Moje „strzelczyki”

Ksiądz Grzegorz Strzelczyk to ten rodzaj teologa, który nieustannie mnie zdumiewa. Sposób w jaki odczytuje chrześcijaństwo sprawia, że religia ta promieniuje w sposób podnoszący. Wydaje się, że wchodzimy w Obłok, już teraz.

Mam swoje „strzelczyki”. To wypowiedzi, które rozgryzam, powracam do nich i karmię się nimi. Ot, taki przykład: „Chrześcijaństwo jest proste jak budowa cepa: przyjąć przebaczenie, być gotowym wydać życie za drugiego i codzienność konfrontować z przykładem Chrystusa, przegadywać z Bogiem”. Albo „strzelczyk” w odpowiedzi na pytanie czy szatan pokonał Jezusa:  „To, co widzimy, to podrygi. Jeśli odetnie się zwierzęciu ogon, on przez chwilę jeszcze się porusza. Kura z uciętą głową biega przez jakiś czas, robiąc sporo zamieszania. Szatan będzie starał się przekonać nas, że stać go na więcej, że „mecz wciąż trwa”, że toczy się walka równorzędnych sił. To ostatnie kłamstwo, na jakie może się zdobyć. Gdy zaczynamy wierzyć, że demon jest równorzędnym przeciwnikiem Boga, oddajemy mu chwałę i wchodzimy w bałwochwalstwo! „Martwym ogonem” można nieźle oberwać, niemniej pamiętajmy: jest on martwy. Najlepiej odsunąć się na bezpieczną odległość”.

Teraz mam nowy aresenał „strzelczyków”, dzięki książce-rzece Anety Kuberskiej-Bębas „Wolność, wiara, Bóg. Rozmowy o chrześcijaństwie”, o której piszę w recenzji w październikowym „W drodze” -http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16714 . Jeden z nowych „strzelczyków” to wypowiedź na temat sądu po śmierci: „Nasz mózg zapomniał, wyparł, nałożył przeinaczającą interpretację. Nagle to przestaje tak funkcjonować. Jedyną możliwość decyzji mamy w Bogu. To, co działa, działa przez Boga. Dlatego ten sąd jest poniekąd taki straszny, ale też dlatego tam się będzie musiało najbardziej ujawnić Boże miłosierdzie. Moim zdaniem już samo opadnięcie ograniczeń mózgu to swoisty akt miłosierdzia”.

Nie dziękujcie, to ksiądz Grzegorz Strzelczyk.

 

Reklamy

Marketa Zahradnikova „Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowy z księdzem Zbigniewem Czendlikiem”

Ostatnio media podały, że jeden z księży w Polsce zmienił godzinę odprawiania mszy, aby móc oglądać Mundial. Z zainteresowaniem słuchałem wypowiedzi parafian z wszem i wobec, którym pomysł bardzo się spodobał. Czekałem na jakś wypowiedź hierarchii kościelnej, ale tu zaległo milczenie. Swoją drogą, to bardzo ciekawe zestawienie: gdy parafianie aprobują coś – Kościół milczy; gdy niepełnosprawni potrzebują wsparcia – Kościół milczy, a gdy prowadzimy spory światopoglądowe – Kościół nie pytany uderza swoim nieznoszącym sprzeciwu głosem. Fascynujące są te napięcia pomiędzy „głosno” a „cicho”, pomiędzy „przemów wreszcie” a milczeniem, pomiędzy „my chcemy żyć w taki sposób”, a „nie, macie żyć w inny sposób”.

Wspominam o tym, ponieważ w czerwcom numerze „W drodze” ukazała się moja recenzja wywiadu-rzeki z księdzem Zbigniewem Czendlikiem. Jak spodobałby się polskim parafianom „pop-proboszcz”? Nie tylko zmienił godziny odprawiania mszy, tak aby każdy mógł się wyspać, ale także ograniczył do minimum kazania. I wiele innych rzeczy, tak że w ateistycznych Czechach stał się najpopularniejszym księdzem katolickim. Legendarna „siła i  świętość polskiego katolicyzmu” czy nowy model duszpasterstwa?

