Cielecki w oślej ławce w Szkole Pisania im. Ryszarda Przybylskiego

 

Każdy esej Ryszarda Przybylskiego był jednym z tych światów, które zawieszają mechanizm czasu. Stan ontologiczny: zaczytany. Niby jest praca, niby są obowiązki i powinności, ale tak naprawdę się czyta. Historia literatury z pewnością za jakiś czas będzie mówić o eseistycznej szkole Przybylskiego. Jest to bowiem szkoła podwójna – pisania i czytania. Przybylski pisze, uruchamiając w czytelniku mechanizmy skojarzeń, wytyczając ścieżki wędrówek wewnętrznych, prowadząc od zaciekawienia, kontestację aż do zgody lub nie milknącego wewnętrznego sporu. Nie da się bowiem przejść obojętnie wobec „litery” Przybylskiego. „Baśń zimowa” niezwykły esej o „niepogodnej” starości czy „Rozhukany koń” będący studium mistycznego myślenia Juliusza Słowackiego – to jedynie dwa tytuły, które zagnieździły się we mnie głęboko. Pustelnicy i demony, tym razem esej o Ojcach Pustyni, to dzieło, którego lektura nieprzerwanie wywołuje rezonans. Jest to zresztą esej, który – mam takie wrażenie – w latach 90-tych dokonał swoistego wyprowadzenia intelektualistów zainteresowanych rzeczywistością duchową raz jeszcze na pustynię. Skończyło się państwo prześladujące, zmieniły się zasady walki, choć samo zmaganie trwało dalej. Tak też było w IV wieku, gdy ustały prześladowania chrześcijan, a pustynia egipska stała się polis monachorum. Warto zauważyć, jak wiele osób – pomimo wszelakich różnic światopoglądowych – uważa „Pustelników i demony” za swój tekst, adresowany do siebie. Dedykacja – Jerzemu Nowosielskiemu – wyjaśnia jeszcze bardziej, o jakiej wspólnocie piszę. „Pustelnicy i demony” to swoisty akt irygacyjny Szkoły Pisania im. Ryszarda Przybylskiego. Przywołane tytuły ustanawiają w moim przekonaniu jakąś cezurę życia kulturalnego w Polsce.

Wiem, że istnieje metafizyczna, duchowa, Szkoła Pisania im. Ryszarda Przybylskiego. Znam w niej swoje miejsce – to ośla ławka. Teraz dopiero uczę się czytać, uczę się pisać.

 

To fragment mojego małego eseju o swoistej Szkole Pisania im. Ryszarda Przybylskiego. Napisać, że wzoruję się na nim, to nic nie napisać. Tekst znalazł się w książce „Mistrz. Ryszard Przybylski (1928-2016) in memoriam” (Wydawnictwo Sic!)

Reklamy

Olivier Clement. Prawosławne serce Zachodu

Przez wiele lat myślałem, że jest osobą duchowną. Gdy dotarło do mnie, że brak „ks.” lub zakonnych skrótów po nazwisku nie jest wyrazem skromności, ale oznaką życia świeckiego, zacząłem go uważniej czytać. Olivier Clément (1921–2009) był pisarzem płodnym – wolał pisać, niż zajmować się karierą akademicką – a jednak poza książkami interesowało mnie też jego życie. Zwłaszcza ten jeden moment, chwila w dniu, w którym wszystko stało się jasne.

Wiele razy o tym wspominał, zawsze jednak oszczędnie, jak gdyby zatrzymywał się na progu samego wydarzenia, mówiąc: Dalej idę sam.

Paryska ulica, antykwariat przy bulwarze Saint-Germain, Europa warczy na siebie zza żelaznej kurtyny. Szukałem daty tego wydarzenia. Wiem, że do Paryża przybył w 1948 roku, a 1 listopada 1956 roku przyjął chrzest w Kościele prawosławnym, zatem musiało się to wydarzyć w czasie tych ośmiu lat. Może specjalnie ukrył tę datę, skoro nie była już ważna? Po co ci data, skoro zaglądasz w Tamtą Rzeczywistość? Pewnie lepiej powiedzieć o tym, używając stylu biblijnego. Zatem niech będzie: W owym dniu, w hałasie tramwajów, w pośpiechu zdążających do pracy, w nagabywaniu natrętnych i w klaksonie samochodów, zatrzymuje się przed antykwariatem. Za szybą widzi ikonę typu deesis, czyli orędownictwo: pośrodku Chrystus, po Jego bokach stoją Maryja oraz Jan Chrzciciel. Zadłuża się, aby ją kupić. Powraca tu echo przypowieści o ukrytym skarbie i perle (Mt 13,44–46). „Od tamtej pory ikona stoi na moim biurku”, pisze w swojej duchowej autobiografii Inne słońce. Zastanawia mnie ten moment, ledwie naszkicowany przecież, choć da się w nim poczuć silną wibrację. Nawrócenie? Nie pasuje mi to słowo. Wyobrażam sobie, że wtedy, pomiędzy turkotem kół samochodów i zmęczeniem robotników mijających się zmian, następuje Spojrzenie. Kto spojrzał pierwszy? Chrystus zza wystawowej szyby zatrzymany na miedzianej, wytłaczanej i pokrytej emalią ikonie? A może on, zagubiony w swoich duchowych poszukiwaniach rozpiętych pomiędzy duchowym światem Indii a dziwnym blaskiem Ewangelii? Kto kogo szukał, kto kogo wypatrywał – zostanie w milczącym Spojrzeniu. Każdy, kto widział ikonę Zbawiciela (ros. Spas) namalowaną przez Rublowa, wie, o czym mowa. Jezus przechodzi, ale właśnie się obrócił i podniósł wzrok. Oczy się spotykają. Oderwać się od tego Spojrzenia nie sposób. Czy właśnie wtedy przypomniał sobie rozmowę ze starszą siostrą? W Innym słońcu zapisał ją dosyć wiernie. „Co to jest śmierć?”, zapytał mały Olivier. „Śmierć to nicość”, odpowiada siostra. „Przez chwilę nie mogę oddychać. A więc tak, jak się uczyłem, usiłuję opanować lęk, oddychając głęboko i mocno uciskając skórę na brzuchu”. A teraz, w owym dniu, widzi Tego, który przeszedł przez śmierć. Zamiast nicości dostrzega w oczach Jezusa coś zupełnie innego.

