. Prowadzę warsztat literacki. Ale na opak: będę mówił o swoim warsztatcie, innych nie dopuszczę do głosu.  Jak głosi plakat, za istotne to mają być treści, by innym oddawać mikrofon: Jak pisać, aby nie zagryźć swoich bliskich, i jak zamilknąć, aby nie zjeść własnego ogona. Warczenie i drapanie, prężenie muskułów i maskowanie się. Tygrysem się bywa, tak w pracowni, jak i poza nią. Pytaniem być może najistotniejszym jest: kto ma klucze do pracowni?

Na zachętę William Blake „Tygrys” w przekładzie Macieja Frońskiego:

Tygrys! Tygrys! Jasno płoniesz
W lasów nocy ciemnej toni,
Nieśmiertelne jakież oko
Twą symetrię mogło począć?

Mariusz Sieniewicz „Plankton”

Rok 2092, zamachy terrorystyczne niemal zrównały z ziemią Kraków. Do tego czasu Rosja przyznała się wreszcie do zamachu smoleńskiego, a przez Europę przetoczyły się dwie wojny religijne. I jest nowa geopolityka: siedzibą Watykanu został Sztokholm, jest czarny papież Adam I, a stolicą Polski został Olsztyn. Tyle tylko, że nie ma Polski, a zamiast niej panuje Polacja. Islam ponownie stanął u bram Europy. Jedynym ratunkiem jest wiara i Kościół. Politycy przestali się liczyć, a władzę przejął kler. Bóg, Honor, Polacja – i wszystko jasne.
„Plankton” Mariusza Sieniewicza nie jest bynajmniej odpowiedzią na kolejne części „Metra” Dmitra Glukhovskiego. Dystopijna rzeczywistość przeraża, bo przerażać musi. Duchowieństwo podporządkowało sobie polityków, a po zniesieniu celibatu to właśnie kapłaństwo jest pełnym uczestnictwem w życiu obywatelskim. Zakony skrzętnie przejęły poszczególne gałęzie zarządzania państwem: cysteri – rolnictwo i kontrola rynku spożywczego, dominikanie – edukacja, benedyktyni – poligrafia, jezuici – tajne służby, augustianie – sądy, franciszkanie – opieka społeczna i street workerzy… Zakonnice składają śluby milczenia, które są skrupulatnie egzekwowane przez odcięcie języka. Z wyjątkiem Maryi wszystkie imiona kobiecych świętych został „zmężnione”: zamiast Teresy jest Teres, a zamiast Faustyny jest Faustyn.