Fragment recenzji dostępny jest tu: http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/?mod=archiwumtekst&id=16614

 

Wojciech Jagielski „Na wschód od zachodu”

Być może żadne inne słowo nie robi tak oszałamiającej kariery na Zachodzie, jak „oświecenie”. Odnaleźć odpowiedź ukrytą w pismach mistyków, przejść pustynię, dotrzeć do świętego miasta. A nade wszystko: przeżyć Wielką Odmianę. Kamal, jedna z bohaterek Na wschód od zachodu, pyta: dlaczego to w Indiach widzę wyraźnie swoje życie, krystalicznie czysto wiem, po co żyć, co jest ważne, a co nie, zaś po powrocie w rodzinne strony wszystko pierzcha, gubi się w natłoku codziennych obowiązków i hałasu? Wojciech Jagielski wyrusza tropem tych, którzy porzucili Zachód – hipisów „Koleżki” i „Świętego” oraz Kamal – aby dostrzec, do jakiej granicy wewnętrznej wolności doszli. I jaką ma to cenę.

„Koleżka” zafascynował się badaniem własnych odmiennych stanów świadomości i przemieszcza się pomiędzy jedną pustynią a drugą z nierozłączną fajeczką haszyszu. „Święty” uciekł od Zachodu, bo pragnął żyć własnym życiem. Dał się prowadzić drodze, tak jak nawoływali wieszczowie rewolucji kulturalnej: Bob Dylan, Jack Kerouac, Allen Ginsberg. Żyjąc na wzór mistrzów, po niemal 40 latach spędzonych w Indiach, ma poczucie duchowej pustki i bezsensu własnego życia. Kamal, a właściwie Kamila, uciekła od dwóch fakultetów, zagranicznego stypendium, rysującej się kariery dziennikarskiej, aby w indyjskich świątyniach narodzić się na nowo. Odrzuca wszystko, co ją łączyło z Warszawą, rodziną, językiem. Staje się kimś innym, nowym. Gdy jej trzynastoletni syn pyta o babcię, o odległego wujka, o całe to przedindyjskie życie, Kamal nie wie, co ma odpowiedzieć. Mówi, że nie rozumie pytania. Przecież liczy się tylko droga, czyż nie?

Jagielski nie udziela żadnych odpowiedzi. Uważnie wsłuchuje się w rwane życiowe opowieści swoich bohaterów. Wędruje z nimi przez pustynię, przesiaduje w kawiarniach. Słucha, zadaje pytania, notuje. Jednocześnie, gdzieś tam na marginesie, snuje własną opowieść, jakby duchowe poszukiwania „Świętego” czy Kamal, mimowolnie zmuszały go do podsumowania własnego życia. Byłem w tych samych miejscach, co oni, a jednak jestem inny, zauważa. Czytelnik szybko dostrzega, że reporter wojenny nie przestaje pisać o wojnie, nawet jeśli pociski nie spadają w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Podróż po oświecenie jest bowiem tylko innym doświadczeniem wojny. Tak, jest jakiś powab, tajemnica, egzotyka wpisana w Indie, które przyciągają do siebie z niesłabnącą siłą. Jednocześnie – czego nie widać na pierwszy rzut oka – sakralna przestrzeń rozpięta pomiędzy Afganistanem, Nepalem, Pakistanem i Indiami jest ziemią, która nie zna pokoju. To obszar niesłabnących konfliktów, wielkich wojen i małych potyczek. Znacznie łatwiej o trywialną śmierć z powodu zatrucia pokarmowego lub przedawkowania narkotyków niż o doświadczenie Wielkiej Odmiany. Gdy z Indii odeszli Brytyjczycy, w ich miejsce weszli hipisi. Ze zwolnionego przez nich miejsca w Europie z chęcią skorzystali młodzi Hindusi. Młodzi, hałaśliwi, butni, cieszący się uzyskaną wolnością od rodzimych tradycji, które ich krępowały. Szybko przejęli zasady Zachodu, którymi tak bardzo pogardzały „dzieci kwiaty”. W ślad za długowłosymi włóczęgami do Indii przyszły dolary, luksus oraz wielkie rozczarowanie. Większość hipisów, która podążyła drogą jogi, wyrzeczeń, medytacji, zawróciła z niej. Oskarżyli swoich duchowych nauczycieli, że byli zwykłymi naciągaczami. Oczekiwania poszukiwaczy Wielkiej Odmiany były zbyt wielkie lub ich możliwości przyjęcia jej zbyt małe. Po kilkunastu latach po śladach hipisów nadeszły zmory Zachodu. Kokaina i heroina wyparły haszysz i marihuanę, wolna miłość uległa seksualnemu niewolnictwu, a pacyfizm został pokonany przez banalność brutalnej śmierci. To, od czego uciekali, dogoniło ich spotęgowane.