 

To fragment szkicu poświęconego postaci Oliviera Clement. Całość do przeczytania w styczniowym numerze „W drodze” – http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16790

Zimna dekada

Niezauważalnie mija jedna z najważniejszych dekad w literaturze polskiej. Ponad 10 lat temu wydany został „Lód” Jacka Dukaja.

Rasputin, Piłsudski, Tesla, Ojciec Mróz i Benedykt Gierosławski, człowiek który nie istnieje – czy mógłbym wybrać lepiej? Towarzystwo z najwyższej półki, a w powieści „Lód” Jacka Dukaja są ożywieni i nakreśleni z werwą oraz niesamowitym rozmachem. Najmniej znany spośród nich, główny bohater powieści Benedykt Gierosławski, w niczym nie ustępuje przywołanym sławom: nałogowy hazardzista, wybitnie uzdolniony matematyk, hulaka, wreszcie awanturnik zaplątany w sytuacje bez wyjścia. Jakie jest bowiem wyjście będąc postawionym pomiędzy Bogiem a Historią, miłością a przeznaczeniem?

 

 

Lód” Dukaja spełnia z nawiązką oczekiwania literatury w Polsce ostatnich kilku, kilkunastu lat. I bez tych uwag wstępnych ani rusz. Po pierwsze, otrzymujemy wreszcie powieść. Patrząc wstecz na laureatów literackiej Nike to pomiędzy „Gnojem” Kuczoka a „Traktatem o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego jest różnica nie tylko kilkuset stron, ale również różnica ciężaru doświadczeń życiowych każdej z nich. Cóż, zdawało się, że trzeba się uzbroić w cierpliwość, poczekać razem z prozaikami, aż za jakiś czas staną się pisarzami. Wybawienie przyszło z najmniej spodziewanej strony. Dukaj, reprezentant literatury „fantastycznej” dał nam powieść, na którą czekaliśmy. Po drugie, „Lód” jest powieścią niemal klasyczną, opartą na XIX – wiecznym kręgosłupie. Mamy tak pomijane przez ostatnich twórców długie opisy przyrody (zachwycające), trwające po kilka, kilkanaście stron dialogi oraz monologi będące w istocie mini traktatami o sprawach najważniejszych – Bogu, ojcostwu, przeznaczeniu…Po trzecie, niesłychana wyobraźnia i pracowitość. W dominującym na rynku księgarskim wyścigu szczurów oraz nieustannym poszukiwaniu młodych i coraz młodszych twórców oraz cudownych objawień, Dukaj prezentuje coś znacznie mniej popularnego: ciężką, wieloletnią pracę oraz niespożytą wyobraźnię.

I wreszcie: fabuła. Fabuła, której sprawozdawczy opis w żaden sposób nie wyczerpie, mówimy wszak o książce, która liczy ponad 1000 stron gęstej prozy. Bo jak napisać o rzeczywistości, w której nie wybuchła I wojna światowa, nie ma Polski, imperium rosyjskie skute jest lodem, a po ziemi wędrują przedziwne lute, anioły Mrozu? Bo jak opisać, że w rzeczywistości Mrozu zamarza prawda i fałsz? Królestwo Niebieskie to czy kraina potępienia? Zadanie Benedykta Gierosławskiego, by dotrzeć do Ojca Mroza i prosić o wyzwolenie Polski spod lodu, jest w rzeczywistością stawką o rzeczy również inne, co wcale nie znaczy, że pomniejsze.