Powieść Mariusza Sieniewicza wyrasta z rozczarowania współczesną Polską i Europą. Autor celnie punktuje przejawy sojuszu tronu z ołtarzem, a jeśli dodamy do tego imponującą wyobraźnię językową – robi się strasznie i śmiesznie zarazem. Oto wszędzie nad głowami obywateli Polacji latają wrony-drony rejestrujące wszystko i wszystkich. Oto Lech Kaczyński okazuje się ostatnim prezydentem człowiekiem, po nim następują już tylko prezydenci – avatary. Oto pomniki narodowe uciekają wraz z ludźmi ze zniszczonego Krakowa. A jest to scena (świetna!), której wyobraźnia nie jest w stanie do końca sprostać: „Wśród uciekinierów, repatriantów, tułaczy widzę ożywione pomniki władców, świętych, poetów i bohaterów. Idą z trudem, aż trzeszczy marmur, aż obłupuje się granit. Nikogo z ludzi to nie dziwi, jakby los uciekiniera jednoczył każdego – materię i żywych. (…) Oto pomnik Mickiewicza wyprzedza popiersie Jana Pawła II i Wałęsy. Rzeźbiony w bryle Fredro popycha Grottgera, Ofiary Faszyzmu prawie tratują Nieznanego Żołnierza, którego nieco niezdarnie wspiera popiersie Pączyńskiego, a Wyspiański depcze Skrzyneckiemu po piętach”. Taki mniej więcej jest świat Polacji – dziwnie znajomy i dziwnie odległy zarazem. Można zatrzymać się na tym etapie odczytania „Planktonu”, pośmiać się przez łzy, wskazać, że to monomachia naszych czasów i zamknąć temat.
Jest jednak jeszcze jeden poziom odczytania „Planktonu”. Mam nieodparte wrażenie, że jest to książka z zacięciem metafizycznym. Od wielu lat czekam na współczesną powieść metafizyczną i poza „Lodem” Dukaja nic nie pasuje do tego miana. „Plankton” jest powieścią także religijną (metafizyczną), ale napisaną w inny już sposób. Nie da się posługiwać się pojęciami, które tkwią jeszcze w literaturze Dostojewskiego i filozofii Nietzschego. Nic i nihilizm już nie przemawia, jest językiem dawnej epoki. Dziś mamy drwinę, śmiech i memy – każda poważna dyskusja może zostać zastąpiona przez rechot. Sieniewicz wchodzi zupełnie świadomie w ten świat, sam używa języka śmiesznego i strasznego zarazem, a ta para, podobnie jak w średniowiecznych katedrach, będzie nierozłączna. Wybór franciszkanina na głównego bohatera jest wpisaniem się w wielki korowód postaci, od spirytualistów, Joachima de Fiore, Savonarolę, bohaterów „Imienia róży”, po współczesnego papieża. Biedaczyna z Asyżu i „naiwność” Ewangelii zestawione są z Polacją i zadają pytania o granicę kompromisu. Przed wyborami musi stanąć bohater, brat Artur, który stara się trzymać ducha Ewangelii. Państwo zdominowane przez Kościół jest rządzone za pomocą dawnej zasady panem et circenes, stąd potrzeba dostosowania nauczania Kościoła do nowych wymogów. Jak pisze Sieniewicz: „Tutaj nasz Kościół poszedł na kompromis z ludem. Klonowanie, owszem, ale w zamian – całkowity zakaz aborcji i in vitro”. I jest to pytanie, które przewija się przez cały „Plankton”: czy wytyczne Ewangelii są niezmienne? Czy żyjąc w płynnej rzeczywistości nie chcemy zmienić zasad nauczania Mistrza z Nazaretu? Oczywiście, że chcemy. Powieść Sieniewicza pokazuje konsekwencje takiego wyboru. Kluczowe zdanie „Planktonu” brzmi: „Fundamentem jest nicość”. Na tym zdaniu opiera się metafizyczna oś książki. Homo planctus, narzeka jeden z księży, rodzi się bez poczucia transcendencji. Zamiast naturalnego głodu Boga posiada w sobie głód konsumpcji. Gromadzenie promocji, punktów lojalnościowych, zniżek, ma zagłuszyć wołanie o transcendencję. Jest w nas dziura, nicość, druga przestrzeń, której może sprostać tylko Ten Drugi. Spotkanie z Nim jest jednak ryzykowne. Jest to przecież stanięcie sam na Sam, które wytraca z poczucia bezpieczeństwa. Mylimy pragnienie Boga z zadowoleniem konsumenta, zdaje się mówić miedzy wierszami Sieniewicz.
W świecie śmiesznym i strasznym „Plankton” zawiera jeszcze jedną interesującą myśl. Nie da się nieustannie „śmieszkować”, uciekać od odpowiedzialności w bezpieczną kpinę, czy nawet w pogodny cynizm. Choć możemy tego nie chcieć, należy stanąć po stronie wartości. Jeśli oddamy je, bo nie chciało się nam angażować, to nie wrócą do nas. Staniemy się planktonem. Wartością przewodnią książki jest miłość. Zdecydować się na miłość – ojcowską, matczyną – to wystawić się na zranienie. Na możliwość utraty. Na poczucie bezsilności. Ale dlatego właśnie – dla tej miłości zrobimy wszystko. I chociaż w chrześcijańskim, religijnym, odczytaniu „Planktonu” będę tu widział odwołanie do Boga Ojca, do Chrystusa cierpiącego, to powiedzmy szczerze: Mariusz Sieniewicz nie daje aż tak jednoznacznych wskazówek. Jako autor nie musi tego robić; to jest już praca dla czytelnika.
Trzymając się narzuconej przez Sieniewicza metafory – możemy być planktonem, który zostanie pożarty przez lewiatana. Tego lewiatana sami możemy stworzyć. Chyba, że staniemy mu kością w gardle.

Tekst zamieszczony na stronie Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/10/19/w-swiecie-smiesznym-i-strasznym/