Fragment recenzji zamieszczonej na stronach Instytutu Książki pt. „Doświadczyć Wielkiej Odmiany” http://instytutksiazki.pl/literatura,8,recenzje,25,wszystkie,0,na-wschod-od-zachodu,106.html

Pisane gargulcem

Od kilku lat utknąłem przy myśli, której nie jestem w stanie rozwinąć, popchnąć dalej. Chrześcijaństwo daje wierzącemu wszystkie odpowiedzi – Zmartwychwstanie – a jednak nie potrafimy właściwie stawiać pytań. Mam odpowiedź, ale nie wiem, jak postawić znak zapytania. Ot, i cała mądrość moja. Coś w tym jest, ale nie wie wiem, jak to przekuć. Utknąłem.

Jedną z prób wyjścia z inteletualnego postoju jest ten szkic o strachu. Dawniej w przestrzeni chrześcijańskiej – kazania, duszpasterstwo, architektura, wystrój świątyni – dużo było lęku, przerażenia. Teraz zdaje się, że wszystkie strachy na wróble zostały pospiesznie schowane do szafy. W filmowych horrorach (ale czy tylko tam?) rozwiązanie jest proste: chwytasz za spluwę i bronisz się headshotem. Czy to działa – zależy od filmu. A w życiu, życiu prawdziwym, życiu które chce stać przy Chrystusie? Gdy bestia pożera moje życie zamiast headshota odmawiam Credo. Nie dlatego, że się nie boję. Mówię Credo, właśnie dlatego, że się boję.

Utknąłem?

I o tym jest ten szkic „Jak się dobrze bać”, który został umieszczony na stronie Laboratiurm Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/10/31/jak-sie-dobrze-bac/

Mariusz Sieniewicz „Plankton”

Rok 2092, zamachy terrorystyczne niemal zrównały z ziemią Kraków. Do tego czasu Rosja przyznała się wreszcie do zamachu smoleńskiego, a przez Europę przetoczyły się dwie wojny religijne. I jest nowa geopolityka: siedzibą Watykanu został Sztokholm, jest czarny papież Adam I, a stolicą Polski został Olsztyn. Tyle tylko, że nie ma Polski, a zamiast niej panuje Polacja. Islam ponownie stanął u bram Europy. Jedynym ratunkiem jest wiara i Kościół. Politycy przestali się liczyć, a władzę przejął kler. Bóg, Honor, Polacja – i wszystko jasne.
„Plankton” Mariusza Sieniewicza nie jest bynajmniej odpowiedzią na kolejne części „Metra” Dmitra Glukhovskiego. Dystopijna rzeczywistość przeraża, bo przerażać musi. Duchowieństwo podporządkowało sobie polityków, a po zniesieniu celibatu to właśnie kapłaństwo jest pełnym uczestnictwem w życiu obywatelskim. Zakony skrzętnie przejęły poszczególne gałęzie zarządzania państwem: cysteri – rolnictwo i kontrola rynku spożywczego, dominikanie – edukacja, benedyktyni – poligrafia, jezuici – tajne służby, augustianie – sądy, franciszkanie – opieka społeczna i street workerzy… Zakonnice składają śluby milczenia, które są skrupulatnie egzekwowane przez odcięcie języka. Z wyjątkiem Maryi wszystkie imiona kobiecych świętych został „zmężnione”: zamiast Teresy jest Teres, a zamiast Faustyny jest Faustyn.