Historia odmieniana przez przypadki

Z wielu tematów, które są rozważane na kartach powieści, moją uwagę przykuwają rozważania Dukaja o historii. Pod tym pojęciem bohaterowie „Lodu” rozumieją zupełnie różne rzeczy: jedni widzą tu Boga, inni z kolei Historię, czyli metafizyczny sens istnienia świata, dalsza część z nich odczytuje tu Opatrzność Bożą, wreszcie są tacy, dla których to po prostu relacja pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Jedną z myśli przewodnich jest niezmienność, czyli zamrożenie. Zastygnąć w światopoglądzie zerojedynkowym, prawda fałsz, nic ponad to. To echo słów z Ewangelii Mateusza: „Nie wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). Nie mieć wątpliwości, jeno pewność samą, zamiast pytań, same odpowiedzi – któż by tak nie chciał? W Kraju Lutych, a więc wszędzie tam, gdzie panuje zima, ludzie nie mają snów, nie dostają z talii od razu pokera, nie ma marzeń. Kto przybył z krain Lata, zamarza – zastyga – takim, jakim jest momencie przybycia. Nie zakocha się nagle, nie nawróci się, nie wyzdrowieje, nie wpadnie na genialną myśl – zamarzło się. W fabularny sposób Dukaj prowadzi jedną z najciekawszych dyskusji: o jakiego Boga wołam? Czy pragnę Boga Niezmiennego, czy Boga Miłosiernego? Bohaterowie tu i tam wołają o przebaczenie, ale miłosierdzie należy do porządku szaleństwa, miłosierdzie należy do porządku Lata… Bóg z Kraju Lutych mówi tylko prawdę, najwłaściwszym językiem komunikacji pozostaje zatem matematyka, dogmatyka, logika. Jeden z bohaterów, starzec Aczuchow, stwierdza: „Jak mogę umrzeć – bez przeszłości? Jak mogę zostać zbawionym – bez przeszłości? Jak wy możecie żyć – bez przeszłości? (…) Bo jeśli nie ma Historji – nie ma człowieka!”. Wspaniałe są te zdania, bowiem trafiają w sedno przesłania chrześcijaństwa. Jego centralnym miejscem jest jednak doświadczenie przebaczenia. Jezus nie jest naiwnym pocieszycielem, rozdającym swoje przebaczenie na lewo i prawo jak byle promocję. Przeciwnie, z kart Ewangelii wynika, że udziela przebaczenia wtedy, gdy grzesznik sam przyznaje się do winy.

Jeszcze inny bohater, doktor Konieszyn, zauważa: „Historja może istnieć tylko pod Lodem: nie ma Historji, gdy nie istnieje przeszłość. Pozostawieni każdy w swoim Teraz (…) – oto co dostajemy: wojnę, chaos, zniszczenie (…)”. Waga rozmyślań w prozie Dukaja jest znaczna: tu bohaterowie mówią rzeczy istotne, nie prowadzą dialogów niepotrzebnych. Czy pewność zerojedynkowa, prawda-fałsz, ochroniłyby ludzkość od rzucania się sobie do gardeł? Jakkolwiek nie zamierzam zdradzać swoich odczytań „Lodu”, nadmienię, że powieść skrzy się od intryg, pościgów, pojedynków, miłości i miłostek, pracowni alchemicznych i salonów towarzyskich. Imponują nie tylko badania historyczne, których podjął się Dukaj do zilustrowania ubioru, zastawy stołowej, czy kwestii politycznych przełomu wieku XIX i XX, co bardziej jeszcze zdumiewa wyobraźnia pisarza. Jeśli bowiem wszystko skute jest lodem, jak wygląda kwestia opału, podróżowania, jak intensywności światła wpływa na wzrok, jak metale i głazy wytrzymują temperaturę ujemną? Rozwiązania Dukaja są iście inżynierskie: autor zaplanował świat, nad którym doskonale panuje. Ot, choćby jeden przykład: gdy ruszasz w pościg nie szukasz śladów na ziemi, tam zmarzlina i kilka rodzajów śniegu, ale patrzysz na otwory pozostawione przez sylwetki w lodowatej mgle. Osobną kwestią są postacie historyczne, jak Piłsudski czy chociażby Rasputin, których obrazuje pisarz w sposób niezwykle oryginalny. To pełnokrwiste charaktery, posiadające swoje ambicje, marzenia, trawiące ich wewnętrzne demony. Szczególnie Piłsudski w wydaniu Dukaj musi budzić zaskoczenie: z uporem na granicy obłędu, świat cały by sprzedał, byleby ojczyznę odzyskać.

Jako ojciec, jako syn

I na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jedno, zdawałoby się niepozorne, zdanie, które pojawia się jakby mimochodem w trakcie jednej z wielu dyskusji. „Bracia Karamazow” są opowieścią o synach, czy o ojcach raczej? Kwestia ojcostwa – rozpatrywana zawsze w znaczeniu metafizycznym – przewija się nieustannie na kartach powieści. Benedykt Gierosławski zmierza do swego ojca, który w jakiś sposób stał się figurą tajemniczą, Ojcem Mrozem. W trakcie swej podróży Benedykt zaneguje, jak i potwierdzi, własną relację synowsko-ojcowską, a czytelnik pozostanie z niejasnym przeczuciem, że znów są tu subtelne odwołania do Ewangelii.

