Nicholas Stargardt „Wojna Niemców”

Do dwóch podstawowych pojęć używanych w opisie każdej wojny – „zwycięzcy” i „pokonani” – Niemcy dodali jeszcze jedno: „ofiary”. I uznali, że to właśnie oni padli ofiarą drugiej wojny światowej.

Po drugiej wojnie światowej Niemcy doznali powszechnej amnezji: „Nic nie widzieliśmy, niczego nie słyszeliśmy, nie mogliśmy mówić”. Nicholas Stargardt w monumentalnej „Wojnie Niemców. Naród pod bronią 1939-1945” analizuje motyw postrzegania siebie jako ofiary. Czytając tę książkę, raz jeszcze zdałem sobie sprawę, dlaczego historia jest królową nauk. Rzecz dotyczy umiejętnego stawiania pytań wobec posiadanych już danych, a w tym przypadku źródeł historycznych.

Stargardt stawia jedno zasadnicze pytanie: co myśleli sami Niemcy o swoim udziale w czasie wojny? To pytanie – tak proste – nie było dotąd postawione. Pytaliśmy o sposób myślenia po wojnie, po fakcie, domagaliśmy się wytłumaczenia motywów po wydarzeniach. Nie pytaliśmy o to, jak Niemcy przekonywali sami siebie, że warto ponosić koszty sześcioletniego konfliktu na niesamowitą skalę.

W tle tego pytania Stargardt stawia jeszcze jedno, nie mniej istotne: czy wiedzieli o Holokauście?

Dawno już książka historyczna nie wywołała we mnie tylu emocji. Stargardt pisze o naprawdę historię społeczną: opisuje życie seksualne żołnierzy oraz ich pozostawionych w ojczyźnie żon, o poczuciu humoru, o wielkiej sile prywatnych dzienników, popełnianych zbrodniach, a to wszystko zdaje się być otoczone muzyką klasyczną. Więcej na temat tej książki w recenzji „Jak spojrzeć sobie w oczy, gdy wypowiedziało się wojnę?” na stronie Laboratorium Więzi – http://laboratorium.wiez.pl/2017/08/11/jak-spojrzec-sobie-w-oczy-gdy-wypowiedzialo-sie-wojne/

Reklamy

Na rocznicę „Utopii” Morea

Minęło 500 lat, gdy Thomas More opublikował „Utopię”. Dlaczego warto o tym pisać? To wciąż najlepsza sposób na podróż, gdy nie stać cię na żadną inną. Utopia to zawsze jest państwo odległe. Wyspa, która leży poza znanymi granicami. Ba, w ogóle poza tym, co znane. Miejsce Nigdzie, Niby Landia, która chce być rzeczywistością. Opowiedzieć może o niej tylko ten, który tam trafił. Rozbitek, podróżnik, pan przypadek. Drogi powrotnej już nie pamięta, ale opisy tego co widział są barwne, szczegółowe, jakby wciąż tam był. Podróżujemy do utopii siedząc przy biurku, zwiedzamy Miejsce Nigdzie ze swojego pokoju. Wiadomości o utopii czytelnik posiada jedynie dzięki tym, którzy tam byli, ale zapomnieli drogi powrotnej. Otóż nie, nie zapomnieli. Im się udało z niej uciec. Rozbitkowie, podróżnicy, zdziwaczeli pielgrzymi – pod ich łachmanami trudno dostrzec świetliste oblicza obywateli najlepszego ustroju. Zatem muszę uwierzyć najpierw im. Że wpłynęli we mgłę, że spotkali wyspę, że odnaleźli coś na równoleżniku. To trzeba czytać tak, jak zostało napisane: wspak. Nie idź tam, człowieku. Tylko tyle.

Podczas literackich podróży do Niby Landi nieuchronnie nasuwa się pytanie, ile wspólnego ma Królestwo Boże głoszone przez Jezusa z Utopią Morea?
Z pozoru wydaje się, że wiele ich łączy. Przede wszystkim wiara. Utopianie wszelkich krain są bardzo religijni. Wierzą, że człowiek jest dobry. Że szczęście nigdy się nie znuży. Że w lepszych warunkach człowiek może stać się lepszy. Że jest możliwa jednomyślność między jednostką a społeczeństwem. Utopie to kraje religijne – bez wiary nie istnieją. W co wierzą Solariusze, Atlantydzi, Utopianie z północy i z południa? W samych siebie. W miejsce, w którym się znajdują. W czas, który ich uleczy. We własne nieograniczone możliwości.

W utopijnych miastach – państwach znajduje się świątynia, a wyznawana tam religia jest bardzo podobna do chrześcijaństwa. Ale nie znajduję w niej słów Ewangelii ani krzyża. Niewiele o dramacie świata, nic o cierpieniu.

Chrześcijaństwo to potwarz dla utopii.

Więcej w moim szkicu „Królestwo Boże to nie utopia” zamieszczonym w wakacyjnej „Więzi” http://laboratorium.wiez.pl/2017/06/24/krolestwo-boze-to-nie-utopia/