Powieść Mariusza Sieniewicza wyrasta z rozczarowania współczesną Polską i Europą. Autor celnie punktuje przejawy sojuszu tronu z ołtarzem, a jeśli dodamy do tego imponującą wyobraźnię językową – robi się strasznie i śmiesznie zarazem. Oto wszędzie nad głowami obywateli Polacji latają wrony-drony rejestrujące wszystko i wszystkich. Oto Lech Kaczyński okazuje się ostatnim prezydentem człowiekiem, po nim następują już tylko prezydenci – avatary. Oto pomniki narodowe uciekają wraz z ludźmi ze zniszczonego Krakowa. A jest to scena (świetna!), której wyobraźnia nie jest w stanie do końca sprostać: „Wśród uciekinierów, repatriantów, tułaczy widzę ożywione pomniki władców, świętych, poetów i bohaterów. Idą z trudem, aż trzeszczy marmur, aż obłupuje się granit. Nikogo z ludzi to nie dziwi, jakby los uciekiniera jednoczył każdego – materię i żywych. (…) Oto pomnik Mickiewicza wyprzedza popiersie Jana Pawła II i Wałęsy. Rzeźbiony w bryle Fredro popycha Grottgera, Ofiary Faszyzmu prawie tratują Nieznanego Żołnierza, którego nieco niezdarnie wspiera popiersie Pączyńskiego, a Wyspiański depcze Skrzyneckiemu po piętach”. Taki mniej więcej jest świat Polacji – dziwnie znajomy i dziwnie odległy zarazem. Można zatrzymać się na tym etapie odczytania „Planktonu”, pośmiać się przez łzy, wskazać, że to monomachia naszych czasów i zamknąć temat.
Jest jednak jeszcze jeden poziom odczytania „Planktonu”. Mam nieodparte wrażenie, że jest to książka z zacięciem metafizycznym. Od wielu lat czekam na współczesną powieść metafizyczną i poza „Lodem” Dukaja nic nie pasuje do tego miana. „Plankton” jest powieścią także religijną (metafizyczną), ale napisaną w inny już sposób. Nie da się posługiwać się pojęciami, które tkwią jeszcze w literaturze Dostojewskiego i filozofii Nietzschego. Nic i nihilizm już nie przemawia, jest językiem dawnej epoki. Dziś mamy drwinę, śmiech i memy – każda poważna dyskusja może zostać zastąpiona przez rechot. Sieniewicz wchodzi zupełnie świadomie w ten świat, sam używa języka śmiesznego i strasznego zarazem, a ta para, podobnie jak w średniowiecznych katedrach, będzie nierozłączna. Wybór franciszkanina na głównego bohatera jest wpisaniem się w wielki korowód postaci, od spirytualistów, Joachima de Fiore, Savonarolę, bohaterów „Imienia róży”, po współczesnego papieża. Biedaczyna z Asyżu i „naiwność” Ewangelii zestawione są z Polacją i zadają pytania o granicę kompromisu. Przed wyborami musi stanąć bohater, brat Artur, który stara się trzymać ducha Ewangelii. Państwo zdominowane przez Kościół jest rządzone za pomocą dawnej zasady panem et circenes, stąd potrzeba dostosowania nauczania Kościoła do nowych wymogów. Jak pisze Sieniewicz: „Tutaj nasz Kościół poszedł na kompromis z ludem. Klonowanie, owszem, ale w zamian – całkowity zakaz aborcji i in vitro”. I jest to pytanie, które przewija się przez cały „Plankton”: czy wytyczne Ewangelii są niezmienne? Czy żyjąc w płynnej rzeczywistości nie chcemy zmienić zasad nauczania Mistrza z Nazaretu? Oczywiście, że chcemy. Powieść Sieniewicza pokazuje konsekwencje takiego wyboru. Kluczowe zdanie „Planktonu” brzmi: „Fundamentem jest nicość”. Na tym zdaniu opiera się metafizyczna oś książki. Homo planctus, narzeka jeden z księży, rodzi się bez poczucia transcendencji. Zamiast naturalnego głodu Boga posiada w sobie głód konsumpcji. Gromadzenie promocji, punktów lojalnościowych, zniżek, ma zagłuszyć wołanie o transcendencję. Jest w nas dziura, nicość, druga przestrzeń, której może sprostać tylko Ten Drugi. Spotkanie z Nim jest jednak ryzykowne. Jest to przecież stanięcie sam na Sam, które wytraca z poczucia bezpieczeństwa. Mylimy pragnienie Boga z zadowoleniem konsumenta, zdaje się mówić miedzy wierszami Sieniewicz.
W świecie śmiesznym i strasznym „Plankton” zawiera jeszcze jedną interesującą myśl. Nie da się nieustannie „śmieszkować”, uciekać od odpowiedzialności w bezpieczną kpinę, czy nawet w pogodny cynizm. Choć możemy tego nie chcieć, należy stanąć po stronie wartości. Jeśli oddamy je, bo nie chciało się nam angażować, to nie wrócą do nas. Staniemy się planktonem. Wartością przewodnią książki jest miłość. Zdecydować się na miłość – ojcowską, matczyną – to wystawić się na zranienie. Na możliwość utraty. Na poczucie bezsilności. Ale dlatego właśnie – dla tej miłości zrobimy wszystko. I chociaż w chrześcijańskim, religijnym, odczytaniu „Planktonu” będę tu widział odwołanie do Boga Ojca, do Chrystusa cierpiącego, to powiedzmy szczerze: Mariusz Sieniewicz nie daje aż tak jednoznacznych wskazówek. Jako autor nie musi tego robić; to jest już praca dla czytelnika.
Trzymając się narzuconej przez Sieniewicza metafory – możemy być planktonem, który zostanie pożarty przez lewiatana. Tego lewiatana sami możemy stworzyć. Chyba, że staniemy mu kością w gardle.