Zimna dekada

Nie sposób wyczerpać bogactwa „Lodu”. Próbował tego Janusz Opryński w sztuce teatralnej, ale rzecz nie znalazła uznania wśród krytyków. Zamiast czterogodzinnego spektaklu pewnie potrzeba wielkiego filmowego dzieła, jak to zrobił Peter Jackson z „Władcą pierścieni”. Może geniusz współczesnego kina, Christopher Nolan, mógłby się z tym zmierzyć? Choć z ciekawością ujrzałbym takie dzieło, to nie jestem przekonany, że film udźwignąłby cały ciężar „Lodu”. Jego siła to wciąż język, genialne przedstawienie historii Polski, silne odwoływania do kultury, do kanonu lektur (Prus, Sienkiewicz), do tych specyficznych duchowych melodii, na które tak wyczulony jest polski duch. Gdy patrzę wstecz widzę to wyraźnie: literatura polska przez dekadę żyła pod panowaniem „Lodu”. Gdyby nie to wielkie dzieło – dosłownie i w przenośni – zapewne nie powstałyby „Księgi Jakubowe”, ani inne, monumentalne cykle powieściowe (np. Cherezińskiej). Wiem jedno: gdyby miało nie być „Braci Karamazow”, to „Lód” ich zastąpi. Po latach oczekiwań i zawodów, oglądania się na arcydzieła przeszłości, nagle literatura zrobiła krok dalej. To szczęście widzieć, jak to dzieje się za własnego życia. Że żyło się w dekadzie „Lodu”, pod jego literackim panowaniem. Słowem: zamarzło i długo, oj długo,  nie będzie odwilży.

 

Tekst opublikowany na stronach Laboratorium Więzi:  http://wiez.com.pl/2018/12/31/literatura-polska-przez-dekade-zyla-pod-panowaniem-lodu/

 

 

Mertoniada

Czuje to każdy czytający Thomasa Mertona: ostatnie miesiące roku 1968 po prostu pędzą do Bangkoku. Jakby wystrzelony wiele lat wcześniej pocisk dosięgnął wreszcie celu. W Bangkoku spotka swoją śmierć, która zamknie jego życie zaskakującą klamrą.

Ostatni rok życia Mertona to jedna wielka podróż. Podróż wewnętrzna i podróż zupełnie realna. Od wojny w Wietnamie, trapista źle czuł się w swoim kraju. Polityka prowadzona przez USA dławiła go do tego stopnia, że myślami wciąż wędrował do Chile lub Nikaragui. Poszukiwał też dla siebie miejsca w obrębie zarówno zakonu, jak i klasztoru. Naglący od dłuższego czasu głos życia pustelniczego ostatecznie zrealizował się w sierpniu 1964 roku, gdy został zwolniony z funkcji mistrza nowicjatu. Wtedy też został pustelnikiem na pełny etat. Zamieszkał w małym domku rekolekcyjnym w obrębie klasztornego lasu.

Poznana dwa lata później młoda studentka pielęgniarstwa Margie raz jeszcze zmusi go do określenia, gdzie znajduje się jego serce. Wzajemna fascynacja – nie romans i nie związek – powoduje złożenie na ręce przełożonego zobowiązania do życia w samotności. Zobowiązanie było pomysłem opata Foxa i początkowo Merton traktował je podejrzliwie, jako rzecz mu narzuconą. Później wydawał się być nie tyle pogodzony, ile zadowolony z raz jeszcze wybranej samotności. Poznanie Margie na swój sposób wpisuje się w doświadczenie ojców pustyni. Oni również przeżywają fascynacje kobietą, choć apoftegmaty przekazują to w nieco demonicznej wersji.

Pustelnia Mertona zaczyna się zapełniać. To już nie tylko pojawiający się od czasu do czasu eteryczny duch Margie, ale bardziej namacalni: Abraham Joshua Heschel, Jacques Maritain, Czesław Miłosz czy buddyjski mnich Nhat Hanh. „Otrzymuję niezliczone zaproszenia, które muszę odrzucić. Zdecydowałem jednak, że skoro jestem pustelnikiem, to powinienem nim pozostać. Oznacza to, że nigdzie nie będę występował ani publicznie, ani półpublicznie. Czy zgodzisz się, że jest to decyzja dla mnie właściwa?” – pyta w liście do Leclerqa z 10 listopada 1967 roku . Na początku kolejnego roku dzieli się ze swoimi przyjacielem pomysłem, który zamierza przedstawić nowemu opatowi: „powinienem otrzymać zgodę na odbycie każdego roku jednej, trwającej miesiąc lub sześć tygodni, dyskretnej i owocnej podróży monastycznej, podczas której odwiedziłbym klasztory innych religii i tradycji, a niektóre z naszych. Podróż w 1968 r. – konferencja AIM” (Leclerq 14 stycznia 1968). Ta siłą rzeczy skrótowe przedstawienie pustelniczego życia Mertona ma za zadanie zasygnalizować podstawowy paradoks mnicha z Gethsemani: dla życia pustelniczego największym zagrożeniem jest sam pustelnik.

To fragment szkicu zamieszczonego na stronie Więzi – http://wiez.com.pl/2018/12/28/mertoniada/

Merton ważny  jest i basta.

Moje „strzelczyki”

Ksiądz Grzegorz Strzelczyk to ten rodzaj teologa, który nieustannie mnie zdumiewa. Sposób w jaki odczytuje chrześcijaństwo sprawia, że religia ta promieniuje w sposób podnoszący. Wydaje się, że wchodzimy w Obłok, już teraz.