Tekst zamieszczony na stronie Laboratorium Więzi http://laboratorium.wiez.pl/2017/10/19/w-swiecie-smiesznym-i-strasznym/

Na rocznicę „Utopii” Morea

Minęło 500 lat, gdy Thomas More opublikował „Utopię”. Dlaczego warto o tym pisać? To wciąż najlepsza sposób na podróż, gdy nie stać cię na żadną inną. Utopia to zawsze jest państwo odległe. Wyspa, która leży poza znanymi granicami. Ba, w ogóle poza tym, co znane. Miejsce Nigdzie, Niby Landia, która chce być rzeczywistością. Opowiedzieć może o niej tylko ten, który tam trafił. Rozbitek, podróżnik, pan przypadek. Drogi powrotnej już nie pamięta, ale opisy tego co widział są barwne, szczegółowe, jakby wciąż tam był. Podróżujemy do utopii siedząc przy biurku, zwiedzamy Miejsce Nigdzie ze swojego pokoju. Wiadomości o utopii czytelnik posiada jedynie dzięki tym, którzy tam byli, ale zapomnieli drogi powrotnej. Otóż nie, nie zapomnieli. Im się udało z niej uciec. Rozbitkowie, podróżnicy, zdziwaczeli pielgrzymi – pod ich łachmanami trudno dostrzec świetliste oblicza obywateli najlepszego ustroju. Zatem muszę uwierzyć najpierw im. Że wpłynęli we mgłę, że spotkali wyspę, że odnaleźli coś na równoleżniku. To trzeba czytać tak, jak zostało napisane: wspak. Nie idź tam, człowieku. Tylko tyle.

Podczas literackich podróży do Niby Landi nieuchronnie nasuwa się pytanie, ile wspólnego ma Królestwo Boże głoszone przez Jezusa z Utopią Morea?
Z pozoru wydaje się, że wiele ich łączy. Przede wszystkim wiara. Utopianie wszelkich krain są bardzo religijni. Wierzą, że człowiek jest dobry. Że szczęście nigdy się nie znuży. Że w lepszych warunkach człowiek może stać się lepszy. Że jest możliwa jednomyślność między jednostką a społeczeństwem. Utopie to kraje religijne – bez wiary nie istnieją. W co wierzą Solariusze, Atlantydzi, Utopianie z północy i z południa? W samych siebie. W miejsce, w którym się znajdują. W czas, który ich uleczy. We własne nieograniczone możliwości.

W utopijnych miastach – państwach znajduje się świątynia, a wyznawana tam religia jest bardzo podobna do chrześcijaństwa. Ale nie znajduję w niej słów Ewangelii ani krzyża. Niewiele o dramacie świata, nic o cierpieniu.

Chrześcijaństwo to potwarz dla utopii.