Mam swoje „strzelczyki”. To wypowiedzi, które rozgryzam, powracam do nich i karmię się nimi. Ot, taki przykład: „Chrześcijaństwo jest proste jak budowa cepa: przyjąć przebaczenie, być gotowym wydać życie za drugiego i codzienność konfrontować z przykładem Chrystusa, przegadywać z Bogiem”. Albo „strzelczyk” w odpowiedzi na pytanie czy szatan pokonał Jezusa:  „To, co widzimy, to podrygi. Jeśli odetnie się zwierzęciu ogon, on przez chwilę jeszcze się porusza. Kura z uciętą głową biega przez jakiś czas, robiąc sporo zamieszania. Szatan będzie starał się przekonać nas, że stać go na więcej, że „mecz wciąż trwa”, że toczy się walka równorzędnych sił. To ostatnie kłamstwo, na jakie może się zdobyć. Gdy zaczynamy wierzyć, że demon jest równorzędnym przeciwnikiem Boga, oddajemy mu chwałę i wchodzimy w bałwochwalstwo! „Martwym ogonem” można nieźle oberwać, niemniej pamiętajmy: jest on martwy. Najlepiej odsunąć się na bezpieczną odległość”.

Teraz mam nowy aresenał „strzelczyków”, dzięki książce-rzece Anety Kuberskiej-Bębas „Wolność, wiara, Bóg. Rozmowy o chrześcijaństwie”, o której piszę w recenzji w październikowym „W drodze” -http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16714 . Jeden z nowych „strzelczyków” to wypowiedź na temat sądu po śmierci: „Nasz mózg zapomniał, wyparł, nałożył przeinaczającą interpretację. Nagle to przestaje tak funkcjonować. Jedyną możliwość decyzji mamy w Bogu. To, co działa, działa przez Boga. Dlatego ten sąd jest poniekąd taki straszny, ale też dlatego tam się będzie musiało najbardziej ujawnić Boże miłosierdzie. Moim zdaniem już samo opadnięcie ograniczeń mózgu to swoisty akt miłosierdzia”.

Nie dziękujcie, to ksiądz Grzegorz Strzelczyk.

 

Marketa Zahradnikova „Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowy z księdzem Zbigniewem Czendlikiem”

Ostatnio media podały, że jeden z księży w Polsce zmienił godzinę odprawiania mszy, aby móc oglądać Mundial. Z zainteresowaniem słuchałem wypowiedzi parafian z wszem i wobec, którym pomysł bardzo się spodobał. Czekałem na jakś wypowiedź hierarchii kościelnej, ale tu zaległo milczenie. Swoją drogą, to bardzo ciekawe zestawienie: gdy parafianie aprobują coś – Kościół milczy; gdy niepełnosprawni potrzebują wsparcia – Kościół milczy, a gdy prowadzimy spory światopoglądowe – Kościół nie pytany uderza swoim nieznoszącym sprzeciwu głosem. Fascynujące są te napięcia pomiędzy „głosno” a „cicho”, pomiędzy „przemów wreszcie” a milczeniem, pomiędzy „my chcemy żyć w taki sposób”, a „nie, macie żyć w inny sposób”.

Wspominam o tym, ponieważ w czerwcom numerze „W drodze” ukazała się moja recenzja wywiadu-rzeki z księdzem Zbigniewem Czendlikiem. Jak spodobałby się polskim parafianom „pop-proboszcz”? Nie tylko zmienił godziny odprawiania mszy, tak aby każdy mógł się wyspać, ale także ograniczył do minimum kazania. I wiele innych rzeczy, tak że w ateistycznych Czechach stał się najpopularniejszym księdzem katolickim. Legendarna „siła i  świętość polskiego katolicyzmu” czy nowy model duszpasterstwa?

Fragment recenzji dostępny jest tu: http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16614

 

Wojciech Jagielski „Na wschód od zachodu”

Być może żadne inne słowo nie robi tak oszałamiającej kariery na Zachodzie, jak „oświecenie”. Odnaleźć odpowiedź ukrytą w pismach mistyków, przejść pustynię, dotrzeć do świętego miasta. A nade wszystko: przeżyć Wielką Odmianę. Kamal, jedna z bohaterek Na wschód od zachodu, pyta: dlaczego to w Indiach widzę wyraźnie swoje życie, krystalicznie czysto wiem, po co żyć, co jest ważne, a co nie, zaś po powrocie w rodzinne strony wszystko pierzcha, gubi się w natłoku codziennych obowiązków i hałasu? Wojciech Jagielski wyrusza tropem tych, którzy porzucili Zachód – hipisów „Koleżki” i „Świętego” oraz Kamal – aby dostrzec, do jakiej granicy wewnętrznej wolności doszli. I jaką ma to cenę.