Więcej w moim szkicu „Królestwo Boże to nie utopia” zamieszczonym w wakacyjnej „Więzi” http://laboratorium.wiez.pl/2017/06/24/krolestwo-boze-to-nie-utopia/

Biuro Turystyczne Abraham

To nie przypadek, że każda podróż zaczyna się od uczynienia znaku krzyża. Pierwszych chrześcijan nazywano ludźmi drogi. Nawiązywano w ten sposób do słów Jezusa, który mówił o sobie, że jest prawdą, drogą i życiem. Zamiast zrzędzić, że znów nie stać mnie na wspaniałą wakacyjną wycieczkę, kreślę się krzyżem i robię pierwszy krok.

Najczęściej wymienia się dwa wzory podróżowania. Odyseusz podróżował poprzez wiedzę, Abraham nie wiedział dokąd idzie, dlatego szedł poprzez wiarę. Ten pierwszy będzie miał mapę i kompas, ten drugi będzie miał ręce złożone do modlitwy. Abraham szedł w stronę tego, co zawsze jest inne, na swój sposób nawet obce. Jego dom był gdzie indziej – tam, gdzie nikt jeszcze nie był. Najlepszymi przewodnikami takiej podróży są mistycy; oni „widzą” na znaczne odległości. Jan od Krzyża pisząc, że zmierzając do celu którego nie znasz, masz iść drogą której nie znasz, jest najlepszym towarzyszem wędrówki. Wyrzuć wszystkie inne przewodniki, skoro wystarczą ci pisma mistyków. Albo jeszcze inaczej: wyrzuć wszystko, skoro jedynym przewodnikiem jest twoja wiara.

Wiara jest podróżą. Jestem Abrahamem swojego życia, z własną mapą duchową. Na niej zaznaczam najważniejsze punkty. To jest świątynia, gdzie zostałem ochrzczony, świątynia gdzie zostałem bierzmowany i świątynia, gdzie złożyłem przysięgę małżeńską. To mogą być inne miasta, lub po prostu inne świątynie wciąż tego samego miasta. Lub wciąż ta sama świątynia. Inne drogi wiodły mnie do niej, gdy byłem nastolatkiem, teraz inną drogę wybieram, gdy jestem ojcem. Gdzieś w murach świątyni jest zapisana historia mojego życia. To konfesjonał, do którego klękałem w czasie studiów, to trzecia ławka od końca, gdzie w dni powszednie siadałem, by posłuchać ciszy.

Fragment szkicu o „podróżowaniu-bez-podróżowania” w „Gościu Niedzielnym” https://gosc.pl/doc/4058126.Wiara-jako-podroz

Pięści egzorcysty

Od kiedy literatura wstydliwie zamilkła w temacie Boga, zagadnienia religijne śmiało podejmuje kultura masowa. „Outcast”  i „Preacher” prowokują, a przy okazji stawiają świetne pytania.

Outcast” („Opętanie”) i „Preacher” („Kaznodzieja”) to dwa seriale, które – choć wyświetlane w różnych stacjach telewizyjnych – pokazywane były niemal równolegle. W dodatku miały umowny temat przewodni: małe miasteczko ze skrywanymi ludzkimi tajemnicami, a pomiędzy nimi on, duchowny. Wcale nie taki nieskazitelny, jak by po nim oczekiwano, ze swoją własną mroczną przeszłością, I oto w sennym porządku wydarza się coś, co sprawia, że duchowny musi rozpocząć walkę z wysłannikami piekieł. Mieszkańcy miasteczka, a wraz z nimi ich duchowy pasterz, muszą zdać sprawę ze swej wiary. I jest to wezwanie, które zwraca się także do widza. Sezon pierwszy obydwu seriali zakończył się latem. Teraz w ostatnich dniach Wielkiego Postu rozpoczyna się drugi sezon „Opętania”. Przypadek? Nie sądzę.