„Koleżka” zafascynował się badaniem własnych odmiennych stanów świadomości i przemieszcza się pomiędzy jedną pustynią a drugą z nierozłączną fajeczką haszyszu. „Święty” uciekł od Zachodu, bo pragnął żyć własnym życiem. Dał się prowadzić drodze, tak jak nawoływali wieszczowie rewolucji kulturalnej: Bob Dylan, Jack Kerouac, Allen Ginsberg. Żyjąc na wzór mistrzów, po niemal 40 latach spędzonych w Indiach, ma poczucie duchowej pustki i bezsensu własnego życia. Kamal, a właściwie Kamila, uciekła od dwóch fakultetów, zagranicznego stypendium, rysującej się kariery dziennikarskiej, aby w indyjskich świątyniach narodzić się na nowo. Odrzuca wszystko, co ją łączyło z Warszawą, rodziną, językiem. Staje się kimś innym, nowym. Gdy jej trzynastoletni syn pyta o babcię, o odległego wujka, o całe to przedindyjskie życie, Kamal nie wie, co ma odpowiedzieć. Mówi, że nie rozumie pytania. Przecież liczy się tylko droga, czyż nie?

Jagielski nie udziela żadnych odpowiedzi. Uważnie wsłuchuje się w rwane życiowe opowieści swoich bohaterów. Wędruje z nimi przez pustynię, przesiaduje w kawiarniach. Słucha, zadaje pytania, notuje. Jednocześnie, gdzieś tam na marginesie, snuje własną opowieść, jakby duchowe poszukiwania „Świętego” czy Kamal, mimowolnie zmuszały go do podsumowania własnego życia. Byłem w tych samych miejscach, co oni, a jednak jestem inny, zauważa. Czytelnik szybko dostrzega, że reporter wojenny nie przestaje pisać o wojnie, nawet jeśli pociski nie spadają w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Podróż po oświecenie jest bowiem tylko innym doświadczeniem wojny. Tak, jest jakiś powab, tajemnica, egzotyka wpisana w Indie, które przyciągają do siebie z niesłabnącą siłą. Jednocześnie – czego nie widać na pierwszy rzut oka – sakralna przestrzeń rozpięta pomiędzy Afganistanem, Nepalem, Pakistanem i Indiami jest ziemią, która nie zna pokoju. To obszar niesłabnących konfliktów, wielkich wojen i małych potyczek. Znacznie łatwiej o trywialną śmierć z powodu zatrucia pokarmowego lub przedawkowania narkotyków niż o doświadczenie Wielkiej Odmiany. Gdy z Indii odeszli Brytyjczycy, w ich miejsce weszli hipisi. Ze zwolnionego przez nich miejsca w Europie z chęcią skorzystali młodzi Hindusi. Młodzi, hałaśliwi, butni, cieszący się uzyskaną wolnością od rodzimych tradycji, które ich krępowały. Szybko przejęli zasady Zachodu, którymi tak bardzo pogardzały „dzieci kwiaty”. W ślad za długowłosymi włóczęgami do Indii przyszły dolary, luksus oraz wielkie rozczarowanie. Większość hipisów, która podążyła drogą jogi, wyrzeczeń, medytacji, zawróciła z niej. Oskarżyli swoich duchowych nauczycieli, że byli zwykłymi naciągaczami. Oczekiwania poszukiwaczy Wielkiej Odmiany były zbyt wielkie lub ich możliwości przyjęcia jej zbyt małe. Po kilkunastu latach po śladach hipisów nadeszły zmory Zachodu. Kokaina i heroina wyparły haszysz i marihuanę, wolna miłość uległa seksualnemu niewolnictwu, a pacyfizm został pokonany przez banalność brutalnej śmierci. To, od czego uciekali, dogoniło ich spotęgowane.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronach Instytutu Książki pt. „Doświadczyć Wielkiej Odmiany” http://instytutksiazki.pl/literatura,8,recenzje,25,wszystkie,0,na-wschod-od-zachodu,106.html

Pisane gargulcem

Od kilku lat utknąłem przy myśli, której nie jestem w stanie rozwinąć, popchnąć dalej. Chrześcijaństwo daje wierzącemu wszystkie odpowiedzi – Zmartwychwstanie – a jednak nie potrafimy właściwie stawiać pytań. Mam odpowiedź, ale nie wiem, jak postawić znak zapytania. Ot, i cała mądrość moja. Coś w tym jest, ale nie wie wiem, jak to przekuć. Utknąłem.

Jedną z prób wyjścia z inteletualnego postoju jest ten szkic o strachu. Dawniej w przestrzeni chrześcijańskiej – kazania, duszpasterstwo, architektura, wystrój świątyni – dużo było lęku, przerażenia. Teraz zdaje się, że wszystkie strachy na wróble zostały pospiesznie schowane do szafy. W filmowych horrorach (ale czy tylko tam?) rozwiązanie jest proste: chwytasz za spluwę i bronisz się headshotem. Czy to działa – zależy od filmu. A w życiu, życiu prawdziwym, życiu które chce stać przy Chrystusie? Gdy bestia pożera moje życie zamiast headshota odmawiam Credo. Nie dlatego, że się nie boję. Mówię Credo, właśnie dlatego, że się boję.

Utknąłem?