 

 

W „Outcast” skupiamy się na Kyle’u Barnesie naznaczonym traumatycznym dzieciństwem. Jako dziecko żył pod jednym dachem z matką, która została opętana. Matka i syn, farma położona na odludziu – przechodzą ciarki, jeśli człowiek sobie wyobrazi wszelkie konsekwencje. Przede wszystkim tą jedną: znikąd ratunku. Dwie miłości – rodzica i dziecka – a pomiędzy nimi diabeł. W trakcie jednego z ataku demona, mały Kyle przeciwstawił się na tyle skutecznie, że matka co prawda została uwolniona z opętania, sama jednak znalazła się w stanie wegetatywnym. W jaki sposób chłopiec był w stanie dokonać „świeckiego egzorcyzmu”, pozostaje tajemnicą dla samego bohatera, który przerażające wydarzenia stara się wyprzeć ze swej pamięci. Po kilku latach w miasteczku zaczynają dziać się podobne wydarzenia. Ilość opętań zaczyna gwałtownie wzrastać. Do duchowej walki staje wielebny Anderson, jednak egzorcyzmy przez niego prowadzone kończą się fiaskiem. Za to diabły dosyć poważnie obawiają się Kyle Barnesa. Kim jest ten młody mężczyzna i jaką tajemnicę skrywa jego dzieciństwo? „Preacher” jest opowieścią zgoła odmienną. Jessie Carter to kaznodzieja, który dawno stracił wiarę. Jego kazania są żałosne, a on sam jest lokalnym pośmiewiskiem. Teraz topi swoje smutki w alkoholu i próbuje jakoś uciec z powierzonej mu parafii. Któregoś dnia zbiegłe z nieba Genesis (tajemnicza istota o boskiej mocy) ucieka wprost w ciało Cartera. Od tej chwili kaznodzieja dysponuje głosem Boga: jeśli coś powie, tak ma być. „Służ Bogu”, mówi Jessie Carter do postrachu okolicy. „Ależ oczywiście”, odpowiada gangster potulny jak owieczka. Parafia zaczyna odżywać, cuda dzieją się na wyciągnięcie ręki, kaznodzieja znów czuje, że Bóg mu sprzyja. Postanawia dotrzymać złożonej niegdyś obietnicy: doprowadzić całe miasteczko do Boga. Carter odzyskuje charyzmę, płonie w nim ogień. Ludzie dostrzegają w nim tego kim zawsze chciał być – pasterzem. Kiedy zniecierpliwiony nachalnością petenta wypowiada słowa „Idź do diabła”, ten posłusznie znika. Pojawia się niesmak.

Czarny humor, elementy horroru, groteska, melodramat. Strach i rubaszny dowcip – od skrajności do skrajności. Obydwa seriale to przeniesione na ekran komiksy. „Outcast” to dzieło Roberta Kirkmana i Paula Azaceta, zaś „Preacher” to owoc współpracy Gartha Ennisa i Steve’a Dillona. Nie mam pojęcia do jakiego stopnia ich twórcy orientują się w zagadnieniach teologii; przypuszczam że raczej nie za bardzo. Potrafią za to stworzyć wiarygodne postacie „przegranych bohaterów”: poranionych wewnętrznie, mocujących się z własnymi ideałami, będących na wojennej ścieżce z całym światem. Wielebny Anderson i kaznodzieja Jessie Carter, choć są duchownymi, znacznie bardziej pasują do wizerunku samotnego szeryfa z westernów. Jest więc kobieta, jest co i rusz pojedynek, jest wreszcie samotne, niemal szaleńcze, stanie po stronie prawa boskiego i ludzkiego. Obydwaj duchowni posiadają też twarde pięści, którymi odróżniają przeciwników metafizycznych od trzeźwo stąpających po ziemi, wreszcie nie stronią od alkoholu. Anderson i Carter reprezentują któryś (nie jest to jednoznacznie zdefiniowane) z odłamów wspólnot protestanckich. Stąd brak celibatu oraz odmienne podejście do mszy i sakramentów. To zaś pozwala twórcom powieści graficznych na szerokie spojrzenie na religię.