I o tym jest ten szkic „Jak się dobrze bać”, który został umieszczony na stronie Laboratiurm Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/10/31/jak-sie-dobrze-bac/

Mariusz Sieniewicz „Plankton”

Rok 2092, zamachy terrorystyczne niemal zrównały z ziemią Kraków. Do tego czasu Rosja przyznała się wreszcie do zamachu smoleńskiego, a przez Europę przetoczyły się dwie wojny religijne. I jest nowa geopolityka: siedzibą Watykanu został Sztokholm, jest czarny papież Adam I, a stolicą Polski został Olsztyn. Tyle tylko, że nie ma Polski, a zamiast niej panuje Polacja. Islam ponownie stanął u bram Europy. Jedynym ratunkiem jest wiara i Kościół. Politycy przestali się liczyć, a władzę przejął kler. Bóg, Honor, Polacja – i wszystko jasne.
„Plankton” Mariusza Sieniewicza nie jest bynajmniej odpowiedzią na kolejne części „Metra” Dmitra Glukhovskiego. Dystopijna rzeczywistość przeraża, bo przerażać musi. Duchowieństwo podporządkowało sobie polityków, a po zniesieniu celibatu to właśnie kapłaństwo jest pełnym uczestnictwem w życiu obywatelskim. Zakony skrzętnie przejęły poszczególne gałęzie zarządzania państwem: cysteri – rolnictwo i kontrola rynku spożywczego, dominikanie – edukacja, benedyktyni – poligrafia, jezuici – tajne służby, augustianie – sądy, franciszkanie – opieka społeczna i street workerzy… Zakonnice składają śluby milczenia, które są skrupulatnie egzekwowane przez odcięcie języka. Z wyjątkiem Maryi wszystkie imiona kobiecych świętych został „zmężnione”: zamiast Teresy jest Teres, a zamiast Faustyny jest Faustyn.

Powieść Mariusza Sieniewicza wyrasta z rozczarowania współczesną Polską i Europą. Autor celnie punktuje przejawy sojuszu tronu z ołtarzem, a jeśli dodamy do tego imponującą wyobraźnię językową – robi się strasznie i śmiesznie zarazem. Oto wszędzie nad głowami obywateli Polacji latają wrony-drony rejestrujące wszystko i wszystkich. Oto Lech Kaczyński okazuje się ostatnim prezydentem człowiekiem, po nim następują już tylko prezydenci – avatary. Oto pomniki narodowe uciekają wraz z ludźmi ze zniszczonego Krakowa. A jest to scena (świetna!), której wyobraźnia nie jest w stanie do końca sprostać: „Wśród uciekinierów, repatriantów, tułaczy widzę ożywione pomniki władców, świętych, poetów i bohaterów. Idą z trudem, aż trzeszczy marmur, aż obłupuje się granit. Nikogo z ludzi to nie dziwi, jakby los uciekiniera jednoczył każdego – materię i żywych. (…) Oto pomnik Mickiewicza wyprzedza popiersie Jana Pawła II i Wałęsy. Rzeźbiony w bryle Fredro popycha Grottgera, Ofiary Faszyzmu prawie tratują Nieznanego Żołnierza, którego nieco niezdarnie wspiera popiersie Pączyńskiego, a Wyspiański depcze Skrzyneckiemu po piętach”. Taki mniej więcej jest świat Polacji – dziwnie znajomy i dziwnie odległy zarazem. Można zatrzymać się na tym etapie odczytania „Planktonu”, pośmiać się przez łzy, wskazać, że to monomachia naszych czasów i zamknąć temat.
Jest jednak jeszcze jeden poziom odczytania „Planktonu”. Mam nieodparte wrażenie, że jest to książka z zacięciem metafizycznym. Od wielu lat czekam na współczesną powieść metafizyczną i poza „Lodem” Dukaja nic nie pasuje do tego miana. „Plankton” jest powieścią także religijną (metafizyczną), ale napisaną w inny już sposób. Nie da się posługiwać się pojęciami, które tkwią jeszcze w literaturze Dostojewskiego i filozofii Nietzschego. Nic i nihilizm już nie przemawia, jest językiem dawnej epoki. Dziś mamy drwinę, śmiech i memy – każda poważna dyskusja może zostać zastąpiona przez rechot. Sieniewicz wchodzi zupełnie świadomie w ten świat, sam używa języka śmiesznego i strasznego zarazem, a ta para, podobnie jak w średniowiecznych katedrach, będzie nierozłączna. Wybór franciszkanina na głównego bohatera jest wpisaniem się w wielki korowód postaci, od spirytualistów, Joachima de Fiore, Savonarolę, bohaterów „Imienia róży”, po współczesnego papieża. Biedaczyna z Asyżu i „naiwność” Ewangelii zestawione są z Polacją i zadają pytania o granicę kompromisu. Przed wyborami musi stanąć bohater, brat Artur, który stara się trzymać ducha Ewangelii. Państwo zdominowane przez Kościół jest rządzone za pomocą dawnej zasady panem et circenes, stąd potrzeba dostosowania nauczania Kościoła do nowych wymogów. Jak pisze Sieniewicz: „Tutaj nasz Kościół poszedł na kompromis z ludem. Klonowanie, owszem, ale w zamian – całkowity zakaz aborcji i in vitro”. I jest to pytanie, które przewija się przez cały „Plankton”: czy wytyczne Ewangelii są niezmienne? Czy żyjąc w płynnej rzeczywistości nie chcemy zmienić zasad nauczania Mistrza z Nazaretu? Oczywiście, że chcemy. Powieść Sieniewicza pokazuje konsekwencje takiego wyboru. Kluczowe zdanie „Planktonu” brzmi: „Fundamentem jest nicość”. Na tym zdaniu opiera się metafizyczna oś książki. Homo planctus, narzeka jeden z księży, rodzi się bez poczucia transcendencji. Zamiast naturalnego głodu Boga posiada w sobie głód konsumpcji. Gromadzenie promocji, punktów lojalnościowych, zniżek, ma zagłuszyć wołanie o transcendencję. Jest w nas dziura, nicość, druga przestrzeń, której może sprostać tylko Ten Drugi. Spotkanie z Nim jest jednak ryzykowne. Jest to przecież stanięcie sam na Sam, które wytraca z poczucia bezpieczeństwa. Mylimy pragnienie Boga z zadowoleniem konsumenta, zdaje się mówić miedzy wierszami Sieniewicz.
W świecie śmiesznym i strasznym „Plankton” zawiera jeszcze jedną interesującą myśl. Nie da się nieustannie „śmieszkować”, uciekać od odpowiedzialności w bezpieczną kpinę, czy nawet w pogodny cynizm. Choć możemy tego nie chcieć, należy stanąć po stronie wartości. Jeśli oddamy je, bo nie chciało się nam angażować, to nie wrócą do nas. Staniemy się planktonem. Wartością przewodnią książki jest miłość. Zdecydować się na miłość – ojcowską, matczyną – to wystawić się na zranienie. Na możliwość utraty. Na poczucie bezsilności. Ale dlatego właśnie – dla tej miłości zrobimy wszystko. I chociaż w chrześcijańskim, religijnym, odczytaniu „Planktonu” będę tu widział odwołanie do Boga Ojca, do Chrystusa cierpiącego, to powiedzmy szczerze: Mariusz Sieniewicz nie daje aż tak jednoznacznych wskazówek. Jako autor nie musi tego robić; to jest już praca dla czytelnika.
Trzymając się narzuconej przez Sieniewicza metafory – możemy być planktonem, który zostanie pożarty przez lewiatana. Tego lewiatana sami możemy stworzyć. Chyba, że staniemy mu kością w gardle.