Świetne pytania

Abraham Heschel, jeden z najwybitniejszych myślicieli religijnych XX wieku, pisał: „Upadek religii nie wynikał stąd, że została odrzucona, ale stąd, że stała się nieistotna, zwietrzała, przygniatająca, mdła” („Bóg szukający człowieka”). Żywa religia nie boi się pytań jakie stawia jej sztuka i życie, przeciwnie: właśnie wtedy może zajaśnieć swoim blaskiem.  Kirkman/Azacet i Ennis/Dillon wykorzystując odwieczne zainteresowanie egzorcyzmami, ciekawość wobec sił zła, a także poczucie nieobecności Boga tak charakteryzujące współczesność, postawili arcyciekawe pytania. „Outcast” to cała seria ważnych znaków zapytania, które warto dostrzec pomimo rozrywkowej formy serialu. Dlaczego egzorcyzmy oficjalnego przedstawiciela Kościoła nie działają, a „świeckie egzorcyzmy” Kyle’a Barnesa tak? Mierzenie się Barnesa ze złem odpowiada naszym emocjom wobec spotkania z duchowym przeciwnikiem: gniew, poczucie bezsilności, zagubienie. Bohater „Outcast” nie ma zamiaru się im poddawać, tylko staje do autentycznej walki: jego „egzorcyzmy” to tłuczenie pięściami opętanego, aż do momentu, gdy ten znajdzie się na granicy życia i demon opuści ludzkie ciało. Takie działanie lubimy, takie działanie jest męskie. Pojawiają się pytania, które tylko z pozoru brzmią „komiksowo”: kto uwalnia od złego? Jezus Chrystus czy Kyle Barnes? I co „działa” bardziej: twarde pięści czy wiara? Pytania „Kaznodziei” nie są wcale lżejszego kalibru. Czy można narzucić komuś wolę Boga, nawet jeśli jest to wbrew woli człowieka? Gdy lokalny postrach okolicy słyszy wezwanie Cartera „służ Bogu”, mięknie jak wosk, a mieszkańcy miasteczka oddychają wreszcie pełną piersią. Jednak obietnica złożona przez Cartera („doprowadzę całe miasteczko do Boga”), zaczyna w tym kontekście brzmieć… przerażająco.

To większy fragment mojego tekstu, który pojawił się na stronach Laboratorium Więzi (http://laboratorium.wiez.pl/2017/04/28/piesci-egzorcysty/). Dodam jedynie, że choć kolejne sezony się kręcą lub właśnie rozkręcają, to i tak nic nie zastąpi lektury oryginalnych powieści graficznych. Zaprawdę, warto.

 

Proces bez wyroku

Dwa królestwa, dwóch sędziów, dwa porządki – żadnych szans na porozumienie. Giorgio Agamben, jeden z najciekawszych filozofów współczesności, przygląda się biblijnej scenie, gdy Jezus staje przed Piłatem. Scena na pozór doskonale znana, jednak włoski intelektualista posługując się wnikliwą analizą wypowiedzianych słów, szukając ich pierwotnego znaczenia, wreszcie sięgając do bogactwa tekstów filozofów oraz Ojców Kościoła, odkrywa jej nowe znaczenie. Zdaniem na którym jest oparty esej, jest sprzeczność wynikająca z dwóch porządków: jak królestwo ziemskie z przedstawicielem w osobie Piłata może sądzić królestwo niebieskie? Nie ten kodeks prawny, nie ta materia prawa. Czy zatem to, co dzieje się pomiędzy Piłatem i Jezusem ma znamiona procesu? Czy rzymski urzędnik może w ogóle wydać wyrok?

Tajemnica procesu współbrzmi z tajemnicą życia Jezusa – wydaje się, że wyrok zapadł już w momencie narodzenia. Agamben kieruje wzrok czytelnika na napis wiszący na krzyżu. „Jezus Nazarejczyk, Król żydowski” – raczej trudno nazwać to przestępstwem. Skazani na karę śmierci mieli wywieszony nad sobą czyn zabroniony, którego się dopuścili. W przypadku Jezusa nie jest to czy, lecz tytuł. Odwołując się do Bonawentury, Agamben wskazuje, że napis, który nie jest wyrokiem, ale tytułem królewskim, w zasadzie przypomina sztandar zwycięski cezara-tryumfatora: „albowiem głosi chwałę Jezusa i hańbę Judejczyków, bo skazali go jako przestępcę, a On był Królem” (s. 41).

Więcej o niezwykle ciekawym eseju Giorgio Agambena  „Piłat i Jezus” na stronach Laboratirium Więzi (http://laboratorium.wiez.pl/2017/04/12/proces-bez-wyroku/).