Tekst zamieszczony na stronie Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/10/19/w-swiecie-smiesznym-i-strasznym/

Na rocznicę „Utopii” Morea

Minęło 500 lat, gdy Thomas More opublikował „Utopię”. Dlaczego warto o tym pisać? To wciąż najlepsza sposób na podróż, gdy nie stać cię na żadną inną. Utopia to zawsze jest państwo odległe. Wyspa, która leży poza znanymi granicami. Ba, w ogóle poza tym, co znane. Miejsce Nigdzie, Niby Landia, która chce być rzeczywistością. Opowiedzieć może o niej tylko ten, który tam trafił. Rozbitek, podróżnik, pan przypadek. Drogi powrotnej już nie pamięta, ale opisy tego co widział są barwne, szczegółowe, jakby wciąż tam był. Podróżujemy do utopii siedząc przy biurku, zwiedzamy Miejsce Nigdzie ze swojego pokoju. Wiadomości o utopii czytelnik posiada jedynie dzięki tym, którzy tam byli, ale zapomnieli drogi powrotnej. Otóż nie, nie zapomnieli. Im się udało z niej uciec. Rozbitkowie, podróżnicy, zdziwaczeli pielgrzymi – pod ich łachmanami trudno dostrzec świetliste oblicza obywateli najlepszego ustroju. Zatem muszę uwierzyć najpierw im. Że wpłynęli we mgłę, że spotkali wyspę, że odnaleźli coś na równoleżniku. To trzeba czytać tak, jak zostało napisane: wspak. Nie idź tam, człowieku. Tylko tyle.

Podczas literackich podróży do Niby Landi nieuchronnie nasuwa się pytanie, ile wspólnego ma Królestwo Boże głoszone przez Jezusa z Utopią Morea?
Z pozoru wydaje się, że wiele ich łączy. Przede wszystkim wiara. Utopianie wszelkich krain są bardzo religijni. Wierzą, że człowiek jest dobry. Że szczęście nigdy się nie znuży. Że w lepszych warunkach człowiek może stać się lepszy. Że jest możliwa jednomyślność między jednostką a społeczeństwem. Utopie to kraje religijne – bez wiary nie istnieją. W co wierzą Solariusze, Atlantydzi, Utopianie z północy i z południa? W samych siebie. W miejsce, w którym się znajdują. W czas, który ich uleczy. We własne nieograniczone możliwości.

W utopijnych miastach – państwach znajduje się świątynia, a wyznawana tam religia jest bardzo podobna do chrześcijaństwa. Ale nie znajduję w niej słów Ewangelii ani krzyża. Niewiele o dramacie świata, nic o cierpieniu.

Chrześcijaństwo to potwarz dla utopii.

Więcej w moim szkicu „Królestwo Boże to nie utopia” zamieszczonym w wakacyjnej „Więzi” http://laboratorium.wiez.pl/2017/06/24/krolestwo-boze-to-nie-utopia/